15 Listopad
Trzymałem
palce na pionku o podobiźnie mężczyzny. Miał bordowe włosy długie do ramion,
wygolony tył i boki swojej głowy, a w jego oczach nie przesiadywało nic oprócz
czystego szaleństwa. Wahałem się co z nim zrobić. Przesunąć do przodu i zbić
pionek z podobizną kobiety o beżowych włosach? Drętwiały mi palce. Całkowicie
zrzucić go z planszy? Nie, to zupełnie nie wchodziło w grę. Uśmiechałem się,
chociaż moje zmieszane emocje nie chciały dać jednoznacznej odpowiedzi. Zostawiłem
bordowego w spokoju. Nie mogłem już dłużej go znieść. Wziąłem w dłoń pionek o
podobiźnie mężczyzny tym razem z czerwonymi włosami. Ubrany w błękitną szatę
stał obok brunetki w złotym kombinezonie. Co wydarzy się między nimi? Tę
zagadkę potrafi rozwiązać tylko czas. Nie skupiałem się za bardzo na dwóch
pionkach, ustawionych po bokach szachownicy. Mężczyzna o włosach koloru
zgnilizny nie potrafił się bawić, nie chciał wtrącać. Drugi zaś,
błękitno-włosy, miał teraz większe problemy. Z głębin swojego serca, jest mi
naprawdę go szkoda. Nie zasłużył na taki los, nawet jeśli sam maczałem w tym
palce. Brakowało mi tylko dwóch pionków które były w trakcie tworzenia. Garol i
Kooba. Mimo, że wszędzie chodzili razem, to miałem przeczucie że każdy pójdzie
w swoją stronę. W mojej głowie tworzyły się miliony różnych kombinacji,
dających nietrzymające się kupy rezultaty. Zrobić to czy to? Ostatecznie
wszystko zostawiałem emocjom. One i tak zawsze brały górę.
Poprawiłem
truskawkową koszulę i podciągnąłem granatowe jeansy. Przeczesałem swoje bordowe
włosy na szybko rękoma, zaczesując lekko do tyłu. Moje stopy gładko wsunęły się
w czarne pantofle, wypolerowane na błysk. Nie spodziewałem się liżąc figurkę
mężczyzny o zgniłych włosach, że będzie mieć tak ostry smak. Taki…
wyakcentowany. To dzisiaj jest ten dzień w którym dokonamy zmian. Zaczyna się
wojna domowa, przyjaciele, a ja szukam sojuszników. Wstałem ze złotego tronu
jaki mi zbudowano, odstawiając zgniłka z powrotem na planszę. Szybko wymacałem
swoją kieszeń w poszukiwaniu przedmiotu sporów, czerwonej żyletki. Dostałem ją
od ojca w ramach prezentu. Jestem wojną.
Potrzebowałem czegoś do wywoływania konfliktów i o ile specyficzne
podejście do ludzi starczało to żyletki używałem na porządku dziennym. Kiedy
patrzę na swoich ludzi i widzę, że zaczynają współpracować, cierpię. Moje ciało
zamarza, a serce bije wolniej. Boję się. Kiedy jednak kłócą się o byle pyłek
kurzu, kipię z podniecenia. Pomocy…
Wyszedłem
z ,,Sali tronowej’’ zamykając za sobą wrota. Moja miejscówka była podziemną
bazą na placu Freuda w Futterkonn, dzielnicy Tomashowka graniczącej z Alvemen,
Hydrąą i Beroon. Wpadające przez okna światło słoneczne nie było rzeczą która
wypełniała mnie ekstazą. Potrzebowałem ciemności, mój umysł się na niej
opierał. Moi sojusznicy – Diamond, Gold, Sliver, Copper i Bronze, również na to
nie narzekali, przynajmniej wtedy kiedy ich do tego nie zmusiłem. Dzisiaj
jednak czerwona żyletka była na tyle ważna, że musiałem zostawić ich w spokoju.
Kiedy wyszedłem ze swojej komnaty, na żeliwnym korytarzu o ścianę oparty był
Copper. Starszy mężczyzna o agresywnie czerwonych włosach trzymał w dłoniach
kubek z kawą o którą codziennie rano proszę. ,,Nie musisz mnie przekupywać,
Karma. I tak nie zamierzam ci pomagać’’ – pomyślałem, uśmiechając się szeroko
od ucha do ucha i przyjmując zamówienie.
- Dzień dobry, Copper. Jakie wieści? – Byłem typem cichego
myśliciela, niczym więcej. Kontakty z ludźmi nie sprawiały mi problemów (kogo
ja oszukuję), po prostu były męczące.
- Dzień dobry, Panie Macedon. Deddy Hiroshima nie wychodzi z
domu, nadal jest załamany po zniknięciu Antesa.
- Nie interesuje mnie on. Jak u Hungaar?
- Panienka Mozambique przygotowuje się do dzisiejszej
debaty, słownie jak i fizycznie. – Kiwnąłem głową. ,,Gdzie ty znajdujesz czas
na te swoje nocne zabawy, Hung?’’ – zastanowiłem się. – Pan London, no cóż,
dowiesz się sam kiedy dzisiaj go odwiedzisz, ale planuje coś niecnego. –
Uwielbiałem tę stronę Pesty’ego która chciała się wykazać przed innymi.
Pokazywać jego niezależność. Miał tendencję do skrajności, a patrząc na to że
konflikt między nim a Szykolą, napędzony zaskakująco nie przeze mnie, jest
nadal w toku to miałem nadzieję, że szykuje na nią jakąś brudną bombę. –
Natomiast Pani Musiau jak i jej podopieczni znajdują się nadal w Castle of
Glass i nie zapowiada się żeby na dniach zamierzali z niego wyjść. – Niech się
bawią. Kiedy wyjdą zaczną się dopiero układy. – Panu Kawronskiemu zmarła
wczoraj siostra. Miał plany aby odwiedzić Rybunik i zacząć szukać osoby
odpowiedzialnej za jej kalectwo. - ,,Nie musiał szukać tak daleko’’ – skrywałem
pod uśmiechem. – Jednak nie jesteśmy teraz pewni co zamierza ze sobą zrobić.
Będziemy informować na bieżąco.
- Szykola. Planuje jakiś ruch?
- Ależ oczywiście Warhann, ale nie do końca. Sytuacja
panująca w jej szeregach się nie zmieniła, a mężczyzna imieniem Karma ciągle
dowodzi agresywnym ruchem religijnym. Podobno jeśli zacznie się wojna domowa,
zamierza zaatakować Nanbuklear. – Był niezły, że też tak dobrze szło mu
mówienie o sobie w trzeciej osobie.
- Doskonale. Jestem ciekawy również jaką postacią okaże się
być ten tajemniczy Link, którego Pesty wziął pod swoje skrzydła.
- Otóż, Link Ryba…
- ĆŚŚ! Nie psuj mi niespodzianki, Copper.
- Oczywiście. Przepraszam. – Grzeczny chłopiec. Kiedy
skończyliśmy rozmawiać, idealnie skończył się korytarz wychodzący do głównego
pokoju gdzie debatowaliśmy co powinniśmy zrobić w jakiej sytuacji oraz
dzieliliśmy się informacjami już o samym społeczeństwie. Wziąłem łyk kawy i
popchnąłem metalowe drzwi drugą dłonią, a przed moimi oczami ukazał się duży,
czarny stół wokół którego siedzieli Diamond, Gold i Bronze. Usiadłem na swoim
honorowym miejscu i z każdym przywitałem się skinieniem głowy. Po lewej i
prawej stronie porozwieszane zostały ekrany z mapami i innymi statystykami
które przywoływaliśmy podczas rozmów.
- Gdzie jest Silver? – Zapytałem na głos. To dosyć rzadka
sprawa, aby tak nie pojawił się na porannym spotkaniu z dnia na dzień.
- Szuka dzisiejszej ofiary Czarnej Mamby. – Odpowiedział mi
Bronze. Mężczyzna był w moim wieku, miał około dwudziestu trzech lat. Brązowe
włosy, piwne oczy i okulary o okrągłych oprawkach, nie czyniły z niego
wyróżniającego się jegomościa. ,,Ciekawe kogo teraz sobie wybrała, huh’’ –
pomyślałem.
- Jaki plan na dzisiaj szefie? – Zapytał entuzjastycznie
Diamond. Miał długie do łopatek włosy miętowego koloru i oczy o dwukolorowej
tęczówce, połączenie niebieskiego i piwnego. Nie umknął mi uwadze fioletowy
kardigan. Cóż, skoro Brozne się nie wyróżniał, to ktoś inny musi zrobić to dla
balansu, co?
- Zamiast skupiać się na planie dnia, powiedzcie mi co myślą
mieszkańcy miasta. Każda dzielnica pojedynczo proszę. – Zwróciłem się w stronę
Gold’a, bardzo wysokiego i wychudzonego mężczyzny o długich blond warkoczach.
- Zaczniemy od Futterkonnu. No cóż, nasi ludzie są
szczęśliwi. Nie boją się wizji przyszłej wojny, wręcz przeciwnie, mają waleczny
nastrój dzięki kampanii twojego sobowtóra. Nienawidzą mieszkańców Alvemen i
pragną ich śmierci.
- Wybornie! – Nie mogłem przestać się śmiać. To boli..
- Jeśli chodzi o naszych sąsiadów, Beroon jak i Alvemen są
skąpani w strachu. Jedni przez Czarną Mambę, drudzy dobrze wiesz czemu. Hungaar
nie przeprowadziła takiej kampanii anty-futterkonnowej jaką przeprowadziliśmy
my przeciwko nim. – Dlaczego, Hungaar, kurwa mać! Do cholery jasnej, postaw
się! Każę ci się postawić! Proszę, zrób coś… - NanBuklear, jak to na szlachtę
przystało, ciągle marudzi i nie sposób im podpasować, ale sobowtór Musiau
dobrze sobie radzi. Yamadżuma przestała zbierać haracz z ich ludzi,
przynajmniej tyle mają dobrego. No właśnie, przechodząc do biedoty, nie jest za
dobrze. Ludzie pragną zmiany burmistrza, warunki życia się nie polepszają, a
sobowtór Garola nie utrzymuje ich w ryzach. Niedługo to wszystko wybuchnie,
akurat idealnie na wybory prezydenckie. – A no tak, wybory. Nikt nie znał
obecnego prezydenta Tomashowka, oczywiście in person, bo jego sobowtór świecił
swoją twarzyczką na prawo i lewo. – Hydraa jak była tak została, zupełnie nic
się nie zmieniło. – Zabawne, ponieważ Pesty zmienia się z dnia na dzień. – No i
to praktycznie wszystko jeśli chodzi o nasze kochane społeczeństwo.
- Okej, mi pasuje. To i tak wszystko zmieni się na dniach
myślę. Zobaczymy kto będzie po naszej stronie, a kto przeciwko nam. –
Odpowiedziałem krótko, zwięźle i na temat. – To może teraz ja odpowiem na twoje
pytanie, Diamond. Plan jest taki: Po pierwsze, zadzwonić do Pesty’ego i upewnić
się, że na pewno będzie chciał się dzisiaj spotkać. Zaraz potem, jeśli okaże
się że ma wolną chwilę, jedziemy do Hydryy. Postaram się go przekonać aby był naszym
sojusznikiem w tej nadchodzącej wojnie. Potem w zależności ile czasu nam
zostanie wracam do kryjówki albo jadę prosto na plac Williamsów. Tam dam wam
znak kiedy macie zacząć strzelać, jednak macie zostawić Hungaar. Ona jest moja.
– Wszyscy kiwnęli głową w zrozumieniu. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i go
odblokowałem, a następnie wybrałem numer Pesty’ego. London od czasu ,,stania
się’’ zarazą, w moich oczach zabłysł jako ten młodszy brat, który stara się
dowieść swojej dorosłości. Przepraszam, że nie mogłem być dobrym starszym
bratem…
- Czego? – Odebrał. Naprawdę nie spodziewałem się, że
usłyszenie jego głosu będzie dla mnie czymkolwiek przyjemnym.
- Mógłbyś milej do brata mówić.
- Nie jesteśmy braćmi. Czego chcesz, Warhann? – Tak jak
większość burmistrzów, przechodził prosto do sedna.
- Chcę pogadać, Pesty. Już wcześniej ci o tym mówiłem, ale
widziałem incydent z próbą morderstwa i nie chciałem ci po nim przeszkadzać.
Już wszystko w porządku?
- Od zawsze było. Może gdyby to była Czarna Mamba to by się
udało, heh. Na spokojnie możesz dzisiaj wpaść jeśli masz ochotę. Będziesz
sędzią naszego pojedynku.
- Naszego? W końcu znalazłeś sobie jakiegoś przyjaciela na
miejscu, Pesty?! – Udawałem zaskoczonego, ale faktycznie byłem podekscytowany.
Chciałem zobaczyć Rybacc’a w akcji.
- Zobaczysz jak przyjdziesz. Pasuje ci za godzinę? W sumie,
musiałbyś już teraz wyjechać żeby zdążyć.
- Pakuję się w auto. Widzimy się na miejscu, zgniłku. –
Rozłączyłem się. Nie lubił jak ktokolwiek tak do niego mówił, tym bardziej ja,
chociaż z rodzeństwa byliśmy na ten moment najbliżej. Deddy nie odzywał się do
mnie, nie dziwiłem się, jednak od kilku miesięcy praktycznie prowadziliśmy
wojnę słowną z Hungaar, a on nadal nie obrał stron. Grał na dwa fronty,
ostatecznie tylko po to żeby zostać bez nikogo, a przynajmniej ja zakładałem,
że Mozambique nie ma dla niego teraz czasu. Czy tęskniłem za momentami kiedy
wszyscy w trójkę rozmawialiśmy w spokoju? Bardziej niż chciałbym..
Po
godzinie byłem na miejscu. Pojechałem sam, swoim samochodem. Kiedy pojawiłem
się przed bramą, otworzyła się automatycznie. Z willi ulokowanej w zachodniej
części Hydryy wyszedł elegancko ubrany służący i otworzył drzwi od strony
kierowcy.
- Jeśli Pan pozwoli. – Wyciągnął do mnie otwartą dłoń w
białej rękawiczce. Skinąłem głową i oddałem swoje kluczyki od samochodu a
następnie z niego wyszedłem. Po chwili we frontowych drzwiach stał Pesty we
własnej osobie. Nie mogłem się oprzeć uśmiechowi jaki wywołał u mnie widok jego
twarzy.
- Witam! – Podszedłem bliżej, a on niespodziewanie mnie
przytulił.
- Cześć, Warhann.. – Po chwili puścił. Ubrany w czerwoną
pelerynę i narzutę ze złotymi elementami, muszę przyznać, że prezentował się
godnie. – Wchodź do środka, mam nadzieję że pamiętasz mniej więcej wystrój mojego
domu.
- Jak mógłbym zapomnieć? Jesteś moich kochanym braciszkiem,
oczywiście że pamiętam! – Odpowiedziałem, ale momentalnie poczułem chłód.
Zazwyczaj patrząc potem na jego twarz widziałem zmieszanie, teraz był jednak
zdenerwowany. Naprawdę się zmieniał, kiedy ja nie patrzyłem. Uciekając od
tematu wszedłem do środka kierując prosto na salon.
- Hej, nie tutaj! Na początek idziemy prosto na salę
treningową, mówiłem że będziesz sędzią.
- Huh? Od kiedy mam kwalifikacje na bycie takowym?
- Mój dom, moje zasady. Raczej nie odmówisz prawda? – Pesty
mimo swojego popadania w skrajności, nie był głupi. Dobrze wiedział po co tutaj
jestem i że zrobię praktycznie wszystko, aby wyjść zadowolonym. Szedłem krok w
krok za nim, po drodze mijając miliony korytarzy i pomieszczeń. Minęła chwila,
a my byliśmy na miejscu. Jego sala treningowa była ogromna, przypominała mi
sale gimnastyczne we wszystkich szkołach do jakich uczęszczałem. Na samym
środku stał chłopak, trochę młodszy ode mnie i Pesty’ego, o krótkich blond
włosach zaczesanych na prawo. Ubrany w białą bluzkę z długimi rękawami i
dresowe spodnie, faktycznie wyglądał jakby przyszedł tutaj ćwiczyć. Podeszliśmy
bliżej, a ja zauważyłem jak aksamitnie czerwone były jego tęczówki. Był
ciekawy. – Ten kolega tutaj nazywa się Link. – Powiedział zwrócony w moją
stronę. – Natomiast ten dziwny mężczyzna Link, nazywa się Warhann. – Dziwny?
Czemu?
- O mój Boże, ten
Warhann? – Chłopak brzmiał jakby miał się zaraz udusić, a cała jego twarz
zalała się rumieńcem. Co ludzie do mnie mieli?
- Tak, ten Warhann. Nie martw się, obstawiam że się nie
obrazi jeśli będziesz zwracać się do niego po imieniu, prawda? – Szturchnął
mnie łokciem.
- Jak inaczej miałby się do mnie zwracać? Nazywam się
Warhann Macedon, po prostu mów mi po imieniu. Mam rozumieć, że ty jesteś..?
- Link! Link Rybacc proszę Pana! – Poczułem się trochę jak w
domu kiedy zaczął używać formy grzecznościowej. Nie chciałem poczuć się jak
ktoś wyższy od niego, ale sam emitował aurą poddanego.
- Dobra dobra, koniec przedstawień. Warhann, ja i Link
zamierzamy walczyć tutaj, na tej sali, a ty masz być osobą która przerwie walkę
w ostatecznej fazie. – Zrozumiałem. No cóż, kiedy stawiał tak sprawę, byłem aż
zachęcony by sędziować. Chciałem zobaczyć co Link miał do zaoferowania.
- Powiedz mi tylko jaki rodzaj walki masz na myśli.
- Walkę stójek oczywiście. – Tak jak myślałem. Na te słowa
wzdrygnął się Link, skupiając swoje oczy na mnie.
- Huh? Pan też ma stójkę!? – Był zaskoczony, ale raczej
pozytywnie. No cóż, użytkownicy przyciągają się do siebie wzajemnie.
- Ja i Pesty jesteśmy braćmi, myślałem że to raczej
oczywiste, że obydwaj mamy stójki.
- JESTEŚCIE BRAĆMI? – Był jeszcze bardziej zaskoczony.
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha oczekując na tylko na pewną reakcję Pesty’ego.
- Nie słuchaj go, Link. Po prostu zacznijmy. – London w tym
czasie zdążył przebrać się w taki sam strój jaki miał na sobie Rybacc.
Mężczyźni ustawili się po dwóch stronach sali.
- Pesty! Przecież jeśli go dotkniesz to umrze! – Nie
chciałem straszyć chłopaka, ale było to stuprocentową prawdą. Egipt nie
oszczędzał niczego ani nikogo.
- Spokojnie, nie zamierzam go nim dotykać. Walka kończy się,
kiedy będę w stanie powalić go na ziemię nie zabijając go. – Oznajmił mi. Byłem
bardzo ciekawy jak zamierza uzyskać taki efekt. Spojrzałem na Linka,
momentalnie jednak przerzucając swoją uwagę na humanoidalną postać za nim.
Przypominała człowieka w jakiejś poniszczonej zbroi, związanego czerwoną linią
w połowie talii. Nie miała niczego na kształt oczu, a coś w typie języka było
niewiarygodnie długie, owijając całe ciało. Byłem podekscytowany, bardzo
podekscytowany.
Klasnąłem
w dłonie, sygnalizując im że mogą zaczynać. To wtedy Pesty z niewiarygodną
prędkością zaczął biec w stronę Linka. Zasięg stójki Londona to kilka metrów,
oczywistym było to, że musiał podejść, Rybacc z drugiej strony mógł tego nie
wiedzieć. Link zdecydowanie się szamotał, nie wiedząc samemu co ze sobą zrobić.
Obstawiam, że gdyby jego stójka miała zasięg kilkunastu metrów, już dawno by
zaatakował. ,,Dwie krótkozasięgówki? Może być ciekawie.’’ – pomyślałem. Nagle
Pesty zaczął się krztusić a po chwili padł na podłogę. Próbował łapać powietrze
ale coś jakby mu blokowało. Chciałem przerywać walkę, ale coś podpowiadało mi,
żeby poczekać. Rybacc podbiegł do niego z widocznym zakłopotaniem na twarzy. To
był ten moment. London podłożył mu nogę, powalając go na ziemię. Na powrót
normalnie oddychał. Czy to efekt stójki Linka? Kiedy przejmował się Pestym,
jakby umiejętność się dezaktywowała. Ciekawe. London rzucił się na niego i
zaczął okładać po twarzy, jednak hamował się. Link natomiast poszedł na całość,
serwując mu kopniaka prosto w brzuch i odrzucając troszkę dalej od siebie.
Rybacc wstał z ziemi i powoli zaczął iść w jego stronę. Spojrzałem na Pesty’ego
który teraz wyciągnął ręce przed siebie, przypominając osobę która jakby chodzi
po omacku. Link nie omieszkał się skorzystać z zaistniałej sytuacji i zaczął
już teraz biec w jego stronę. London uklęknął. ,,Nasłuchuje, nie daj się nabrać
Link!’’ – dopingowałem świeżaka. No cóż, to był koniec mojej nadziei. Rybacc
naskoczył na niego z lewej strony, a Pesty tego uniknął. Zmienił panele na
które spadał Link w piach dzięki Egiptowi, co sprawiło że blondyn uderzył
twarzą w kamień znajdujący się pod nimi. To musiało na pewno zaboleć. Zgniłek
spojrzał na leżącego chłopaka, najwidoczniej odzyskał wzrok. Powoli zaczynałem
budować zakres umiejętności stójki Link’a.
- Skup się! Jesteś roztrzepany! – Wykrzykiwał w jego stronę
Pesty z lekkim uśmiechem na ustach. Wszyscy najwyraźniej tacy byliśmy,
lubiliśmy to uczucie wyższości nad innymi. Nawet jeśli zgniłek chciał je
wypierać, one samo wychodziło. Byliśmy czymś wyższym, nawet jeśli Pesty
odrzucał tę myśl. Chłopak wstał z podłogi i znowu zaczął biec w kierunku
przeciwnika. Przeczucie podpowiadało, że dłużej już tak nie pociągną. Link
biegł coraz to wolniej, zaczął potykać się o własne nogi, a ostatecznie
przewrócił. Co tam się stało? Pesty w myślach prawdopodobnie zadał sobie to
samo pytanie podchodząc do niego i przykucając, aby sprawdzić jego puls. Drugą
rękę jednak trzymał w kieszeni. Podbiegłem bliżej, byłem sędzią, osobą
odpowiedzialną za przerwanie tego. Niespodziewanie wydawało mi się, że Link się
ruszył. Pesty pewnie też to zauważył, zaciskając dłoń na kieszeni mocniej, jednak
nadal zbliżając do nieprzytomnego. Dobiegłem na miejsce.
- Hej hej! Chyba czas na konie- W tym momencie Rybacc
szybkim ruchem wstał podłogi i przyłożył nóż w okolice krtani Pesty’ego. London
zrobił dokładnie to samo. Koniec.
- Remis! Rozejść się! – Klasnąłem w dłonie, a panowie
opuścili broń. Odsunęli się od siebie, a ich twarze ze skupionych zamieniły się
w rozluźnione z małymi uśmiechami. – Swoją drogą, jak nazywa się twoja stójka
Link?
- Sadist.
- Pasuje. Ma świetne umiejętności! Szlifuj je, a pewnego
dnia nie będziesz mieć sobie równych. Pewnie się powtórzę po Pestym, ale za
często tracisz skupienie. Skoncentruj się na przeciwniku, na każdym ruchu który
robi, na jego mimice i sposobu patrzenia z oczu. W walce chodzi tylko o to,
żeby przeczytać przeciwnika szybciej niż on przeczyta ciebie.
- Dziękuję za radę, Panie Warhann!
- Mów mi po prostu Warhann. – I tak się nie posłucha, ale
chciałem żeby wiedział że też jestem w pewnym stopniu zwykłym człowiekiem.
- Warhann, pójdziesz do salonu sam? Wezmę szybki prysznic,
przebiorę się i dołączę aby pogadać o sam wiesz czym.
- Jasne. – Wyszedłem z sali i wróciłem tą samą drogą jaką
tam poszedłem. Kiedy ktoś nie znał rozkładu pomieszczeń w tym budynku,
faktycznie mógłby się pogubić. Szczerze mówiąc, wolałem minimalizm, tym
bardziej nie rozumiałem czemu Pesty mieszka w tak dużej willi praktycznie sam.
Cieszyłem się, że przynajmniej Link może dotrzymywać mu towarzystwa. Po chwili
znajdowałem się już w salonie. Usiadłem na kakaowym narożniku, opierając nogi o
dużą poduszkę rozłożoną na podłodze. Minęła chwilka po której przyszedł
służący.
- Co mogę Panu zaproponować? – Zapytał. Około godzinę temu
piłem kawę, ale musiałem przyznać, że byłem troszkę uzależniony od kofeiny.
Stwierdziłem, że jeszcze jedna nie zaszkodzi. Lokaj odszedł, a na jego miejsce
pojawił się zgniłek. Usiadł obok mnie, rozciągając nogi na całą długość również
kładąc na jednej z poduszek.
- Link nie przychodzi? – Byłem pewny odpowiedzi, ale wolałem
się upewnić. To nie tak, że ta rozmowa już teraz nie była podsłuchiwana przez
resztę. Tomashowek był miastem żmij.
- Nie, jego to nie dotyczy. Powiedz mi Warhann, dlaczego?
Czemu to wszystko musi sprowadzać się do wojen?
- Spójrz na mnie, a odpowiedź sama się wysunie. Zostaliśmy
stworzeni do pewnych, konkretnych rzeczy Pesty. Żyję dzięki konfliktom, tak
samo jak ty dzięki chorobom.
- Mylisz się. Nie potrzebujesz robić tego do czego podobno
zostałeś stworzony, wiesz? Ja nie chodzę po Hydrzee i nie dotykam ludzi. Miałeś
wiele Warhann. Wszyscy razem mieliśmy wiele. Powiesz mi co się zmieniło?
- Nie zrozumiesz, Pesty, sam tego nie rozumiem! Po prostu
pewnego dnia Hungaar zaczęła się ze mną kłócić z błahego powodu, a wiesz jaki
jestem. Nie odpuszczę dopóki nie wygram.
- Gdzie jest War Pig?
– Huh? Skąd nagle zmiana tematu na moją stójkę? – Przywołaj go tu. Teraz. – Nie
mogłem tego zrobić. Był on teraz w konkretnym miejscu, wypełniając konkretne
zadanie. Gdybym go tu teraz przywołał, wszystko poszłoby do piachu. Pesty
zauważył zmieszanie na mojej twarzy, to samo wystarczyło jako odpowiedź. – Tak
myślałem. Dlaczego akurat Hungaar, Warhann? Nikt nie był z nią tak blisko jak
byłeś ty. Ufała ci. Ona na pewno by ci czegoś takiego nie zrobiła! Wiesz o tym
prawda? Możesz przestać tłumaczyć się ,,określoną rolą’’? Jesteś kutasem, to
jest twoja odpowiedź. – Nigdy nie przypuszczałem, że Pesty może być tak
agresywny. Po czole spłynął mi zimny pot, a brzuch zaczął boleć. Nie czułem się
dobrze. Mój umysł wariował, przyjmując kolejne porcje faktów. Myślałem jedno,
myślałem drugie, odpowiadałem trzecie.
- Raz tego chciałem Pesty, raz tego nie chciałem. Myśli te
wygryzały się wzajemnie, tworząc niekończącą się spiralę wyboru. Po prostu to
zrobiłem, a wtedy nie było już odwrotu. Jestem odrażający, wiem. Ale w tym
wszystkim jestem sobą. I nawet jeśli mówisz, że to wszystko nie ma sensu, że
tłumaczenie się ,,rolą’’ nie ma sensu, to nie mogę tego zrozumieć. Słyszę twoje
słowa, ale nie analizuje ich. Nie wiem co się dzieje. Naprawdę nic nie wiem..
- Musisz się ogarnąć, Warhann. Nie pomogę ci w tej wojnie
ani w niczym innym dopóki sam nie zrozumiesz czego chcesz. Żebyś mnie źle nie
zrozumiał, nie stoję też po stronie Hungaar. Jestem bezstronny w tym
konflikcie. Jeśli wciągniesz mnie w tę wojnę to nie okażę nikomu łaski, wiedz
to. Jeśli to wszystko czego chciałeś to odprowadzę cię do wyjścia. – Zjebałem
to. Nawet nie w tym momencie, dawno dawno temu. No cóż, nic nie straciłem, ale
też nie zyskałem. Wstałem i sam udałem się do wyjścia. Kiedy trzymałem już rękę
na klamce, poczułem jak ktoś puka mnie w ramię. Odwróciłem się tylko aby
zobaczyć twarz Link’a patrząca na mnie z zakłopotaniem.
- Nie poszło tak jak tego chciałeś, prawda?
- Mhm. Mogłem się tego spodziewać tak naprawdę. No cóż,
obiecuję że was nie wciągnę w swoje sprawy.
- Musisz mu pomóc, Warhann. Pesty nie panuje nad sobą,
tworzy coś co nikomu nie wyjdzie na dobre. Wyjdźmy na zewnątrz, okej? Nie chcę
żeby usłyszał. – Posłuchałem się prośby i wyszedłem z nim na zewnątrz. Okolica
była przepiękna. Czułem morską bryzę na swojej twarzy. – Chodź za mną, tylko
cicho. – Chłopak ukucnął i skierował się w strony garażu po lewej stronie.
Poszedłem jego śladem. W pomieszczeniu nie było nikogo, większość miejsca
zajmowała zaparkowana limuzyna Pesty’ego i mój czerwony samochód. Rybacc ominął
je i przeszedł na tyły gdzie rękę oparł na ścianie, która po chwili okazała się
być ukrytym przejściem do jakiegoś pomieszczenia. Wyciągnąłem telefon i
włączyłem latarkę, ponieważ korytarz był okropnie ciemny. Szliśmy nim kilka
minut zanim ostatecznie doszliśmy na miejsce. Po naszej prawej znajdowała się
ściana zrobiona całkowicie ze szkła, a za nią coś co wytwarzało niesamowicie
dużo zielonego światła. Link zaczął szeptać w moją stronę, z każdym kolejnym
słowem nabierałem więcej dystansu. Cały czas wmawiałem sobie, że London ma
tendencję do skrajności, a mimo wszystko byłem zaskoczony. Co ja mówię, byłem
przerażony. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce. Opuścić dzielnicę
Hydraa, opuścić Tomashowek. To było jakby drugie ostrzeżenie od Pesty’ego
dzisiaj, takie które przemawiało same sobą, nie słowami.
Od
tamtego czasu minęło kilka godzin, a ja teraz znajdowałem się na ogromnej
scenie z mikrofonem w dłoni. Nadszedł czas debaty do której straciłem chęci.
Pierwszy raz od dawna bałem się czegoś co było niezależne ode mnie. Niby miałem
w głowie przekonanie, że nie stworzył tego dla mnie, że stworzył to dla
Szykoli, ale strach paraliżował tę myśl, a na jej miejsce wstawiał kilka
innych, mniej przyjemnych. Wszystkie kamery ze sceny wyświetlały na sporych
monitorach przybliżony obraz mojej twarzy. Po drugiej stronie barykady stała
Hungaar, jej beżowe włosy i blado-różowe oczy również widziałem w monitorze.
Rozstawiliśmy się na Placu Williamsów, terenie który był granicą między naszymi
dzielnicami. Nie było praktycznie wolnego miejsca, po jednej i drugiej stronie tysiące
cywilów wraz z wojskiem stały na przemian. Ktoś musiał zacząć rozmawiać, a ja
nie umiałem wydusić z siebie ani słowa. Język utknął mi w gardle.
- A więc jesteśmy tutaj, Warhann. – Odezwała się na
szczęście pierwsza. Dawno nie byłem tak bardzo na widoku, ale umówiliśmy się na
szczerą debatę face to face, więc sobowtór wychodził z gry. Teraz musieliśmy
sami zajmować się swoją polityką. – Możesz przeprosić a obędzie się bez rozlewu
krwi.
- Ja mam przepraszać? To ty zaczęłaś tę wojnę, Hungaar.
Musiałaś zawsze coś od siebie dopowiadać, co nie? Nie mogłaś się powstrzymać!
Bo tylko ty miałaś rację, prawda?! Tutaj kończą się batalie słowne! – Miałem
ochotę zwymiotować. Nawet nie wiem kogo chciałem okłamać tymi słowami. Zacząłem
te wojnę, bo chciałem tej wojny. Nic bardziej prostego. Liczyłem, że ktoś to
powstrzyma..
- Kogo próbujesz okłamywać, Warhann?! Myślałam, że jesteśmy
blisko jak rodzeństwo, że nic nigdy nas nie rozdzieli, pomagałam ci ty
pierdolony oszuście! I co wyszło z mojej pomocy? Nie szanujesz nikogo koło
siebie, przyznaj to wszystkim! Obchodzą cię tylko własne korzyści. Deddy’ego
też pewnie porzuciłeś! – N-nie. Nie porzuciłem go. Naprawdę go nie porzuciłem.
Byłem przy nim. Byłem. Chciałem przy nim być. Deddy to nieudacznik. Chciałem
przy nim być.
- Nie wciągaj w to Deddy’ego! To nie o niego tutaj chodzi…
- A o kogo pytam się? Nikt, zupełnie NIKT nie chciał wojen
tylko ty. Wszyscy żyliśmy w spokoju, dogadywaliśmy się, planowaliśmy wiele
zajebistych rzeczy razem! Co się tak bardzo zmieniło, Warhann..? Dlaczego nie
możemy wrócić? Nadal kocham cię jak młodszego brata… Czy nie możesz tego po
prostu zaakceptować. – Na twarzy Hungaar pojawiły się łzy, na mojej również.
Widziałem jak za nią stał. Miał oczy związane opaską oraz brakowało mu uszu.
Koń miał kolor szary, cały obładowany był orderami. Mimo, że stał on za nią od
dobrego czasu to dopiero teraz go zauważyłem. Moja stójka, War Pig, nie
pozwalała Hungaar się uwolnić. Jej druga umiejętność, The Trial, działała dosyć
długo. Mozambique czuła ciągły niepokój który tylko ja mogłem ugasić. Nie
chciałem.
- Od urodzenia chodzę drogami, które nie mają powrotu. –
Wyciągnął zza paska pistolet sygnałowy i wystrzeliłem czerwoną racę. To był tak
wyczekiwany przez moich podwładnych sygnał. Tego dnia zacząłem pierwszą w
historii wojnę domową Tomashowka. Rozległ się dźwięk wystrzału. Jedna osoba na
scenie Hungaar padła na ziemię. Z tego co pamiętam nazywali go Gluttony.
Grubszy mężczyzna zgolony na łyso miał na sobie najwyraźniej samą bluzę, żadnej
kamizelki. ,,Nie myślisz trzeźwo, Hungaar’’. Ludzie zaczęli panikować, cały
plac wypełniły krzyki. Gold podbiegł do mnie i rzucił mi moje dwie Beretty M9.
Zasięg pozwalał mi na przywołanie do siebie War Pig, tak więc zrobiłem,
wsiadając na niego i galopując przez tłumy. Tylko inni użytkownicy stójki mogli
go zobaczyć, więc nie bałem się że ktoś mnie zatrzyma. War Pig nie miał kolizji
jeśli chodziło o zwykłych ludzi. Dla nich wyglądało to jakbym lewitował w
powietrzu. Kolejna miejska legenda do kolekcji. Hungaar przyjęła taką samą
taktykę i wsiadła na Feast and Femine.
Oboje szarżowaliśmy na siebie, tylko aby ostatecznie skończyć na środku placu. Wymieniliśmy
się seriami z pistoletów, uważając na cywili. Nie odzywaliśmy się do siebie,
nie miałem na to siły, Hungaar najwyraźniej też. Ostatecznie stwierdziłem, że
to koniec zabawy. Strzeliłem FnF (Feast
and Femine) w nogę, a on się przewrócił, tym samym wrzucając Mozambique w
tłum walczących ze sobą żołnierzy. Zszedłem z War Pig zaraz przy niej by nie
musieć przebijać się przez ludzi. Miałem ją na celowniku, ale nadal nie umiałem
pociągnąć za spust.
- Naprawdę tylko tego chcesz?! – Resztkami sił krzyknęła w
moją stronę przekopywana przez żołnierzy. ,,Nie, nie chcę’’ – pomyślałem, ale
nagle nie mogłem oddychać. Łapałem hausty powietrza, ale jakby uciekało z moich
ust. Upadłem na ziemię, a moje pole widzenia zaczęło się ściemniać.
Obudziłem
się w swoim łóżku, a za oknem było już ciemno. Przy moim łóżku siedział Gold.
- Oh, w końcu się obudziłeś! – Widocznie się ucieszył.
- Co się stało?
- A gdybyśmy to my wiedzieli. Nagle po prostu upadłeś i
straciłeś przytomność. -
Patrzyłem się w okno, które teraz zajmowała czarna istota. Miała różowe oczy.
- Przepraszam. – Powiedziałem na tyle głośno, żeby Czarna
Mamba usłyszała. Nie chciałem umierać, nie teraz. Nagle zniknęła.
- Za co mnie przepraszasz? To my przepraszamy, że cię nie
ubezpieczaliśmy tak dobrze jak mieliśmy. – Nagle drzwi do sypialni się
otworzyły, a w nich stanął młody chłopak o kolorze włosów który był połączeniem
blond z rudym. Nosił rozpiętą, pomarańczową, wełnianą koszulę. Czarna
podkoszulka idealnie kontrastowała z czerwonymi, kwadratowymi oprawkami jego
okularów. Błękitne oczy świdrowały mnie spojrzeniem. Krótkie spodenki i sandały
z pozycji leżącej były ledwo zauważalne.
- Warhann Macedon? – Zapytał, najpewniej retorycznie. –
Szukałem cię. Przepraszam za tak nagłą wizytę. Nazywam się Matełsz Tkaczyk.
Komentarze
Prześlij komentarz