ARC II: CASTLE OF
GLASS
13 Listopad
Zamknąłem
za sobą ogromne, białe drzwi. Nie lubiłem dotykać ich klamek, bo potem moje
ręce były całe zimne, ale nie chciałem marudzić, przynajmniej nie na to. Za
każdym razem kiedy na nią patrzyłem, robiło mi się słabo. Nieważne ile razy
uświadamiam sobie, że to była jej decyzja, nadal to wszystko za mną chodzi.
Nawet teraz czułem, jak drżą mi ręce. Podszedłem bliżej i odsłoniłem błękitne
zasłony, wpuszczając do pomieszczenia trochę światła. Była godzina 12:00, a ja
nie spałem całą noc. Martwiłem się, ale to nie wszystko. Poświęciłem całą
energię na przeszukiwanie internetu w celu odnalezienia jakichkolwiek
informacji. To, że nic nie znalazłem było tylko sprawą drugorzędną. Musiałem
zacząć działać, za długo stałem w miejscu. Nie chciałem wplątywać w to Kooby,
lecz nie miałem zbytnio wyboru, kiedy to on sam wpieprzał się we wszystkie
nieswoje sprawy. Zaraz po dzisiejszym spotkaniu będę musiał udać się do
Rybunika. Zacząć czyścić ślady pozostawione w przeszłości.
Postawiłem
kilka kroków, a następnie znalazłem się obok łóżka, małego, nocnego stolika i
kroplówki. Wyjąłem z wazonu stojącego na stoliku zwiędnięte kwiaty i wstawiłem świeżo
zakupionego tamtego poranka. ,,Uwielbiałaś Dalie, prawda?’’ – pomyślałem,
patrząc na leżącą na łóżku kobietę. Mój wzrok powędrował w kierunku jej
czarnych włosów, takich samych jakie zdobiły moją głowę. Przysunąłem sobie
bliżej krzesło i usiadłem, biorąc do rąk jej dłoń.
- Cześć siostrzyczko. – Przywitałem się, jednak nie
oczekiwałem odpowiedzi. Chciałem wierzyć w to, że kiedyś się jeszcze odezwie,
ale lekarze nie dawali jej zbyt dużych szans. Poświęciła się dla mnie, ufając,
że zemszczę się za to co nam zrobili. – Kupiłem ci Dalie, pamiętam że
uwielbiałaś na nie patrzeć. Jestem coraz bliżej, wiesz? Już niedługo odkryję
jego tożsamość. Znajdę tego skurwysyna i całą jego paczkę, a następnie zrobię
wszystko by cierpieli tak samo jak my, tak samo jak nakazuje im ta śmieszna
książka. – Spojrzałem na jej twarz, aby ujrzeć coś co mnie mocno zdziwiło. Łza.
Z jednego z jej oczu właśnie poleciała łza, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Nim się spostrzegłem, ciepłe promienie słońca zniknęły, a migającej, szpitalnej
żarówce akompaniowały dźwięki niespodziewanej ulewy.
Wychylałem
głowę zza ogromnych, drewnianych wrót i patrzyłem na błyskawice uderzające w
horyzont. Uwielbiałem to robić kiedy byłem mały, zawsze interesował mnie proces
za tym stojący. Była to wtedy godzina 18 i wszyscy pozostali ludzie opuścili
kościół. Zostałem tylko ja z siostrą, dwójka bliźniaków których rodzina była
niewiarygodnie wierząca. Chodziliśmy na mszę codziennie, przynajmniej na jedną,
a jeśli obowiązki pozwalały, na więcej. Poświęciłem większość swojego
dzieciństwa na naukę zasad życia ustalonych przez doktrynę kościoła, który
wodził i do teraz wodzi ludzi za nos. Nie byłem zły jednak na swoją rodzinę,
nie mieli prawa wiedzieć. Moja siostra ani trochę się wtedy ode mnie nie
różniła, również ślepo wierzyła. Byliśmy słabi, bo nie wiedzieliśmy, lecz
staliśmy się silniejsi. I mimo, że Ola teraz jest w takim stanie, nie żałuję
tego co się stało.
- Lepiej schowaj się do środka, bo jeszcze uderzy cię
piorun! – Usłyszałem głos Księdza Connora, najmilszego z nich wszystkich. Nasza
parafia składała się z trzech księży, znacznie różniących się od siebie.
Proboszcza do teraz nie widziałem na oczy, ale nie był nikim ważnym,
przynajmniej wtedy. Ksiądz Connor był naszym ulubionym, pokusiłbym się o
stwierdzenie, że był nawet ulubieńcem większości, nawet osób starszych. Poza
nim mszę prowadzili jeszcze Ksiądz Markus oraz Karma, oni jednak nie cieszyli
się taką przychylną opinią jak Connor. Cały Rybunik plotkował o tym jakie
rzeczy robi pozostała dwójka za kulisami. Można powiedzieć, że Markus i Karma
byli typową opowieścią jaką straszyło się dzieci, tylko że prawdziwą. Mieliśmy
szczęście, że przynajmniej to nas uniknęło w tym morzu nieszczęścia jakie
zapewnił nam kościół.
- Nie wydaje mi się, żeby to tak działało proszę Księdza. –
Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- A uderzył cię kiedyś jakiś, że jesteś taki pewien? –
Zapytał mnie, jednak wtedy nie pojąłem że to pytanie retoryczne.
- N-nie. Przepraszam Księdza w takim razie.
- To co zrobiłeś to praktycznie kłamstwo, może zanim
pójdziesz do domu warto by było się chociaż wyspowiadać? – Zaproponował mi, a
ja się zgodziłem. Od dzieciaka wpajali mi, że spowiedź jest jednym z
najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Od dziecka mnie programowali.
Poszedłem za księdzem, który udał się w stronę konfesjonału. Zgubiłem z oczu
swoją siostrę, ale byłem praktycznie pewien że gdzieś zaraz wyskoczy zza rogu.
Po kilku sekundach klęczałem z dłońmi gotowymi do modlitwy. Nie pamiętałem
formułki, nigdy nie potrafiłem jej zapamiętać, jednak wierzyłem w to że Bóg mi
wybaczył.
- Wybacz mi proszę, Boże, bowiem zgrzeszyłem przeciwko
tobie. – Zacząłem dialog. Nie przeszkadzało mi to, że to już druga spowiedź
tego dnia. Uwielbiałem to uczucie czystości jakie ze sobą nosiła.
- Powiedz mi wszystkie swoje grzechy, dziecię. – Usłyszałem
na powrót. Poznawałem ten głos Księdza Connora, ale byłem mały i głupi,
wierzyłem że przez niego przemawia Stwórca. Że musi mieć jakieś naczynie, żeby
się z nami porozumiewać.
- Skłamałem Ojcze. Zawiodłem ludzi słowami, których nie
powinienem wymawiać. Więcej grzechów nie pamiętam, ale bardzo za nie żałuję i
pragnę ich odpuszczenia. – Słowa te spotkały się z echem. Nagle poczułem, że
mój rozmówca mnie opuścił. Nienawidziłem mówić sam do siebie najbardziej ze
wszystkich rzeczy, których nie lubiłem. Wstałem z kolan i rozluźniłem ręce, a następnie
wyszedłem z konfesjonału. Przeszedłem kilka kroków żeby sprawdzić czy Ksiądz
Connor faktycznie mnie zostawił. Źrenice moich oczu mocno się rozszerzyły.
Mężczyzna leżał nieprzytomny, cały we krwi. Na środku jego klatki piersiowej
zobaczyłem coś, co prawie doprowadziło mnie do wymiotów. Odcięty palec
wskazujący nadal pulsował, kiedy powolutku ulatywała z niego krew. Widziałem
odcięty i poszarpany kawałek kości.
- Musimy uciekać! – Krzyknęła Ola, wybiegając wprost na mnie
i łapiąc moją dłoń. Nie wiedziałem o co chodzi i denerwowało mnie to. Nie
miałem zamiaru jednak marudzić, bałem się. Biegłem razem z nią, wybiegając na
zewnątrz. Po chwili czułem nawet jak moja bielizna przykleja się do skóry i
przyrodzenia. Tamtego dnia naprawdę okropnie lało. Biegliśmy i biegliśmy,
powoli zaczynało brakować mi tchu. Nie byłem w stanie stwierdzić, gdzie
dokładnie prowadzi nas Ola. Nieoczekiwanie, dziewczyna stanęła, a ja wysunąłem
się do przodu. Poleciałem troszkę dalej, na mojej drodze jednak pojawiło się
coś twardego. Upadłem na ziemię, kończąc cały w błocie. Podniosłem głowę i
ujrzałem oczy o kolorze miedzi. Długie, brązowe loki spływały mu gładko po
ramionach. Miał na sobie biały płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze tego samego
koloru. Kooba podał mi rękę, a następnie pomógł wstać. Rozejrzałem się
dokładniej i ujrzałem jeszcze drugą osobę. Moja mina ze zdziwionej i
przerażonej, teraz została zażenowaną. Za Coopicem stał drugi chłopak, w naszym
wieku, ogolony praktycznie na łyso, chodzący w zielonej podkoszulce, spodenkach
i butach, bez niczego innego. Chase
Adelnauer.
- No proszę proszę, kogo my tu mamy! Wracasz z kolejnej mszy
Św. Tereso? – Rzucił w moją stronę chłopak w podkoszulce. Dopiero co zaczął
gadać, a już miałem go dość, zwłaszcza kiedy nie było w pobliżu Julii, która
zazwyczaj go uspakajała. Z tego co mi wiadomo, jej rodzice się rozwiedli, a ona
sama pomieszkuje trochę u ojca w Hyydrze i trochę u matki na miejscu, w
Rybuniku. Sama nie wydawała się być tym mocno przybita, jeśli zapytalibyście
mnie. Nie miałem ochoty się z nim mierzyć, więc sięgnąłem dłonią do kieszeni.
Od urodzenia ja, Kooba i Shoichi byliśmy specjalni. Mieliśmy moce, których nie
widzieli inni, przynajmniej w przypadku pozostałej dwójki. Moja stójka była
widoczna dla wszystkich, bowiem miała postać długopisu. Nie wyróżniał się
niczym. Zwykły, pomarańczowy kolor wytwarzał dziwną, przyjemną aurę. Mój stand
nazwałem Flesh and Bone i myślę, że
nazwa faktycznie była adekwatna. Długopis potrafił nadawać wszystkiemu po czym
dało się pisać konkretne właściwości, mojego wyboru. Potrafił też tworzyć i
zamieniać jedną rzecz w drugą, jednak jedynym minusem było to, że faktycznie
potrzebowałem mieć na czym coś napisać. Spojrzałem na Koobę, który
prawdopodobnie zdał sobie sprawę z tego, co zamierzam za chwilę zrobić. Położył
ręce na ramionach Chase’a i zaczął go przytrzymywać.
- K-kooba? Co ty odpierdzielasz? – Zapytał go Adelnauer,
kiedy ja pisałem już po jego przedramieniu. Po chwili upadł bezwładnie na
ziemię, a ja rzuciłem okiem na napis mówiący ,,nieprzytomny’’. Uwielbiałem
mojego standa.
- Hej, Garol, coś się stało? Wyglądasz na rozkojarzonego no
i na dodatek biegłeś jak szalony. – Nikt nie zwrócił uwagi na to, co stało się
z Chasem, nawet Ola, która nie miała pojęcia o stójkach. Byłem zmieszany. Z
jednej strony chciałem mu powiedzieć, ale z drugiej nie chciałem go w nic
wplątywać, znowu. Sam Coopic jednak rozwiał moje wątpliwości. – Dobra, teraz
wiem że na pewno coś się stało. Uspokój się i powiedz mi co. – Powiedział to
donośnym tonem, dodając mi trochę odwagi. Musiałem mu zaufać, znowu.
- Coś się stało Księdzu Connorowi! Naprawdę chciałem mu
pomóc, ale nie wiedziałem jak! – Wyżaliłem się. Po pewnym czasie stwierdziłem,
że często to robiłem. Narzekałem komuś do ucha, kiedy ten tylko słuchał i mi
przytakiwał.
- Co się stało Księdzu Connorowi? – Położył mi dłonie na
ramionach i spojrzał głęboko w oczy. Zacząłem oddychać spokojniej, zacząłem
czuć się bezpieczniej.
- Ktoś czy coś odcięło mu palec, a nawet kurczę rozszarpało!
Nie wiedziałem co zrobić żeby mu pomóc, a następnie Ola po prostu wybiegła ze
mną za rękę.
- Coś ty sobie myślała?! Powinniście zadzwonić na pogotowie,
jeśli faktycznie to prawda! Jaki to ma sens, po prostu wybieganie?! – Rzucił
się na nią słownie. Chciałem poprzeć siostrę, ale nie byłem w stanie, Kooba po
prostu miał rację, w każdym aspekcie. Teraz byłem zirytowany na samego siebie,
że nie pomyślałem za siebie dostatecznie szybko.
- Proszę cię, zamknij się. – Odpowiedziała dziewczyna
chłodno, nawet na niego nie patrząc. Moja siostra była wybuchowa od małego,
czekałem tylko na zapalnik w postaci kolejnych słów Coopica. Ta dwójka
zdecydowanie nie potrafiła się dogadać. – ZAMKNIJ W KOŃCU MORDĘ! Nie było cię
tam, nie masz psiego prawa mówić co zrobiłam dobrze, a co źle. Chciałam tylko
ochronić brata, to wszystko. – Ochronić? Wtedy nie rozumiałem tych słów. Teraz
kiedy patrzę na leżącą w łóżku Olę, nie mogę dziękować jej bardziej. Uratowała
mnie. Uratowała mnie wiele razy.
- Zaprowadźcie mnie tam, chcę to zobaczyć zresztą, musimy mu
pomóc. – Postanowił, a ja nie protestowałem. Widziałem na twarzy Oli chęć do
sprzeciwu, ale musiała również stwierdzić że nie miał on najzwyklejszego sensu.
Minęło niecałe pięć minut kiedy z powrotem byliśmy na miejscu. Zdążyłem
zapomnieć o deszczu w momencie stawiania nogi w budynku. Moje ciało się trzęsło
z każdym kolejnym krokiem ku konfesjonałowi. Na miejscu jednak niczego nie
było.
- Huh? – Wyszło z moich ust na widok pustej przestrzeni.
Ksiądz Connor zniknął, tak samo jak krew czy odrąbany palec. Zacząłem się
rozglądać, kiedy światły powoli wygasały. Spojrzałem na zakrystię, a moim oczom
ukazały się zamykające powoli drzwi. W przerwie widziałem twarz. Mężczyzna
trzymał świeczkę, która go oświetlała. Uśmiechał się.
Szukałem
czegoś co pozwoliłoby mi sobie ulżyć. Rozglądałem się za czymś, co powinno być
w każdej szpitalnej sali. Podszedłem do ściany i zdjąłem z niej krzyż. Wziąłem
go w dłoń i chwilę się zawahałem. Nadal miałem problemy z określeniem się. Nie
potrafiłem za siebie decydować, nawet nie zamierzałem temu zaprzeczać. Ta
decyzja musiała być jednak podjęta wyłącznie przeze mnie, żaden inny głos się w
niej nie liczy. Przyglądałem się wyrzeźbionej sylwetce Jezusa. Byłem zły,
wściekły wręcz, ale nie na religię. Odróżnianie tych dwóch rzeczy sprawiało mi problemy.
Nie miałem prawa winić Boga za coś, co zrobili mi ludzie. Krzyż wyślizgnął się
z mojej ręki, upadając na ziemię. W momencie kiedy upadał, usłyszałem dźwięk
dzwonka mojego telefonu. Wyciągnąłem go z kieszeni i sprawdziłem kto dzwoni.
Kooba. Odebrałem.
- Tak? – Zapytałem.
- Za piętnaście minut mamy spotkanie odnośnie Castle of Glass. Gdzie jesteś?
- U Oli. Przyjedziesz po mnie?
- Pojebało cię? Mam wiele ważniejszych rzeczy do ogarnięcia,
sam musisz zdążyć. – To była ta strona Kooby której nie lubiłem. Z reguły był
dla mnie miły, ale miał momenty złośliwości takie jak ten. No cóż, skłamałbym
mówiąc, że nie jestem już na tym etapie do nich przyzwyczajony.
- Dobra, dzięki za przypomnienie. – Odpowiedziałem i
rozłączyłem się. Spojrzałem na datę, nadal niedowierzając że mieliśmy już
trzynasty listopada. Bardzo blisko do nowego roku. Schowałem telefon do
kieszeni kamizelki i podszedłem do siostry.
- Wrócę dzisiaj jeszcze wieczorem. – Oznajmiłem i
pocałowałem w czoło, a następnie wyszedłem z pomieszczenia.
Przyjechałem
do kryjówki, a moim oczom ukazało się więcej samochodów niż zwykle. ,,Więc już
jesteś, co?’’ – pomyślałem, wysiadając z samochodu. Yamadżuma była dzielnicą
bardzo, ale to bardzo biedną. Brakowało nam funduszy na praktycznie wszystko, w
tym na rozbudowanie kryjówki. Byłem ciekawy jak radzi sobie mój sobowtór, który
faktycznie rządzi tą dzielnicą. Każdy z nas, każdy burmistrz, takiego miał.
Trzy lata temu umówiliśmy się, że będziemy sterować zza kurtyny, dając pole do
popisu innym ludziom, którzy nas przypominali. Każdy z nas jest młody, każdy
chce prowadzić własne życie, które niestety nie uwzględniało polityki. Kryjówka
elity Yamadżumy znajdowała się w samym środku dzielnicy, przypominała plac
budowy, wszędzie pełno piachu i gruzu oraz jeden wielki, główny budynek w
którym stacjonowaliśmy. Pod konstrukcją jednak znalazło się coś, co teraz miało
zapewnić mi ochronę. Shoichi wrócił, a ja autentycznie się bałem. Jego stójka, Murder Melody, nadawała się idealnie do
torturowania, przypuszczałem że nic innego nie zamierza mi robić. Nadal nie
przestał szukać odpowiedzi na pytanie, na które odpowiedziałem niejednokrotnie,
lecz ani razu dostatecznie. Uciekałem i uciekałem. Teraz pora przyszła w końcu
się bronić, zamiast biec.
Po
chwili znalazłem się w środku sali do obrad, gdzie czekali na mnie Kooba, Fright
Dairfield, Sałat Żyroskop i wiele innych ludzi, których twarzy nie
rozpoznawałem. Większość ubrana w białe koszule i czarne krawaty, jednak Coopic
standardowo chodził w swoim białym kombinezonie z pomarańczowymi elementami.
Nie miałem prawa narzekać, sam niekoniecznie wpasowywałem się w otoczenie
chodząc w fioletowym croptopie. ,,Mogłem nie zdejmować kurtki, nie byłoby tak
dziwnie’’ – zacząłem znowu marudzić w myślach. Podszedłem do najbliższego,
drewnianego krzesła i gestem ręki kazałem wszystkim usiąść. Chciałem, żeby to
spotkanie przebiegło szybko, bo nie wiem czemu ale coś z tyłu głowy mówiło mi,
że dzisiejszy dzień do najprzyjemniejszych należał nie będzie. Miałem w myślach
cały plan, wystarczyło go przedstawić i stąd spadać.
- Dobrze więc, bez zbędnego biadolenia przejdźmy do rzeczy.
– Po tych moich słowach, wysoka blondynka z ogromnymi piersiami wstała. - Chcecie
wykorzystać podziemną część naszej kryjówki do jakiejś swojej gierki związanej
z Rafauem Codac, tak?
- Dokładnie. Nie jakiejś tam gierki, Garol, tylko do
eksperymentu. Przypominam, że ta właśnie część twojej kryjówki, dziwnym trafem,
jest częścią mojej stójki, Castle of
Glass. Chcemy ją wykorzystać do porwania całej Loży Szyderców i tej jednej
osoby. – Wskazała dłonią na dziewczynę w naszym wieku z troszkę bladszymi blond
włosami od jej, ubranej we fiołkową sukienkę i rajstopy ze wzorem zebry. Była
związana i nieprzytomna.
- Dobrze, a co my mamy z tego mieć? – Znałem odpowiedź, ale
reszta oprócz Kooby nie znała. Miałem tylko nadzieję, że Double D wymyśli jakiś dobry plan na poczekaniu.
- Jeśli eksperyment się powiedzie, to przekażemy wam
dostateczną ilość pieniędzy na rozbudowę waszej kryjówki, a dodatkowo Sałat i
Fright będą mieli po jednej, nowej umiejętności. – Ta dwójka nie miała swoich
stójek, a ja nie miałem jak im takowej nadać. W moim posiadaniu jednak
znajdowała się pewna specjalna żyletka. Fioletowa. Dostałem ją od poprzedniego
burmistrza, nie wiedząc co robi. Po czasie jednak zrozumiałem jej działanie.
Jeśli jakaś stójka miała więcej niż jedną umiejętność, to pozwalała je
rozdzielić, a następnie rozdać innym osobom. To co proponowała Double D było
korzystną opcją. Jeśli tylko Castle of Glass miało trzy umiejętności, byłem
skory skusić się na tę dodatkową ofertę. – Oh i pomożemy ci Garolu w
nadchodzących wyborach na prezydenta Tomashowka. – Tego już się nie
spodziewałem. Niekoniecznie zależało mi na tej posadzie, ale w głębi czułem, że
Kooba będzie chciał wycisnąć z tego jak najwięcej korzyści. – Jeśli pozwolisz,
przedstawię plan działania. Dzisiaj po południu, około osiemnastej, zaczaimy
się na Pałac Codac w Nanbuklear i będziemy obserwować. Prawdopodobnie pójdą
szukać Kaka Katwara, który jak na zawołanie wpadł w moje ręce. Zakładam, że
będzie szedł w kierunku mieszkania Rafaua Codac, więc tam też pójdziemy my. Akurat
to jedno pomieszczenie w całym budynku należy do Castle of Glass, więc kiedy
coś pójdzie źle, po prostu postaram się uratować sytuację. Wszystko wam
odpowiada? – ,,Jak najbardziej, niech tylko to nudne spotkanie się skończy’’ –
pomyślałem, przytakując. Wszyscy wstaliśmy i udawałem się już w kierunku
wyjścia, kiedy zatrzymał mnie Kooba.
- Muszę z tobą pogadać na osobności. – Ucieszyłem się.
- Ja z tobą też. – Uświadomiłem go, dając okazję do małej
złośliwości.
- W takim razie już mi się nie chce. – Odpowiedział i zaczął
odchodzić. Wiedziałem, że prowadzi nas do swojego pokoju na pierwszym piętrze.
Zamknąłem ze sobą drzwi i głośno odetchnąłem.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem, kurwa! – W końcu mogłem dać
upust swoim emocjom. Gubiłem się w tym wszystkim, czego chcę i czego nie chcę,
czego potrzebuję i czego nie potrzebuję. Topiłem się pod natłokiem wszystkich
nowości i śladów z przeszłości.
- Uspokój się. – Jego głos faktycznie mnie uspokajał. Nie
umiałem podejmować decyzji, nienawidziłem siebie za to. Całe swoje życie
opierałem się na kimś innym, ale nie widziałem w tym niczego złego. Kiedy cały
ten ciężar przechodzi na Koobę jest mi po prostu lżej. Chciałem coś na to
poradzić, ale Coopic nigdy tego ode mnie wymagał. Był moim przewodnikiem na
nieznanym lądzie. Zasłaniał mi oczy, a ja mu na to pozwalałem. – Dobrze o tym
wiesz, że Shoichi nie przestanie, a ten list który ostatnio dostaliśmy nie polepsza
sprawy. Potrzebujemy pomocy Zakonu, przynajmniej na razie, dopóki sam nie
rozprawię się z Shoichim.
- Nie rób mu krzywdy, po prostu obiecaj. – Wykrztusiłem z
siebie. Nie winiłem Echo za to, że szukał odpowiedzi. Był zagubiony, nawet
jeszcze bardziej ode mnie. Bałem się, ale miałem czego. Nie potrafiłem dać mu
odpowiedzi której chciał. Nie mogłem się do tego zmusić. Spojrzałem na twarz
Kooby, na jego miedziane oczy i zobaczyłem że się waha. Podszedłem bliżej,
kiedy ten na mnie spojrzał. Nie uciekał wzrokiem, nie miał na tyle czelności.
Moje spojrzenie wymuszało tylko jedną odpowiedź, nie uwzględniało innej. Musiał
to odczuć.
- Obiecuję. – Odpowiedział w końcu, zrywając kontakt
wzrokowy.
- Chciałem z tobą pogadać o jeszcze jednej rzeczy. –
Zmieniłem temat, nie chciałem ciągnąć starego, chociaż ten był równie
nieprzyjemny. Przetarłem oczy i ziewnąłem, naprawdę cała noc na nogach dała mi
popalić. – Zamierzam jutro przejechać się do Rybunika.
- O nie, tylko nie znowu to.
- Słuchaj do cholery! – Zganiłem go. Naprawdę chciałem żeby
wysłuchał do końca, nawet jeśli znał moją historię od A do Z. – Jadę jutro do
Rybunika odwiedzić Księdza Connora.
- Wątpię by powiedział ci coś więcej niż wiesz teraz.
- Muszę próbować, nie mam innego tropu. Wiesz, że to dla mnie
ważne Kooba, muszę dotrzymać obietnicy.
- Ja ci nie wystarczam? – Co? – Czemu podejmujesz decyzje
bez konsultowania się ze mną? Rozumiem, ja też jestem wściekły na nich za to co
stało się Oli, ale musimy myśleć o tym co teraz. Naprawdę, nie możemy nikomu
ufać oprócz siebie nawzajem. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tu. Staram się cię
chronić, ale nie ułatwiasz mi roboty.. – Te ostatnie słowa wypowiedział bardzo
zrezygnowanie. Podszedłem do niego i upadliśmy razem koło siebie na łóżko o
błękitnym posłaniu. Przybliżyłem się i położyłem głowę na jego brzuchu.
- Przepraszam, po prostu nie daje mi to spokoju. Tak
naprawdę to jedna z dwóch rzeczy, która faktycznie trzyma mnie przy życiu.
- Co jest drugą? – Zapytał. No właśnie. Co nią jest? Za nim
zdążyłem odpowiedzieć, zasnąłem uśpiony przez jego ruszający się od oddychania
brzuch.
Znowu
znajdowałem się w pokoju u Oli. Tym razem byliśmy tam razem, ja i Kooba. Czasem
odwiedzaliśmy ją razem, naprawdę mi to nie przeszkadzało i myślę, że Oli
również. Przygotowywaliśmy się do ponownego ataku na Szyderców, ponieważ
poprzedni okazał się fiaskiem. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Dziewiętnasta
trzydzieści. Nie mogłem przestać myśleć o tym wszystkim, a dodatkowo Coopic
został poparzony podczas ataku. To że tutaj teraz ze mną był zdecydowanie źle
wpływało na jego ogólne zdrowie, ale mnie nie słuchał. Od czasu listu po prostu
starał się chodzić wszędzie tam gdzie ja, ale nie będę kłamać, naprawdę się
cieszyłem z tego powodu. Nagle usłyszałem głos, znajomy głos. Moje pole
widzenia zaczęło się czerwienić, ograniczać. Wszystko inne ucichło oprócz
dźwięku, który delikatnie muskał moje uszy. Byłem w pustce, czując lekką bryzę
na swojej skórze.
- Tutaj. – Odwróciłem się w stronę kobiecego głosu i
zobaczyłem ją. Stała tam Ola. Ola. Moja siostrzyczka była tam. Czułem jak z
nosa leci mi krew, ale zupełnie to zignorowałem. Musiałem skupić się na niej,
póki tutaj była. – Tęskniłam, wiesz?
- Wiem.. wiem.. – Po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
Czy to było w jakikolwiek sposób realne? Nie potrafiłem określić, czy to czasem
nie mój umysł płata mi figle. Wytarłem ciecz z twarzy rękawem kurtki.
- Nie mam za dużo czasu, ale muszę ci coś powiedzieć. Coś
ważnego. Pamiętaj tylko, że wszystko ma swoją cenę. – Hm? Jaką niby cenę? Nie
zważałem na to, wszystko co mogło przedłużyć tę rozmowę było tego warte.
- Proszę, powiedz mi..
- Kiedy będziesz w Rybuniku, zapytaj Connora o człowieka
imieniem ,,Copper’’. To da ci odpowiedzi. – Skąd wiedziała takie rzeczy? Czy to
właśnie robiła, kiedy nie ruszała swoim ciałem? Szukała informacji? Musiałem
przyznać, że nieważne jak dobry byłem, moja siostra zawsze była lepsza.
- Co było ceną? – Nie otrzymałem odpowiedzi. Wszystko
zaczęło wracać do normy, a ja obudziłem się na podłodze. Do moich uszu docierał
dziwny dźwięk, jakoby niegdyś ruszająca się linia, teraz stała w miejscu. W
pokoju nie było już Kooby. Wstałem i rozejrzałem się. Nie wiem czemu, ale moją
uwagę przyciągnął krzyż. Spojrzałem na postać Jezusa, zauważając. Płakał.
Krwią. Zrozumiałem, chociaż nie powinienem. Podszedłem do łóżka w którym leżała
Ola i usiadłem na jednym z krzeseł, trzymając moją dłoń na jej. Była zimna.
Zapłaciłem swoją cenę.
Komentarze
Prześlij komentarz