Rozdział 1: Wielki Prezes (Maciei Zawadzieuo)

KAKA'S BIZZARE ADVENTURES: HEART GATE

ARC I: CAN'T BE FRAGILE

12/13 Listopad 2019 rok

Miałem dość jesieni, mimo że nawet nie zdążyła się dobrze zacząć. Listopad zawsze był okresem, który przywracał mi za dużo wspomnień a dawał mało plusów. Wziąłem z wieszaka i założyłem sztuczne futro na moją ciemnoróżową marynarkę oraz jasnoróżową koszulę. Poprawiłem fioletowo – fiołkowy krawat ze wzorem w głowy kaczek i odchrząknąłem głośno. ,,Na dzisiaj to już koniec bezmyślnego pieprzenia o nowych patentach’’ – pomyślałem, gasząc światło w swoim ogromnym biurze. Osiągnąłem sukces o którym tak naprawdę nigdy marzyłem. Byłem wielkim prezesem firmy produkującej zabawki dla dorosłych zwanej ,,Typowe Zabawki co.’’ Nie mieliśmy sobie równych w całej Europie, która w 2003 roku stała się jednym krajem, tym samym zmieniając wieloletnią historię. Większość miast również nabrała nowych nazw, porzucając stare zwyczaje. Nie miałem bladego pojęcia dlaczego na taką zmianę postawił Parlament Europejski, ale zbytnio mnie to nie obchodziło. Sam mieszkałem dosyć blisko  centrum naszego kraju, dokładnie metropolii zwanej ,,Tomashowek’’ niedaleko HongKongu i Rybunika. Samo miasto miało swoje plusy i minusy jak każde inne, jednak naprawdę czułem się tutaj dobrze. Wracałem do domu moją ulubioną drogą, z dala od wszelkiej cywilizacji. Prowadziła przez mały kawałek lasu, a jedynym źródłem światła okazywał się być goły księżyc. Mogłem się tutaj odstresować, wyrzucić z siebie wszystko i wyżyć na drzewach. Na swojej zimnej szyi poczułem charakterystyczny, zimny, jesienny wiatr kiedy nagle za swoimi plecami usłyszałem szmer.
- H-halo?! – Podniosłem lekko głos. Byłem przewrażliwiony, bardzo przewrażliwiony. Nawet kiedy wychodziłem z pracy i szedłem do domu czułem spojrzenia ludzi z branży. Czułem jak beznamiętnie wpatrują się w moje ciało, jak nachalnie rozbierają mnie wzrokiem. Nie umiałem przed tym uciec, a raczej nie dało się przed tym uciec. Nie wiem czy możecie wyobrazić sobie uczucie ciągłego bycia obserwowanym przez kogoś, kogo nawet nie znacie. Wziąłem w swoją dłoń największy kamień w zasięgu mojego wzroku. Był strasznie mokry i zimny, ale w tym momencie nie mogło mnie to nie obchodzić bardziej. Najbliższe drzewo okazało się być starą sosną i poprzedzając cichutkim ,,przepraszam’’ zacząłem najmocniej jak potrafiłem trzaskać kamieniem o jej korę. Mijała sekunda za sekundą, ale nie było to niczym nowym, a właściwie wchodziło w skład czynności które monotonnie wykonuję każdego dnia. Była godzina 21 i zanim się spostrzegłem na wyświetlaczu mojego telefonu ukazała się 21:30. Przez cały ten czas po prostu w szale biłem biedne drzewo myśląc ,,Mam dość tego wszystkiego! Nie chcę być kojarzony tylko z jebanymi dildosami i buttplugami!’’ Wypuściłem z rąk kamień, czując jak ciepła krew leci mi ciurkiem po skórze. Przez przypadek trafiłem się w palec. ,,Oh, kurwa’’ – pomyślałem, wyciągając z kieszeni spodni nawilżaną chusteczkę. Leciutko opatuliłem uszkodzony kciuk i szedłem dalej w stronę swojego domu. Podobnie jak droga znajdował się dosyć daleko od cywilizacji, więc lepiej trafić tak naprawdę nie mogłem. Był niedużym domkiem jednorodzinnym o czerwono-czarnych ścianach, jednopiętrowy. Nie planowałem zakładać rodziny, a przynajmniej posiadać dzieci, ponieważ uważałem je za zbędny balast w drodze do kariery. Wielu się ze mną nie zgadzało, ale czym jest opinia kogoś innego w decyzjach dotyczących mojego życia? No właśnie. Stawiając krok za krokiem niespodziewanie usłyszałem skowyczenie jakieś zwierzęcia w okolicznych krzakach. Trochę się zdziwiłem, bo nigdy nie spotkałem żadnego na tej drodze. Wziąłem w dłoń swojego smartphone’a i załączyłem opcje latarki. Podszedłem bliżej i rozsunąłem lekko gąszcz, a widok za nim okazał się być jeszcze bardziej dziwnym. Leżał tam ranny pies, kundelek, jednak widać było gołym okiem, że przynajmniej jeden z jego rodziców był jamnikiem. Delikatnie zbliżałem się w jego stronę centymetr za centymetrem, ten jednak nie wydawał się być groźnym albo był na tyle wycieńczony, że nawet nie miał sił szczekać. Zdjąłem z siebie futro i otuliłem nim psa, biorąc go na ręce. Nie mogłem go tak po prostu zostawić, czułem się źle z tą myślą. Zacząłem teraz truchtać w kierunku mojego domu i po 10 minutach byłem na miejscu. Nie zastanawiając się dłużej nad niczym, wziąłem kluczyki do mojego czerwonego samochodu marki Volvo i ułożyłem psa na jego tylnym siedzeniu. Nie przepadałem za poruszaniem się autem, jednak sytuacja była kryzysowa i wymagała tego prawa jazdy które w przeszłości udało mi się zdać za pierwszym razem. Do najbliższej kliniki którą kojarzyłem z widzenia od mojego miejsca zamieszkania było 20 minut drogi. Na ulicy nie było nikogo oprócz mnie i tego biednego pieska, jęczącego w agonii. W takich momentach mój mózg sięga do tych najmroczniejszych rejonów jakie są wspomnienia z dzieciństwa. O tym jak ojciec opuścił mnie w momencie narodzin, o tym jak moja matka poszła siedzieć za morderstwo kasjerki w okolicznym kiosku. Nigdy nie miałem łatwo, życie mnie nie rozpieszczało. To wyglądało jakby sam Bóg żałował mojej egzystencji. ,,Kutas’’ – pomyślałem. Zanim się spostrzegłem byliśmy już na miejscu. Poczułem nieopisaną złość w momencie, kiedy zobaczyłem opuszczającego rolety weterynarza. Wysiadłem natychmiast z samochodu i udałem się w stronę drzwi wejściowych, zaczynając w nie mocno uderzać. Mężczyzna z przestraszoną mimiką otworzył je.
- Zaraz zadzwonię po policję, jeśli pan się nie uspokoi! – Zagroził mi. ,,Chyba nie wiesz z kim rozmawiasz’’ – zaśmiałem się z własnej hipokryzji. Nienawidziłem wykorzystywania mojej wyższości nad innymi, teraz jednak to był jedyny sposób na osiągnięcie pożądanego celu.
- Maciei Zawadzieuo. Mam w samochodzie bardzo rannego i wycieńczonego kundelka, resztę możemy sobie oszczędzić, bo ty i ja wiemy doskonale, że go przyjmiesz. Natychmiast. – Mężczyzna otworzył drzwi szerzej i gestem dłoni zachęcił mnie do środka. Cofnąłem się do samochodu po pieska i wszedłem do budynku. Na recepcji stała wysoka, długowłosa blondynka bez widocznych źrenic ani tęczówek. ,,Jestem pewnie zbyt zmęczony’’ – pomyślałem, odrzucając teorię o prawdziwości tego zjawiska. Oddałem kundelka w ręce lekarza i usiadłem na jednym z plastikowych krzeseł w poczekalni. Kobieta z wcześniej podeszła do mnie z uśmiechem na twarzy i zaczęła rozmowę.
- Co mu się stało tak w środku nocy? To pański piesek? – Zapytała z troską w głosie. Wydawała się być ode mnie troszkę starsza, jednak już teraz mogłem stwierdzić jak bardzo kochana była.
- Nie mam pojęcia. Szedłem do domu i znalazłem biedaczka w krzakach. Nie mogłem go zostawić, więc jedyną opcją było przyjście tutaj i oddanie go we właściwe ręce. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie.
- Jednak nie lubisz nadużywać swojej wyższości, prawda? Tutaj była jedynym słusznym rozwiązaniem, panie Macieiu.
- Skąd ty wiesz o takich rzeczach? Robię to co muszę żeby go uratować, nieważne co jest do tego wymagane. Radzę się pani nie wtrącać w nieswoje sprawy. – Poczułem się dziwnie. Aż tak łatwo można było ze mnie czytać? Czy byłem dla niej otwartą książką? Nie miałem pojęcia. Ta rozmowa powoli zmierzała w bardzo dziwną stronę, dlatego jak najszybciej chciałem ją przerwać i dowiedzieć się jaki jest stan psiaka.
- Jeśli chcesz zrozumienia, to ja cię rozumiem. Kiedy będziesz gotowy, przyjdź. Będę czekać, nieważne o jakiej porze dnia i nocy, będę zawsze dla ciebie dostępna. – Kończąc wypowiadanie ostatniego słowa, wyciągnęła z przerwy między piersiami wizytówkę i wrzuciła mi ją do kieszeni marynarki. Nie wiem dlaczego, ale nie przeszkadzało mi to. Zaraz po tym zarzuciła na swoje białe ubrania, ciemnozieloną kurtkę i wyszła, najprawdopodobniej do domu. Znowu zostałem sam ze swoimi na myślami, ale nie na długo, ponieważ nie minęło nawet 10 minut kiedy ze swojego gabinetu wyszedł weterynarz aby przekazać mi wiadomości o stanie zdrowia psiaka.
- Nic mu nie będzie, jednak musi się oszczędzać i najlepiej będzie jeśli zostanie u nas w klinice na jakiś czas. Wygląda na to, że wszystkie jego obrażenia wynikały z przemocy fizycznej człowieka, prawdopodobnie kopania albo bicia go z dużą częstotliwością. Niech Pan zapisze mi swój numer na kartce, a ja zadzwonię kiedy piesek wyzdrowieje.
- Nie potrzeba, Pani recepcjonistka powiedziała, że chętnie się nim zaopiekuje, ponieważ sam nie mam warunków. – Perfidnie skłamałem temu człowiekowi prosto w oczy, jednak nie do końca. Naprawdę nie miałem na to warunków, a dokładniej cierpliwości i czasu. Uwielbiałem zwierzęta, jednak sam nigdy nie odczuwałem chęci ani pokusy do zajmowania się jakimkolwiek. Nienawidziłem uczucia odpowiedzialności branej nad kimś i nie sądziłem żeby to mi się do końca życia zdążyło odmienić. Weterynarz oddał mi moje futro, które natychmiast założyłem na siebie. Lubiłem w nim chodzić. Wróciłem do samochodu i poczułem ulgę. Pierwszy raz od dawna coś poszło po mojej myśli i to jeszcze sprawa tak ważna. Byłem szczęśliwy. Tym razem nie musiałem liczyć na pomoc mojego ,,anioła stróża’’. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę i jak gdyby nigdy nic zamieniłem ją w kolorową papużkę. Byłem kimś specjalnym, kimś z nadnaturalną mocą którą podświadomie nazwałem ,,stójką’’. Mogłem zamieniać martwe przedmioty w żywe organizmy jakimi były ptaki. Mogłem to robić od czasu pamiętnego incydentu, kiedy wracając do domu tą samą drogą co zwykle zostałem zaatakowany, a napastnik przebił moją szyję złotą strzałą, a w zasadzie żyletką o złotym zdobieniu przyczepioną do kawałka patyka. Wtedy pojawił się po raz pierwszy mój ,,anioł stróż’’, a dokładniej mężczyzna ubrany w złotą marynarkę. Całe moje pole widzenia było rozmyte przez łzy więc nie widziałem dokładnie kto to był, jednak im więcej łez skapywało na moją skórę, tym bardziej ból ustępował. On też musiał być kimś specjalnym, kimś z mocą, jednak opierającą się na innej zasadzie. Zanim odszedł, wypowiedział ostatnie zdanie, które brzmiało: ,,Zawsze będę patrzeć’’. Musiało być nas więcej, ale nie koniecznie moim priorytetem było przekonywanie się o tym. Stworzona przeze mnie papużka siedziała obok i wesoło śpiewała, włączając się do melodii piosenki puszczonej w radiu. Zdjąłem już z mojego kciuka chusteczkę, ponieważ przestał krwawić a krew zaczęła krzepnąć. Dla bezpieczeństwa jednak wolałem założyć jeszcze jedną, więc odmieniłem papużkę z powrotem i opatuliłem powtórnie palec. Dojechałem do domku i zaparkowałem Volvo w garażu, zaraz obok Renault. No cóż, nawet jeśli nie lubiłem samochodów, to nadal niektóre ładnie wyglądały. Wychodząc z garażu i idąc w stronę drzwi wejściowych zauważyłem, że światło w sypialni jest zapalone. Wróciłem się i wyciągnąłem ze skrzynki na narzędzia klucz francuski i dwa małe wiertła do wiertarki. Dla bezpieczeństwa chciałem mieć zapas materiałów, tak więc pozbierałem z ogródka kilka małych kamieni i wsadziłem do kieszeni. Zamieniłem wcześniej wspomniane narzędzia w dwa gołębie oraz sowę, a następnie wysłałem do swojej sypialni. Byłem teraz tylko gotowy na to, że jakiś niedoświadczony złodziej zaraz wybiegnie przez frontowe drzwi. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz ktoś włamywał mi się do domu w poszukiwaniu jakiś haków czy niuansów dotyczących mojego prywatnego życia. Tak się jednak nie stało, a ból jaki pojawił się w moim karku dowiódł, że ktoś musiał skrzywdzić moje ptaki. To zdecydowanie musiał być użytkownik stójki, nikt inny nie byłby w stanie ich zobaczyć. Zostanie na zewnątrz nie wchodziło w grę, dlatego przekonany o swojej decyzji wszedłem do swojego domu. Teraz donośny dźwięk dobiegał z mojej kuchni, tak więc ostrożnie udałem się w jej stronę. Wszedłem do pomieszczenia i zapaliłem światło, nie zastając nikogo. Szybko jednak udowodniono mi że byłem w błędzie, bo nagle w moje plecy ktoś rzucił czymś, najprawdopodobniej nożem, jednak dostałem tępą końcówką, pozostając nietknięty. ,,Typowa zagrywka tchórzy’’ – pomyślałem. Zanim zdążyłem się odwrócić, żarówka będąca jednym światłem w pomieszczeniu pękła nad moją głową. Ponownie tego dnia, zdenerwowałem się i potrzebowałem wyżyć, a nieoczekiwany wróg był zbawieniem w tej sytuacji. Wziąłem w prawą dłoń kolekcję zebranych wcześniej kamyków i zacząłem skupiać się na nasłuchiwaniu. Wydawał dużo dźwięków, a w stronę każdego rzucałem po jednym kamieniu. Rzuciłem kolejny, po czym nieoczekiwanie poczułem głębokie cięcie na lewej łydce. Przyklęknąłem więc na prawe kolano, nasłuchując dalej. Kolejny kamień uderzył o lodówkę, a jeszcze następny w coś metalowego, prawdopodobnie mój czajnik. W końcu wpadłem na pomysł - ,,przecież zbicie okna wpuści tutaj światło księżyca! Mimo, że szyby zasłaniały rolety, to zdążyłem ich wcześniej dotknąć, więc nie zwlekając zamieniłem je w kury i precyzyjnym rzutem wpuściłem wiązki do kuchni. Nieszczęśliwie jednak dla mnie, typek tylko na to czekał i dokładnie w tym samym momencie chwycił większe kawałki szkła i niczym shurikenami rzucił w moją stronę. Musiałem szybko myśleć i jedyne co wpadło mi do głowy to zasłonięcie się własnymi dłońmi i przedramionami, które przyjęły pojedyncze cięcia. Teraz moja frustracja, przemieniła się w prawdziwą wściekłość, nagle jednak z ciemności usłyszałem czyjś głos.
-  Cześć Maciei, nazywam się Somf. Pewnie mnie nie znasz, a raczej nie pamiętasz, za to ja znam cię aż za dobrze, chłopie! Odebrałeś mi wszystko co miałem i nawet to, co chciałem mieć. Praktycznie mnie zabiłeś, nie zdając sobie o tym sprawy. Ale ja nie będę taki jak ty. Zamierzam ci powiedzieć dlaczego JA zabiję ciebie teraz. Bo jesteś nikim. Tylko twarzą, pustą powłoką. Życie które prowadzisz nie jest warte nazywania go ,,życiem’’. Mam rację, dobrze to wiesz’’ – Kiedy napastnik gadał, miałem wystarczającą ilość czasu żeby chociaż troszkę się uspokoić i pomyśleć o tym co może robić jego stójka. Mimo, że wpuściłem do pomieszczenia światło księżyca, nie widziałem żadnych wiązek. Niemożliwe było nie zobaczenie ich w tak ciemnym pokoju. Coś musiało być nie tak z moim wzrokiem, ale nadal nie miałem pojęcia co. Zacząłem się zastanawiać: ,,Czemu od razu mnie nie zabił? Wszystkie podjęte przez niego akcje nie były wykonywane z zamiarem zabicia mnie…’’. Somf jednak skończył przemowę i zaczął finalny akt. Wstałem o własnych, już słabych, nogach i obserwowałem. Patrzyłem tylko na żółte punkty, które zmieniając swoje położenie dały mi jasną wskazówkę. Uklęknąłem jeszcze raz i obmacując podłogę odszukałem to czego teraz potrzebowałem. Wstałem ostatni raz i rozdzieliłem w dłoni kawałek na dwa mniejsze, zamieniając we wróble. Somf doskonale wiedział co robię, jednak widocznym było to, że uczucie zwycięstwa przejęło nad nim kontrolę. Napastnik widząc lecące w jego stronę ptaki próbował je zaatakować, jednak tylko na to czekałem i w tym samym momencie zamieniłem je z powrotem w kawałki szkła. Tym samym Somf nie trafił swoim atakiem, a szkło poleciało dalej w kierunku jego oczu. Kiedy było wystarczająco blisko, znowu zamieniłem je we wróble, których dzioby bez zastanowienia wbiły się w gałki oczne napastnika. Wiedziałem, że to już koniec. Podszedłem do niego i pochyliłem się, kwitując bitwę jednym zdaniem: ,,Nie jestem już zły.’’
                Wstałem i poszedłem do sypialni, zostawiając resztę jastrzębiom stworzonym z wcześniej rzuconych w lodówkę oraz czajnik kamieni. Jakim cudem byłem w stanie z nim wygrać? Zdałem sobie sprawę, że typek tylko chciał mnie wkurwić i cóż, na początku mu się to udało. Tylko, że im bardziej zły byłem, tym mniej widziałem. Jaki z tego wniosek? Że jego stójka, nazwana przeze mnie ,,Serotonin’’ zmniejszała coraz bardziej pole widzenia im bardziej wkurzony byłem. Somfa tak naprawdę zabiła własna arogancja i pewność wygranej, gdyby nie sowy stworzone przeze mnie z tych samych kamieni, którymi wybiłem okno, przegrałbym. Ptaki mogły zostać zabite w każdej chwili, ale napastnik uznał je za żałosne ratowanie własnej skóry. Uspokoiłem się, a sowy wskazały mi drogę. Ustawiły się na linii jego wzroku, więc postanowiłem im zaufać. Byłem ranny i tak wycieńczony, że położyłem się spać nawet nie zmieniając ubrań. Następnego ranka wstałem zupełnie zdrowy i pełen energii. Nie byłem zdziwiony moim obecnym stanem, wiedziałem że to robota anioła stróża. Wszedłem do kuchni, sprawdzając, czy wszystko jest takie jakie powinno być. Ciało zniknęło a szyba znowu była cała. Zrobiłem sobie ulubioną, zieloną herbatkę oraz jajecznicę, wsłuchując się w głos prezenterki pogody z radia. Kiedy wszystko było gotowe, położyłem to na stole i udałem się w stronę łazienki. Przejrzałem się w lustrze i przyzwałem humanoidalną postać mojej stójki, którą nazwałem ,,Bird ste free’’. ,,Ciekawe czy inne stójki mają humanoidalne postacie…’’ – pomyślałem patrząc na fioletowego, napakowanego ptaka z brązową baseballówką. Umyłem zęby i wziąłem szybki prysznic. Założyłem swój codzienny, różowy szlafrok i wróciłem do mojej jajecznicy i herbaty, które teraz były zimne. Lubiłem kiedy dania i napoje były chłodne, o wiele bardziej wolałem je  tak podane niż gorące. Wyciągnąłem z kieszeni komórkę i sprawdziłem wszystkie socjalne media. Jak zwykle mnóstwo powiadomień, komentarzy i polubień. ,,Nic ciekawego’’ skwitowałem i nie mogąc wytrzymać z ekscytacji udałem się w stronę salonu. Rozsiadłem się wygodnie w swojej czerwonej sofie, poprawiając szlafrok. Wziąłem do ręki pilota, zerkając też na leżącą obok niego kopertę. Włączyłem swój ulubiony program przyrodniczy w idealnym momencie, bo na kopulacji wilków. Wziąłem do ręki kopertę i mocnym pociągnięciem rozerwałem, wiedząc co znajdę w środku:
,,Zawsze będę patrzeć’’ – Taka treść czekała na mnie w środku. ,,Mam nadzieję, że będę mógł go w niedalekiej przyszłości spotkać’’ – Pomyślałem, nieświadomy tego co mnie czeka.

Komentarze