Rozdział 14: W zamknięciu (Rafau Codac & Jacub Jusiau)


14/15 Listopad (Rafau Codac)

                Znowu tylko ciemność. Niezgrabnie podniosłem powieki, żeby nie ujrzeć zbyt dużej ilości światła. Miałem przeczucie jednak, że coś jest nie tak, że tym razem na pewno nie jestem w kryjówce a tym bardziej swoim spalonym mieszkaniu. Zacząłem przyzwyczajać oczy do mroku aby móc się chociaż chwilę rozejrzeć. Momentalnie chciałem szarpnąć głową, ale przeszył mnie ogromny ból. Nie chciała się ruszyć. Ktoś zdecydowanie ją czymś unieruchomił. ,,Kurwa mać!’’ – pomyślałem, zamachując się ręką na oślep. Niespodziewanie uderzyłem w coś, co okazało się być starym, dębowym stołem. Postanowiłem sprawdzić co blokuje moją głowę i macając tamte okolice poczułem charakterystycznie chłodną powierzchnię metalu. Siedziałem na niewygodnym, drewnianym taborecie, a na mojej ręce pojawił się element którego zdecydowanie wcześniej nie było. Czerwono – zielona bransoletka posiadała wyświetlacz na którym widniała litera ,,D’’. Ostatecznie postanowiłem rozejrzeć się po pomieszczeniu trochę przyzwyczajony do stopnia tamtejszego światła. Przypominało mi to coś na wzór bojlerowni, ewidentnie opuszczonej lub przynajmniej zaniedbanej sądząc po ilościach odpadającego ze ścian tynku i występującej na rurach rudawej powłoki. Nie pamiętałem zupełnie nic, mój umysł był totalnie pusty od momentu w którym skończyliśmy wyścig w kryjówce. ,,Cóż, jakoś trzeba się stąd wydostać’’ – pomyślałem z powrotem patrząc na stół w który wcześniej uderzyłem ręką. Leżała na nim ogromna, zakurzona księgą której tytułu z tej odległości nie potrafiłem przeczytać, ale na szczęście byłem w stanie jej dosięgnąć trochę bardziej rozciągając ręce. Zdmuchnąłem z niej kurz, a przed moimi oczami ukazał się spory, żółty napis: ,,Pismo Święte’’. Szczerze mówiąc, nie miałem kurwa pojęcia o co może tutaj chodzić, ale postanowiłem dalej zabawić się w tę czyjąś grę. Obok księgi na stole leżał pistolet którego marki nie rozpoznawałem, ale to nie tak że jakkolwiek się na tym znałem. Również był na wyciągnięcie ręki, a ja domyśliłem się którym przyciskiem prawdopodobnie wysuwa się magazynek. Odgadłem dobrze, a po chwili w mojej lewej dłoni leżał magazynek z siedmioma nabojami. Położyłem go z powrotem na stole, myśląc: ,,Spoko, jak będzie trzeba to po prostu sobie pierdolnę’’. Ostatecznie skarciłem się w myślach, kiedy wpadłem na pomysł tak oczywisty, że aż kujący w dumę. Sięgnąłem dłońmi do kieszeni, wyciągając z jednej białą kartkę. Rozwinąłem ją, a następnie przeczytałem zawartość:

,,Witaj, Rafau!
Nie oszukujmy się, znasz mnie, ale nie w taki sposób w jaki ja znam ciebie. Mam wiele imion czy ksywek, lecz nie potrzebne ci to teraz, w sytuacji jakiej się znajdujesz. To co ci jednak potrzebne to wskazówka do wyjścia z tego pokoju. Po twojej prawej znajduje się dotykowy panel. Musisz wprowadzić do niego hasło otrzymane po rozwiązaniu małej zagadki. Dam ci tylko jedną, kluczową wskazówkę: To co ty cenisz, a inni z tego szydzą. To co ty znasz na pamięć, inni nawet nie zerkają. Ten, którego imię wielbisz, ten którego imienia inni nawet nie wypowiedzą.
Powodzenia, Braciszku!’’

                Zabolało mnie to. Tak naprawdę, mimo że wszyscy Szydercy oprócz Borbo byli ze sobą spokrewnieni, nie nazywaliśmy się braćmi i siostrami. Byliśmy dla siebie tylko przyjaciółmi i kolegami z tej samej ,,branży’’. Określenie ,,brat’’ nadal kojarzyło mi się z Denną. Nie miałem ochoty o tym myśleć, nie miałem ochoty o tym wszystkim pamiętać w sytuacji takiej jak ta. ,,Koniec zabawy’’ – pomyślałem, próbując przywołać Closing Time. Nie pojawił się. Kurwa mać, nie pojawił się! Teraz to wszystko przechodziło wszelkie granie. Dlaczego nawet on nie chciał mi pomóc? Musiałem się uspokoić, przemyśleć. Spojrzałem na swoją prawą stronę i faktycznie, znajdował się tam dotykowy panel który wcześniej jakimś cudem pominąłem. Musiałem powiedzieć, że kac dawał się we znaki. Przeczytałem wskazówkę z kartki, jeszcze raz dokładnie rozglądając się po pomieszczeniu. ,,Ktoś kogo cenię, a inni z niego szydzą… To co znam na pamięć, inni nawet nie zerkają… Ten którego imię wielbię, którego inni nawet nie wypowiedzą…’’ – Kilka odpowiedzi krążyło po mojej głowie, ale nawet nie wiedziałem jaki jest margines błędu. To musiała być ta jedna, konkretna odpowiedź. Spojrzałem na sufit, zauważając dziwne żarówki, które wcześniej mi umknęły. Każda miała markerem przypisaną jedną literkę, tak samo jak każda ledwo świeciła, dając malutkie wiązki światła. Było ich sześć, a litery na nich to: ,,Q’’ , ,,N’’ , ,,T’’ , ,,I’’ , ,,U’’ oraz drugie ,,N’’. Zacząłem myśleć, szukać połączenia między nimi a wskazówką. W pewnej chwili moje myśli zbłądziły, wypełniając umysł troską. ,,Gdzie jest teraz Kaka? Tkwi w takim samym pomieszczeniu jak ja, albo nawet gorzej?’’ – zacząłem się ogromnie przejmować, niemalże panikować. Czułem zimny pot spływający po skórze mojego czoła kiedy spoliczkowałem samego siebie. ,,Ogarnij się!’’ – zacisnąłem zęby i główkowałem dalej. Chwyciłem pistolet pewnie obiema dłońmi i zacząłem przycelowywać. Nigdy nie lubiłem w grach postaci, które opierały się na celności, ale nie miałem wyboru, gry to nie realne życie. Wziąłem głęboki oddech i wydech, uspokajając ręce. Rozluźniłem ramiona i wstrzymałem oddech, a następnie oddałem dwa strzały po których rozległ się dźwięk upadających na podłogę łusek i szkła. Sprawdziłem, pociski idealnie trafiły w ,,Q’’ i ,,U’’. Dlaczego kurwa nie mogę przywołać Closing Time? To niepokoiło mnie coraz bardziej. Na początku myślałem, że mógłby być to efekt uboczny alkoholu, ale czuje się o wiele lepiej, a on nadal się nie pojawia. Chciałem go tylko zobaczyć, mogłoby mi troszkę ulżeć… Czego to sprawka? Innej stójki? Nigdy na mojej drodze nie pojawił się użytkownik o takiej mocy. To nie mógł być ktoś z Dangozjebuf, dawno bym o tym wiedział. Czy to mogło mieć związek z tym czymś co pozwoliło wtedy Koobicowi przeżyć? Mój mózg proponował mi połączenie tych dwóch faktów, nie wiem nawet czemu. Zacząłem strzelać z powrotem tym razem celując w ,,N’’ i ,,T’’. Poczułem na swoim ciele opadłe kawałki szkła. Nie chciałem tego dłużej przeciągać niepotrzebnymi myślami tak jak robiłem to do tej pory. Dwa ostatnie litery, ,,I’’ I ,,N’’ zostały zestrzelone, na panelu dotykowym po prawej stronie wpisałem hasło którego wymagał system, a przed moimi oczami ukazały się kolejne dane: JI 2,23. ,,Quntin, huh?’’ – przypomniałem sobie swoją ulubioną postać z Lewd by Fleshlight. Tęskniłem za tymi czasami w których siedziałem beztrosko w domu i tylko grałem w gry komputerowe. Wziąłem w dłonie egzemplarz Biblii, którego do tej pory jakoś nie musiałem użyć i połączyłem fakty, szukając w niej cytatu zaznaczonego kodem ,,JI 2,23’’ Przewracałem nerwowo kartkami, miałem przeczucie że mój czas się kończy. Nigdy nie czytałem Pisma Świętego, a to zdecydowanie nie poszło na moją korzyść. Na szczęście po kilku minutach znalazłem to czego szukałem. Księga Joela: ,,I wy się weselcie, synowie Syjonu, radujcie się w Panu Bogu waszym, bo dał wam według sprawiedliwości deszcz jesienny i deszcz wiosenny, które wylał na was obficie jak przedtem’’ – przeczytałem te słowa na głos, a mechanizm który wcześniej unieruchamiał moją głowę przestał działać, a drzwi za mną otworzyły się z hukiem. Niewiele myśląc, wstałem z drewnianego taboretu, kwitując: ,,ale mnie boli dupsko’’ i udałem się w stronę drogi wyjścia.

14/15 Listopad (Jacub Jusiau)

                Czułem ładny zapach kwiatów. Moje oczy były zamknięte, powieki wydawały się ciężkie, a głowa bolała jakby chciała zabić. ,,Znowu wypiłem o wiele za dużo..’’ – pomyślałem zaczynając ruszać swoim ciałem. Dotykając podłoża czułem źdźbła trawy       i malutkie łodyżki uginające się pod moją dłonią. Otworzyłem oczy, konfrontując z oślepiającymi promieniami czegoś, co na pierwsze spotkanie mogłoby wydawać się słońcem. Poczekałem kilka sekund, przyzwyczajając się do światła. Spojrzałem na swoją złotą marynarkę, która teraz miejscami miała brązowe plamy. Korona cierniowa nie spadła mi z głowy, jeden z plusów tej chujowej sytuacji. Powoli zaczynałem odzyskiwać czucie w kończynach, więc spróbowałem wstać. Brzęczenie stukających o siebie słoików ze łzami uspokoiło mnie jeszcze bardziej, jednak nie wystarczająco. Gdzie ja do cholery byłem? Mój nadgarstek był ciężki, cięższy niż zazwyczaj. Spojrzałem by sprawdzić co na nim było, a przed moimi oczami znajdowała się czerwono-zielona bransoletka, której wyświetlacz ukazywał literę ,,O’’. ,,O chuj tu w ogóle chodzi?’’ – zastanowiłem się na głos, nikt mi jednak nie odpowiedział. Znajdowałem się w pomieszczeniu, które przypominało jakiś ogródek, wypełniony zadbanymi roślinami i wieloma rzeczami typu huśtawki czy doniczki. Moje myśli powędrowały do sytuacji z przed trzech lat, do walki z Nuklurem. Tym samym zacząłem myśleć o Pestym. Nie odzywałem się od jakiegoś tygodnia, pewnie miał mi to za złe. Znałem jednak jego drugą stronę, tę która bardzo chciała pozostawać od nas niezależna, tę której nie znała Juliia. Chciałem dać mu więcej pola do popisu, zwłaszcza patrząc na to co się teraz dzieje z dzielnicami. Nie pamiętałem nawet początku konfliktu między Hungaar a Warhannem. Teraz widzę to jakby po prostu się stało, bez żadnej głębi, zaczęli kłócić się o głupotę, a potem nagle skakali sobie do gardeł. Miałem szczerą nadzieję, że to wszystko nie przerodzi się w wojnę domową. Mieliśmy wystarczająco problemów z haraczem jaki zbierała Yamadżuma od Nanbuklear, kolejny konflikt w którym trzeba byłoby opowiedzieć się o którejś ze stron nie byłby przyjemny. Nawet ten cały kult jaki tworzył się w Taikaruji w przyszłości mógł okazać się niemałym problemem. Miałem plan którym chciałem podzielić się z Juliią. Powinniśmy rozprawić się z Garolem, a najlepiej przejąć Yamadżumę. Nawet jeśli nie spodoba się to ludziom, to da nam większe szanse na to, że Musiau zostanie Panią prezydent w tych wyborach. Ta pozycja otwierała wiele horyzontów, których nie mieliśmy wcześniej, takie jak np. Umowy z Wielką Brytanią i innymi większymi, europejskimi miastami. Mogliśmy zgarnąć kupę kasy do własnych kieszeni, a jedynym warunkiem była wygrana w wyborach. Chciałem jakoś przekonać Pesty’ego do zrezygnowania z brania udziału, ale czułbym się z tym źle. Nie chciałem mówić mu już co ma robić, skoro sam tak bardzo chciał decydować.
                No cóż, mimo wszystko, żeby jakikolwiek plan wcielić w życie najpierw muszę się stąd wydostać. Zacząłem sobie przypominać wydarzenia ostatniej nocy, nawet te których nie chciałem takie jak sytuacja na parkingu. Za każdym razem kiedy o tym myślałem na moim ciele pojawiała się gęsia skórka. Co stało się tamtemu ochroniarzowi? Czy to naprawdę była wina Kaki? W moim życiu pojawiało się w chuj pytań na których odpowiedzi nie znałem albo nie chciałem poznawać. Postanowiłem jednak skupić się na celu. Prawdopodobnie zostaliśmy wszyscy porwani, a przynajmniej taką miałem nadzieję, przez Dangozjebuf. Ale dlaczego? Gdyby chcieli nas zabić nie musieliby odstawiać całej tej szopki. Mieli ukryty cel, coś związanego z Zakonem. Ich współpraca nie była dla nas ani trochę dobrym omenem. Chociaż może? Przy dobrych wiatrach moglibyśmy pozbyć się jednego z dowódców Zakonu, który przypuszczałem że był tutaj na miejscu. Za bardzo wylatywałem w przyszłość, na razie musiałem skupić się na tym co mam tutaj. Zacząłem się rozglądać wokół pomieszczenia. Szczerze mówiąc, nie różniła się praktycznie niczym od zwykłego ogródka jaki ktoś mógł pielęgnować. Gdzieniegdzie porozstawiane były kwietniki ścienne na których rosły różnokolorowe róże. Na ziemi znajdowało się kilka luźnie ułożonych kamieni ozdobnych, tworzących przecinający się dróżki. Jedyny budynek jaki tutaj stał wyglądał jak schowek na narzędzia. Nie mając nic lepszego do roboty postanowiłem się do niego przejść. Położyłem dłoń na klamce i pociągnąłem, jednak drzwi się nie otworzyły. Nie wiele myśląc, pozbierałem siły i spróbowałem je wykopać. Ostatecznie udało mi się to za trzecim razem, tworząc wielką dziurę w środku drzwi przez którą mogłem wejść dzięki niskiemu wzrostowi. Wnętrze pomieszczenia było oświetlone dzięki promieniom wpadającym przez szczeliny między deskami. Po mojej lewej i prawej stronie równolegle stały dwa duże, drewniane stoły po brzegi obstawione różnymi sekatorami, młotkami, śrubokrętami czy różnego rodzaju taśmami. Naprzeciwko mnie znajdowało się kowadło, a obok niego luźno porozrzucane patyki i kawałki drewna. Na samym kowadle nie leżało zupełnie nic. W pomieszczeniu nie znalazłem niczego w rodzaju pieca ani niczego co mogłoby nagrzać metal. Nie mając zupełnie pomysłu co z tym wszystkim zrobić wyszedłem ze schowka i skierowałem na wschód. Szedłem i szedłem, aż nagle moja twarz napotkała przeszkodę i runąłem na ziemię. ,,Co to kurwa jest, niewidzialna ściana?’’ – pomyślałem na widok odkrycia. Faktycznie wydawać by się mogło, że nie ma tutaj żadnej granicy ale byłem pewny, że ta ściana tutaj stoi. Nagle moja bransoletka sama z siebie zaczęła świecić na fioletowo. Za nim zdążyłem pomyśleć co to mogło znaczyć, odpowiedź sama ukazała się przed moimi oczami. Na niewidzialnej ścianie dzięki UV pojawił się napis: ,,MeRa’’. Nic nie przychodziło mi do głowy co miałoby związek z tym słowem, jednak inny głupi pomysł się wkradł. ,,A co jakby po prostu spróbować rozjebać tę ścianę? Zazwyczaj jak na ścianie jest napis to jest do rozwalenia czy coś, nie wiem’’ – tak więc wziąłem rozbieg. Jeden metr, dwa metry, trzy metry. Oddaliłem się najbardziej jak mogłem i zacząłem biec. Nawet nie przemyślałem tego co może mi się stać w przypadku kiedy ściana nie runie, a powinienem. Po chwili leżałem na ziemi, a z mojego łokcia sączyła się krew. ,,Szybko poszło’’ – pomyślałem, powoli wstając. Co przychodziło jeszcze do głowy to zajrzenie do schowka i poszukanie czegoś co mogłoby mi pozwolić rozjebać tę ścianę, a jeśli nie runie to szukamy innego rozwiązania. Tak więc wróciłem się do tamtego małego budynku z powrotem wchodząc przez dziurę w drzwiach. ,,Jedna z zalet bycia niskim, huh’’ – stwierdziłem. W środku mojej uwadze nie uciekło kowadło, ale nie było nawet cienia szansy że sam bym je uniósł a dodatkowo jeszcze rzucił na tyle mocno by cokolwiek zrobiło. Musiałem zacząć kombinować. Jedyne co zgarnąłem ze schowka to dosyć długi i duży kawałek deski leżącej obok kowadła. Chodziłem po całym dostępnym dla mnie ogrodzie i szukałem trzech kamieni – dwóch ogromnych i jednego średniego. Kiedy ostatecznie udało mi się je znaleźć nastał czas na fazę drugą. Oparłem deskę o jeden ogromny kamień tworząc z niej coś na wzór huśtawki. Zrobiłem to wszystko blisko schowka, żeby móc jak na to zeskoczyć. Umiejscowiłem średniej długości kamień na jednym końcu tak, żeby z całą siłą poleciał w stronę ściany, a następnie zacząłem wdrapywać się na niestabilny dach schowka. Miałem szczęście, że nie byłem gruby bo pewnie wtedy budynek by tego nie wytrzymał. Chwilę się wahałem i próbowałem wycelować w drugi koniec deski, ostatecznie pozostawiłem wszystko losowi. Skoczyłem i z całych sił chciałem uderzyć w deskę. Udało mi się, jednak po chwili ból dochodzący z nóg dał o sobie znać. ,,TY NO KURWA RZECZYWIŚCIE! KURWA!’’ – wykrzykiwałem na głos. Kiedy trochę przeszło poszedłem w stronę ściany zobaczyć efekty. Uśmiechnąłem się. Pojawiły się na niej liczne pęknięcia, założyłem że jeszcze jeden kamień zrobi robotę. Kiedy doszło do mnie, że nogi pobolą raz jeszcze uśmiech mi zrzedł. W takich momentach żałowałem, że Cry Baby Cry nie mógł leczyć moich własnych ran. Raz jeszcze skorzystałem z huśtawki, a po pomieszczeniu rozległ się głośny huk. ,,Pękło!’’ – ucieszyłem się. Pobiegłem do ściany i ujrzałem miliony kawałków szkła leżących na ziemi. Sama ściana nie runęła w całości ale utworzyła się na tyle duża wyrwa, że nie miałem problemów z przejściem przez nią. Co to w ogóle miało być? Lustro weneckie? Tak naprawdę już miałem to gdzieś. Przeszedłem na drugą stronę, ale momentalnie poczułem ciepło w okolicy nadgarstka. Zaciąłem się przechodząc, kurde. Szkoda było mi tych fioletowych spodni we wzór cierni, ale nic innego i lepszego pod ręką nie miałem. Porwałem ich kawałek i zacisnąłem na ranie. Po drugiej stronie na lewo ode mnie znajdowała się winda. Zanim jednak się do niej udałem, chciałem sprawdzić resztę pomieszczenia. Po kilkunastu minutach znajdowałem się już w środku windy, tylko na mojej części ogrodu cokolwiek było, niestety. Kliknąłem przycisk który miał przenieść mnie na piętro zerowe, tym samym dowiadując się że byłem na piętrze -1. Po kilku minutach drzwi windy się otworzyły, a przede mną stał mężczyzna ubrany w pomarańczową siatkę po ziemniakach. Od razu rozpoznałem ten specyficzny sposób ubioru. Uderzyłem go otwartą dłonią w kark, robiąc ,,karczycho’’.
- Hej! Jak dobrze, że cię widzę. Wszystko w porządku? – Zapytałem z uśmieszkiem na twarzy.
- Nie no co ty. Zostaliśmy kurwa porwani. – Odpowiedział. No cóż, miał rację. – Mam rozumieć, że też nie widziałeś reszty?
- Mhm. Czyli ty też nie. Byłeś może na górze albo dole tych schodów?
- Obudziłem się w tym pomieszczeniu. – Wskazał za siebie. – Nic innego jeszcze nie widziałem. Możemy się przejść razem w którąś ze stron. – Zaproponował.  – Mam jeszcze pytanie. Możesz używać swojej stójki? – Huh? Co to za dziwne pytanie? W sensie, nie przywoływałem jej tutaj więc zawsze mogę sprawdzić. No i miał rację. Nie chciała przyjść.
- Huh? Nie chce się pojawić! – Wykrzyknąłem zestresowany.
- Uspokój dupę, mój też nie. Na początek znajdźmy wszystkich, potem będziemy się tym martwić. – Znowu miał rację. Bardzo chciałem znaleźć Maciei’a i upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Gdyby wrócił do ekipy z mojego powodu, coś by się stało, nie wybaczyłbym sobie. Nagle naszą rozmowę przerwał komunikat.
,,Drodzy Szydercy!
Wszyscy już opuścili swoje pomieszczenia startowe co oznacza, że mamy komplet. Zapraszam każdego na piętro rejsowe, lokalizację macie na swoich bransoletkach. Tam po krótce przedstawię wam sytuację w jakiej się znajdujecie i co macie robić.
Pozdrowionka!''

- To był kobiecy głos, prawda? – Zapytałem Codac’a żeby się upewnić.
- Ta, ale jakiś dziwny, jakby nawdychała się helu czy coś. Nie kojarzę go.
- Ja też nie. – Spojrzałem na lokalizację piętra rejsowego o którym wspominała. – Musimy zejść schodami w dół. Chodźmy!

Komentarze