Rozdział 17: Światło (Borbo Bolko & Allein Klubb)


15 Listopad (Borbo Bolko)

                Zostaliśmy w trójkę na piętrze rejsowym, a chłopaki pięli się po schodach w górę. Byłem zadowolony z tego, że została praktycznie sama Juliia, bo już podczas popijawy chciałem ją o coś poprosić. Nie należałem do nich. Łudziłem się, że może w tej grupie będę czuć się swojo, bardzo ale to bardzo się myliłem. Już samo ingerowanie w politykę było granicą, a ta cała sprawa z dziećmi Boga przesadą. Przesadą w którą byłem w stanie uwierzyć. Urodziłem się z darem zabierania innym wspomnień, stójką. Dlaczego Bóg nie miałby mieć dzieci w teraźniejszym świecie skoro jest wszechmocny? No właśnie. Mimo tego wszystkiego, nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego i zaraz po wydostaniu się z tego miejsca zamierzałem jej to powiedzieć. Liczyłem, że puści mnie wolno, bo przecież Killer Beaver nie potrafił wymazywać mi wspomnień. Miałem tylko cichą nadzieję.
                Podeszliśmy do drzwi oznakowanych czarną kropką. Obok nich na ścianie znajdował się skaner, prawdopodobnie do naszych bransoletek. Przyłożyłem nadgarstek, a zaraz potem urządzenie wydało dosyć głośny dźwięk piknięcia.
- Zróbcie to samo, prawdopodobnie działa to w ten sposób. – Wytłumaczyłem swoim towarzyszkom. Zastanawiało mnie jak to u nich wygląda. Jednego dnia się kochają, drugiego praktycznie udają że się nie znają. Słyszałem o tym, że Adda lubi przeskakiwać z osoby na osobę, ale w taki oczywisty sposób? No cóż, jeśli był to jakiś problem, to musiały dać sobie z nim radę same. Nie czułem z nikim tutaj żadnej bliższej relacji, łączyły nas głównie interesy. Dziewczyny przeciągnęły bransoletkami po skanerze, a po chwili drzwi się otworzyły. Zalała nas fala chłodnego, orzeźwiającego powietrza.
- Mają tam klimatyzację? Przynajmniej tyle dobrego, co? – Skwitowała Juliia. Kiedy patrzyło się na nią, faktycznie skutki ostatniej popijawy były widoczne. Nie miała za dużo energii, brakowało jej czasami tchu.
- Wejdę pierwszy, ubezpieczajcie mnie ok? – Oznajmiłem. Postawiłem nogę za progiem, a Musiau i Deredess szły tuż za mną. Kiedy obydwie stopy Addy znajdowały się w środku, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. – Cholera! Da się je jakoś otworzyć? – Zapytałem kobiety ubranej w kolorowy dres ciągnącej teraz za klamkę.
- Zamknięte na amen. – Odpowiedziała, a w momencie wypowiadania ostatniego słowa ledwo stojąca Juliia osunęła się przy ścianie na ziemię. Nie dziwiłem się jej, musieliśmy dać jej chociaż chwilę. Miałem podbiec truchtem, ale Deredess mnie wyprzedziła. Przytuliła ją i zaczęła gładzić jej policzek, ale nie trwało to długo.
- Co ty robisz? Przestań, naprawdę. – Liderka odepchnęła dziewczynę i przy pomocy ściany z powrotem była na nogach. – Nie martwcie się o mnie, nie chcę was spowalniać. Jeśli coś się stanie, po prostu uciekajcie, ok? – Przytaknąłem. Zamierzałem je prędzej czy później zostawić, szczerze mówiąc nie mogło mnie to obchodzić mniej. Czasami czułem się jak potwór, ale potwór jakim się urodziłem. Zmieniałem ludzi. Taki właśnie przybrałem styl życia. Z przemyśleń wyrwało mnie głośne piknięcie jakie wydała moja bransoletka, jakie wydały nasze bransoletki. Spojrzałem na wyświetlacz, a przed moimi oczami ukazał się licznik. Pół godziny. Odliczał wstecz, każde cichutkie piknięcie oznaczało sekundę. Zalał mnie zimny pot. Co to mogło oznaczać? Blondynka wspominała, że tylko dwie osoby wyjdą stąd żywe. Czy jeśli nie pozabijamy się sami, ona zamierzała nam pomóc? Naprawdę nie miałem ochoty tego sprawdzać.
- Myślicie, że co to oznacza? – Zapytała nas obydwojga Deredess, ale nie zdążyłem się odezwać.
- Dowiemy się jak dotrzemy do zera. Musimy jak najszybciej sprawdzić to pomieszczenie. – Powiedziała liderka. Tak naprawdę miała zupełną rację. Nikt oprócz tajemniczej porywaczki nie miał pojęcia co to mogło oznaczać. Podeszła do mnie Musiau.
- Wiesz może co mogło mi się stać podczas popijawy? Kac to jedno, ale strasznie boli mnie brzuch i całe żebra. – Zapytała. Nie miałem pojęcia. Byłem wtedy tak kurewsko przestraszony tego czego się dowiedziałem, że odpłynąłem. Miałem ochotę po prostu wlać w siebie jak najwięcej. Więcej i więcej dopóki nie odpłynę. Tak też zrobiłem.
- Chłopaki urządzili sobie wyścig no i uderzenie w ciebie było wygraną. Byłaś swego rodzaju żywą metą. – Wytłumaczyła jej Adda, a ja cicho się zaśmiałem. Faktycznie takie głupie pomysły do nich pasowały. Do nich.
- Przysięgam, że jak wrócę i wyjdziemy z tego pierdolnika to Black Parade zrobi im to sa.. – Przerwała jej bardzo głośna, hip-hopowa muzyka. Na ścianach rozświeciły lampy fioletowego koloru. Coraz bardziej zaczynało to przypominać klub. Podłogę zmieniała się w szklaną pod której powłoką pływały egzotyczne ryby. Musiałem przyznać, wyglądało to zadziwiająco pięknie. Im głębiej wchodziliśmy, tym pokój wydawał się szerszy. Po lewej i prawej stronie równolegle stały czerwone, zamszowe fotele. Patrząc w górę dało się zauważyć, że pomieszczenie ma kilka pięter do których wspinało się na schodach umiejscowionych niedaleko konsolety dj’a.
- Dobra musimy szybko się rozdzielić i zbadać całe to pomieszczenie. Mogę wziąć pierwsze i drugie piętro. Adda chodź wszędzie z Juliią, okej? – Deredess przytaknęła zanim Musiau zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Wszedłem po schodach na pierwsze piętro, gdzie znalazłem drewniany bar z wielką ilością trunków. Szczerze mówiąc, nie mogłem na nie patrzeć. Wstręt po ostatniej imprezie pozostał. Na ścianach naprzeciwko baru znajdowały się plansze do rzutek oraz porozwieszane obok obrazy. Nie miałem bladego pojęcia co przedstawiały. Stwierdziłem, że nic więcej tutaj nie znajdę i zgrabnym krokiem ruszyłem w stronę schodów na drugie piętro. Kiedy postawiłem nogę na ostatnim schodku, zdębiałem. Słyszałem rozmowy, jednak nie była to Adda i Juliia. Tutaj ktoś był, ktoś oprócz nas. Podbiegłem do stołu bilardowego gdzie stało na oko sześć osób.
- Hej, jesteście prawdziwi? – Zapytałem. Nie potrafiłem zadać innego pytania.
- Huh, prawdziwi? Najebałeś się już? Oczywiście, że jesteśmy prawdziwi, przecież tu stoimy. – Odpowiedział mi starszy mężczyzna ubrany w garnitur, trzymający w dłoni prawdopodobnie szklankę pełną whisky. Musiałem powiedzieć o tym reszcie. Odwróciłem się w stronę schodów prowadzących na trzecie piętro i usłyszałem głos Julii.
- Musisz nas jakoś namierzyć, Pesty. Zrób to jak najszybciej, tak naprawdę nie wiemy do czego są zdolni. Muszę kończyć, bo zaraz bateria mi padnie. Ufam ci. – Kliknęła przycisk i się rozłączyła, a następnie schowała telefon do kieszeni w kombinezonie. Po krótkiej chwili mnie zauważyła. – Oh, Bolko. Znalazłeś coś ciekawego? – Zapytała.
- London zamierza nas stąd wydostać? – Znałem odpowiedź. On i Juliia trzymali się całkiem blisko, nie było cienia wątpliwości. Byłem ciekawy co myślał Pesty robiąc coś takiego.
- Powiedział, że zrobi co w jego mocy, ale nie chcę zbytnio go zamęczać. Damy sobie radę sami, do tej pory dawaliśmy. – Oznajmiła. – Swoją drogą, nie znaleźliśmy na górze niczego ciekawego, a ty?
- No właśnie, co do tego to… znalazłem tutaj innych ludzi! A przynajmniej coś co przypominało ludzi, jeśli nie jest atakiem stójki. – Odpowiedziałem, gestem ręki zachęcają do podążania za mną. Wróciłem do miejsca gdzie wcześniej stał stół bilardowy, ale teraz zamiast niego przed moimi oczami zmaterializował się stół do gry w pokera, gdzie ludzie przy akompaniamencie jazzowej muzyki świetnie się bawili. Po chwili przybiegła również Adda, a melodia stawała się coraz głośniejsza. Klub zaczął tętnić życiem! Wokoło nas pojawiało się więcej atrakcji z minuty na minutę. Z naszych bransoletek słychać było donośne piknięcia. Zostało 15 minut. Zacząłem panikować, jak to 15 minut?! Przecież dopiero co tutaj weszliśmy, to wszystko fałsz! Moje kieszenie stały się zauważalnie ciężkie, ale nawet nie wiem kiedy. Włożyłem w nie swoje dłonie, wyciągając ogromne sumy pieniędzy w euro.
- Hej, zagrasz z nami!? – Krzyknął do mnie jakiś mężczyzna z czarnymi włosami, trochę kojarzącymi mi się z makaronem. Siedział przy stole i grał w pokera. Coś mi mówiło, że nie powinienem, ale pokusa była o wiele silniejsza niż to uczucie. Poszedłem, tracąc ze wzroku Juliię i Addę.

15 Listopad (Allein Klubb)

                Nie mogłam powiedzieć mu teraz prawdy, tym bardziej przy jego kolegach. Musiałam go wyciągnąć na rozmowę w cztery oczy. Grupa powoli zamierzała wracać na piętro rejsowe, ale ja nie zamierzałam. Wszyscy oprócz mnie i Kaki wysunęli się dosyć daleko naprzód. Kiedy przechodziliśmy obok półki która otwierała tajne przejście w ścianie, złapałam się mocniej za rękę Katwara.
- Allein? Co się dzieje? – Zapytał skołowany. Wysunęłam szybko półkę i weszliśmy do środka przejścia. Teraz byliśmy sami, a jeśli nawet zdecydowaliby się nas szukać to nie było opcji żeby nas znaleźli.
- Zanim cokolwiek powiesz, najpierw mnie wysłuchaj, dobrze? – Uspokoiłam go i puściłam jego rękę. Przed nami teraz znajdowały się schody w dół, po którym zaraz miałam zamiar zejść. Nawet jeśli teoretycznie grałam na dwa fronty to chciałam pomagać Kace i jego grupie.
- W porządku. – Zarumienił się. Nie o to mi chodziło.. W odpowiedzi też się zarumieniłam, nawet jeśli wiedziałam o głównym temacie który nie polegał na tym.
- Znam kobietę która nas wszystkich porwała, nawet znam ją aż za dobrze. Nazywa się Donnadenna i jest moją dalszą rodziną. – Powiedziałam wszystko jednym tchem, aż zabrakło mi powietrza. Jego oczy widoczne spod okularów o zielonych oprawkach się rozszerzyły. Tak naprawdę wiedziałam, że tą wiadomością kopie sobie własny grób, ale byłam winna prawdy.
- Jeśli jest twoją rodziną, to dlaczego to robi? – Przyjął tą wiadomość całkiem spokojnie. Uwielbiałam w nim to, że analizował zamiast od razu wyciągać wnioski.
- Nie mam bladego pojęcia… Nie chcę żeby to wyglądało jak gra na dwa fronty, więc od razu chciałam ci powiedzieć. Wtedy jak zaatakował nas ten gość ze skrzypcami, tak naprawdę wzięła mnie Donna. Wytłumaczyła mi plan budynku i powiedziała, żeby pójść pomóc Julii która sama sobie na da rady w tym pomieszczeniu na piętrze rejsowym.
- Juliia jest w niebezpieczeństwie? Mogłaś to akurat powiedzieć wcześniej! Musimy iść jej pomóc! – Wyrwał się i chciał otworzyć drzwi z powrotem.
- Poczekaj! Po pierwsze weź to. – Podałam mu kilka ostrych kamieni, które dostałam od Donny. – Jak będziemy już na dole, będziemy musieli rzucać nimi w reflektory, taką wskazówkę dostałam. Po drugie, tymi schodami dostaniemy się wprost i szybciej! Chodź za mną! – Gestem ręki zachęciłam go do podążania za mną i razem zbiegaliśmy schodami które na pierwszy rzut oka prowadziły donikąd. Schodziliśmy i schodziliśmy, a białe światło żarówek raziło nas w oczy. Po kilku minutach w końcu dotarliśmy na korytarz z wieloma parami drzwi. ,,Pomieszczenie sypialnianie, tak jak mówiła’’ – pomyślałam. Wiedziałam, że jeśli skręcimy w prawo wejdziemy do klubu tylnym wejściem.
- Teraz w prawo! Będą za tamtymi fioletowymi drzwiami! – Oznajmiłam i wskazałam na nie palcem. Nie zatrzymywaliśmy się ani na sekundę i sprintem zaszarżowaliśmy na wejście.
                Byliśmy w środku bez czasu do stracenia. W prawym dolnym rogu pomieszczenia leżała ledwo przytomna kobieta w żółtym kombinezonie. Rozpoznałam w niej Juliię. Podeszłam bliżej i zobaczyłam wiszący nad nią reflektor. Nie myśląc o tym za dużo, rzuciłam w niego kamieniem który dostałam od Denny. Kawałki szkła upadły na podłogę, a ja podałam Musiau rękę.
- Dawno się nie widziałyśmy, co nie Juliio? Nie czas na to jednak teraz, bierz te kamienie i rzucaj w reflektory! – Wytłumaczyłam i pomogłam jej wstać. Kiwnęła głową że zrozumiała i odeszła ich szukać. To wszystko iluzja świetlna, a tak przynajmniej tłumaczyła mi Donna. Podobno była to umiejętność Castle of Glass o nazwie Ever Lasting Night. Nie do końca rozumiałam tego co próbowała mi wytłumaczyć, ale ważne że przynajmniej wiedziałam jak to skontrować. Ci wszyscy ludzie, stoły, gry barowe powinny zniknąć w momencie zniszczenia wszystkich źródeł światła. Musiałam im pomóc i wziąć się do roboty!
                Zniknęli. W pomieszczeniu znajdowałam się teraz ja, Juliia, Kaka i niektórzy z grupy. Została tylko jedna osoba, której nikt nie poznawał, ale nie chciała zniknąć – DJ. Mężczyzna o włosach koloru płynnego złota stał za konsoletą na parterze. Koło mnie stał Katwar który nieoczekiwanie dostał czymś rzuconym w jego stronę. Podniósł to z ziemi i ujrzeliśmy nazwisko. Sałat Żyroskop. Spojrzeliśmy na człowieka, który prawdopodobnie nie był do nas przyjacielsko nastawiony. W jego oczach widoczne było przerażenie, ale czułam że nie odpuści. Teraz dla nikogo nie było odwrotu. Próbowałam przywołać swoją stójkę, Judas, ale zaskakująco się nie pojawiła. Musiałam zapytać o to Kakę już po wszystkim. Humanoidalna postać Ever Lasting Night, byt stworzony ze stopów metali oraz zamontowanych w nim kreatywnie rozmieszczonych żarówek. Podeszliśmy do konsolety, nie miał gdzie uciec. Zerwał z siebie czarną koszulę i przyjął pozycję obronną. Zaszarżowaliśmy na niego z Katwarem, przygwożdżając do podłoża. Zdążyłam zauważyć, że bransoletka na nadgarstku Kaki zaczęła głośno i systematycznie pikać, ale nie zważał na to, ja tym bardziej. On go trzymał, a ja biłam. Jeden cios, drugi cios, czułam na pięściach odbicia jego leżących już na podłodze zębów. Trzeci cios, czwarty cios. Straciłam rachubę, po której Sałat stracił przytomność. Wstałam i wytarłam ręce o spódniczkę. W pomieszczeniu stali wszyscy, reszta zdążyła przyjść z piętra hotelowego wraz z psem którego spotkaliśmy po drodze.
- Kaka, Allein?! Szukaliśmy was kurwa wszędzie! – Krzyknął Jacub na nasz widok. Ucieszyłam się. Poza Donną i Kaką nikomu tutaj praktycznie nie ufałam, ale takie sytuacje dawały nadzieję na pogodny scenariusz.
- Czas dobiegł końca, cholera! – Uświadomił wszystkich Borbo, patrząc na bransoletkę. – Wszyscy uważajcie, nie wiadomo co się tak naprawdę mogło stać! – Jako jedyna nie miałam tego licznika, więc automatycznie zbytnio się nie przejęłam. Spojrzałam po innych którzy jednak wyglądali na zmartwionych. Ostatnie pytanie jakie usłyszałam zanim zaczęliśmy szukać to:
- Gdzie jest Adda?

Komentarze