Rozdział 11: Lildl Cart Race (Kaka Katwar)


13 Listopad

               Siedziałem na dachu okryty ciepłym kocem. Podniosłem rękę i otarłem nią o twarz, zmazując krew. Czułem się lepiej, zdecydowanie lepiej, od kiedy zajął się mną Cry Baby Cry. Wyciągnąłem z kieszeni kostiumu telefon i spojrzałem na godzinę. Dziewiętnasta trzydzieści. Schowałem komórkę i wróciłem do obserwowania. Byłem w tym miejscu od kilkunastu minut, czując zmiany w sile wiatru. Rozpuściłem włosy, dając im więcej swobody. ,,Znowu dałem ciała, huh?’’ – zapytałem  samego siebie. Znałem odpowiedź. Czułem, że to ja powinienem tam być zamiast Julii i Rafau’a. Ja powinienem był walczyć, bo ja dałem się głupio złapać. Czy nikt inny tego nie widział? Że wszystkie problemy jakie spotykają Lożę są z mojej winy? Byłem słaby. Mnóstwo ludzi wmawiało mi, że mam ogromny potencjał, jednak czym jest potencjał kiedy nie umie się go wykorzystać? Nawet moja stójka została stworzona do ranienia tych, którym na mnie zależy. To jest ten potencjał? Trenowałem większość swojego życia, najwyraźniej nie wynosząc nic. Goniłem za tym celem, który zawsze był krok przede mną. Jedyne czego pragnąłem to stać się silniejszy. Niezależny. Lepszy. Od kilku lat stoję w miejscu, patrząc jak ludzie potrzebujący mojej pomocy są zawiedzeni. Miałem tego dość.
                Poczułem jak coś siada mi na kolanach. Spojrzałem w dół tylko żeby zobaczyć Heartbreaker w formie kota, wtulonego w moje nogi. Kiedy na niego patrzyłem, nie mogłem się nie rozczulać. Zdjąłem z siebie koc i opatuliłem kota. Wolałem, żeby mi było zimno. Nie wiedziałem czy stójki odczuwają temperaturę, nawet jeśli nie to nie czułem się z tym źle, że mu go oddałem. Nagle jednak stało się coś, czego się nie spodziewałem. Koc wyleciał w powietrze rozerwany na miliony małych kawałeczków, które po kolei zdmuchiwał wiatr. Zdziwiony spojrzałem na Heartbreaker który zmienił swoją aparycję. Kolor pomarańczowy zastąpił czerwony, a jego kości wyszły na zewnątrz, wrzucając skórę za nimi. Pojedyncze ,,włoski’’ z jego głowy zamieniły się w długą i gęstą grzywę. Dziury na kształt nosa i oczu zniknęły, a zamiast serduszek miał blizny, takie jak po głębokich ranach zadanych nożem. Moje ręce zaczęły drżeć. ,,Co się z nim stało?’’ – tym razem odpowiedzi nie znałem. Co zamierzałem z tym zrobić? Patrzyłem na nową wersję mojej stójki z przerażeniem. Jeśli wyglądała tak strasznie, to jak mogła wyglądać w swojej pełnej okazałości? Nie chciałem sprawdzać.
                Usłyszałem za sobą dźwięk otwierających się drzwi. Szybko odwołałem Heartbreaker, nie chciałem żeby ktoś go teraz zobaczył. Musiałem sam w ciszy i spokoju rozpracować co się z nim stało i dlaczego. Odwróciłem się i zobaczyłem jak wiatr kołysze na boki różowy garnitur.
- Hej, przyszedłem sprawdzić co u ciebie bo już długo siedzisz na tym dachu. – Zagadał pierwszy. Gdyby nie to, że rozmawiał tylko z Addą i Jacubem to bym uwierzył w jego troskę.
- Oszczędźmy sobie tej fałszywej troski, proszę cię. Kto cię poprosił o sprawdzenie co tam u mnie? Niech zgadnę, Adda? – Miałem do wyboru dwie osoby, jednak Jacub raczej zajmował się teraz sobą.
- Ta. Skoro już wiem, że wszystko okej to będę spadać.
- Czekaj! Ja naprawdę chcę pogadać. – Wykrzyknąłem w jego stronę kiedy zdążył odwrócić się do mnie plecami. Ucieszyłem się widząc, że zawraca. Usiadł koło mnie, spuszczając nogi z krawędzi dachu. W głębi śmieszyło mnie to jak ciągle poprawiał włosy, które tarmosił mu wiatr.
- Dlaczego wróciłeś? – Zapytałem. Od czegoś trzeba było zacząć, nawet jeśli znałem powód.
- Myślę, że bardzo dobrze wiesz czemu wróciłem. O czym chciałeś gadać? – Prosto z mostu, co? Czas na tę część rozmowy która może pójść w kilka odrębnych stron.
- Czemu nie angażujesz się w rozmowę z innymi oprócz Addy i Jacuba?
- Bo tylko oni patrzą na mnie inaczej.
- Inaczej czyli jak? – Byłem dociekliwy. Miałem okazję spróbować wymusić na nim zmianę. Musiałem ją wykorzystać.
- Jako jedyni nie widzą we mnie samego źródła korzyści.              
- A więc sądzisz, że ja tak cię postrzegam? – Zapytałem go. Spojrzałem na jego twarz, zdając sobie sprawę, że miał problem z odpowiedzią.
- Tak postrzega mnie Juliia, więc pewnie ty też. To ona wychowywała cię, żebyś był drugą nią.
- NIE JESTEM NIKIM OPRÓCZ SIEBIE, ROZUMIESZ? – Uniosłem się. Złamałem. – Kurwa mać, dlaczego każdy mówi mi kim jestem a kim nie, nie mając cholernego pojęcia? Juliia jest Juliią, ja jestem sobą, Maciei. Nie widzisz tego, ale różnimy się. Różnimy się. – Nie odpowiedział nic. Odwrócił się do mnie plecami i poszedł w stronę schodów w dół. Nie chciałem żeby odchodził. – Jestem słabszy niż ona. – Rzuciłem na głos w jego stronę, a głowa Zawadzieuo na chwilę zwróciła się w moją stronę. Spojrzał w moje oczy, a mimika jego twarzy mówiła wszystko. Uśmiechał się. Drwił ze mnie? Czy może cieszył się, że tak bardzo się mu przeciwstawiłem? Nie potrafiłem tego zrozumieć. Minęła chwila, a prezesa nie było już na dachu. Zacząłem się zastanawiać. Mogłem zaprzeczać ile chciałem, ale jaka była prawda? Nie chciałem być drugą Juliią. Chciałem być sobą.
                Po krótkim czasie drzwi prowadzące na dach znowu się otworzyły. Tym razem moim oczom ukazał się mężczyzna w koszulce z siatki po ziemniakach (nie warto pytać). Rafau nie odezwał się słowem aż do momentu w którym usiadł koło mnie na krawędzi.
- Hej, wszystko okej? – Zdziwiłem się. Nie był osobą, która zadawała takie pytania na porządku dziennym. Zazwyczaj pokazywał wszystkim swoją stronę, która nie przejmuje się nikim ani niczym. Odkąd go poznałem jednak, zaczął się zmieniać. Byłem prawdopodobnie jedyną osobą, której faktycznie mówił szczerze co myślał. Cieszyło mnie to. ,,To kolejny czynnik różniący mnie od Julii’’ – dodałem w myślach.
- Nie jest okej. – Rzuciłem na szybko. Widziałem, że zaczął mi się dokładniej przyglądać. – Mam pytanie, bardzo ważne pytanie. Czemu mnie polubiłeś? 
- A kto powiedział, że cię lubię? – Naprawdę miałem nadzieję na poważną rozmowę.
- Pytam poważnie, to dla mnie ważne Raff.
- Zaciekawiłeś mnie. Byłeś taki otwarty w stosunku do obcych, że aż obrzydzający. – Nie mogłem sobie nie pozwolić na uśmiech. – Mówiłeś dużo, nawet o totalnych pierdołach. Potem zrozumiałem, że wcale tak bardzo się nie różnimy. Mamy niektóre poglądy podobne, orientujemy się w tych samych tematach. Z czasem po prostu się przyzwyczaiłem. – Poczułem ulgę. Można powiedzieć, że takiej odpowiedzi oczekiwałem. Mimo wszystko, nie rozwiało to wszystkich moich wewnętrznych rozterek, ale chciałem przestać o nich myśleć. Przynajmniej teraz.
- Dziękuję, naprawdę, dziękuję. – Odpowiedziałem niskim tonem z powagą w głosie. Nie chciałem go przestraszyć, czekałem aż rzuci jakimś komentarzem w swoim stylu ale takowy nigdy nie nadszedł. Nagle momentalnie drzwi praktycznie wyrwane zostały z zawiasów, a ze schodów weszła Juliia. Była cała we krwi, nawet nie trudziła się umyć po wejściu do kryjówki.
- Hej Kaka, słyszałam że już ci lepiej! – Czuć było, że była radosna, jednak nie do końca. Coś z tyłu głowy mówiło mi, że jakaś sprawa ją gnębi. Podobnie jak Rafau, nie lubiła się wyżalać na tematy swoich problemów, a ja nie zamierzałem na nią naciskać. ,,Jest silna, poradzi sobie sama’’ – pomyślałem. – Ogólnie to zapraszam was obu do pokoju obrad. Musimy ustalić pewne fakty i ogólnie pogadać o naszej przyszłości w tym mieście. – Związałem włosy limonkową gumką a następnie wstałem z ziemi. Rafau wstał zaraz po mnie, a następnie razem udaliśmy się w stronę drzwi. Schodziliśmy po schodach w dół, kiedy postanowiłem zwrócić uwagę na pewną rzecz.
- Nie mogłeś się Julkka chociaż wierzchnio obmyć z tej krwi? Byłoby to, nie wiem, o wiele schludniejsze? – Eh, po co to w ogóle wspomniałem.
- Nie czuję się ani trochę brudna, jeżeli mnie pytasz. – Uśmiechnęła się, a następnie zaczęła śmiać. Parsknąłem i pokręciłem głową, tak samo Codac. Pokój do obrad znajdował się na drugim piętrze, był całkiem charakterystyczny, najwięcej roślin w posiadłości było właśnie tam. Juliia i Jacub nieraz opowiadali mi historię o walce z Kero Kero Bonito której niestety nie mogłem być świadkiem. Kiedy wróciłem myślami do tamtych czasów, zacząłem się zastanawiać. Co się dzieje z Pestym? Od dawna nie rozmawialiśmy, byłem ciekawy. Może wypadałoby do niego zadzwonić? Nigdy jednak nie darzył mnie jakąś szczególną sympatią, tak jak Jacuba czy Julii. Wolałem się nie wychylać, może kiedyś uda nam się spotkać.
                Po pięciu minutach doszliśmy na miejsce. Otworzyłem ogromne wrota prowadzące do pokoju, gdzie zastałem znajome twarze. Przy stole siedziała Adda, Jacub, Maciei i Borbo. Czekaj czekaj, jakim cudem tam był Bolko?! Zanim zdążyłem o to otwarcie zapytać, Juliia schyliła się i powiedziała mi na ucho:
- Osoba którą zabiłam nie była Borbo. To był zwykły podszywacz, a ,,oryginał’’ leżał związany w wannie, w łazience na pierwszym piętrze. – Aha. Kurwa mać, moje życie robiło się coraz dziwniejsze z każdym kolejnym dniem, przysięgam. Jakby nigdy nic podszedłem do Addy, której nie widziałem od dłuższego czasu. Nie miałem nawet chwili żeby coś powiedzieć, ponieważ kobieta przytuliła mnie prawdopodobnie najmocniej jak potrafiła. Przysięgam, że nie mogłem oddychać, kiedy jej ogromne piersi przygwoździły moje płuca.
- Tęskniłam, Kaka. – Jej głos był taki przyjemny. Brakowało mi ostatnio takich odczuć. Kiedy wszystko się pierdoli, zaczynamy doceniać ludzi wokoło siebie. Zaczynamy dziękować za to, że nam ich nie odebrano.
- Ja też.. – Odpowiedziałem, a uśmiech na mojej twarzy pojawił się automatycznie. Minęło kilka sekund po których kobieta uwolniła mnie ze swoich szponów. Zrobiłem kilka kroków, a następnie usiadłem obok Rafaua. Byliśmy już wszyscy, a więc to czas aby zacząć spotkanie.
                Juliia nie zamierzała się patyczkować. Wzięła krótki rozbieg, a następnie wskoczyła na stół, prawie go przewracając. Dopiero teraz mogłem dobrze przyjrzeć się jej butom, które były całkiem niecodzienne. Połączenie crocsów i glanów ciekawie wyglądało, to trzeba przyznać. Inną sprawą było to, że krew pokrywała je praktycznie w całości, ale taka już była Musiau.
- Zacznijmy od tego, że muszę powyjaśniać wam wszystkim kilka spraw. To może być za dużo jak na jeden dzień, ale proszę wysłuchajcie i zadawajcie pytania dopiero wtedy, kiedy skończę. – Nikt jej nie przerywał, jej głos cały czas trzymał się jednego tonu. – Kaka i Jacub już to wiedzą, ale resztę muszę uświadomić. Ludzie z którymi dzisiaj walczyliśmy to Zakon Syjonu. Mogliście o nich słyszeć lub nie, tak czy inaczej po krótce wyjaśnię – w wielu teoriach jest to grupa chroniąca dziecko Jezusa, naprawdę jednak chronią czegoś znacznie potężniejszego. – Tylko nie to, nie chciałem tego słyszeć. – Dziecko samego Boga. Tym dzieckiem jest Kaka, który bardzo dobrze o tym wie. Dodatkowo, ja i Jacub również nimi jesteśmy, jednak różnimy się od Katwara tym, że on jest czymś, co nazywają ,,dzieckiem czystej krwi’’. Takich dzieci najprawdopodobniej jest dwoje, jednak nigdy nie znaleziono tego drugiego, plotki mówią że żyje gdzieś na tym świecie. Teraz ta druga sprawa, łatwiejsza do przyswojenia. Zakon zaczął współpracować z Dangozjebami i o ile motywy tych drugich są mi znane, tak nie mam pojęcia dlaczego Syjon znowu nas śledzi. Mówiąc szczerze, jeśli miałabym obstawiać to potrzebują ,,dziecka czystej krwi’’ do czegoś, co próbują przed nami ukryć. Dowiemy się co to. Wyruszamy za dwa dni do dzielnicy Yamadżuma i odwiedzimy mojego starego kumpla – Garola Kawronskiego. – Zeszła ze stołu, tym samym oznajmiając że spotkanie się skończyło. Żałuję, że nie powiedziałem im wcześniej, ale ta pierwsza rzecz była oczywistą. Wszyscy to praktycznie wiedzieli.
- Juliia, musimy ci coś powiedzieć. – Zaczęła Adda. – My wszyscy praktycznie w tym pomieszczeniu jesteśmy dziećmi Boga. Ja, Adda i Maciei doskonale o tym wiedzieliśmy, nam też to w jakiś sposób udowodnił. – Skończył za nią Rafau. To właśnie zamierzałem jej powiedzieć, ale czekałem na odpowiednią chwilę. ,,Takowa chyba nadeszła, co?’’ – pomyślałem.
- Oh. W takim razie to nie było dla was ani trochę ciężkie do przyjęcia, co? – Zapytała retorycznie.
- D-dla mnie było. – Odpowiedział Borbo. Zapomniałem o nim. On jako jedyny był normalnym człowiekiem, jednak używającym stójki. Podszedł do niego Jacub, na jego twarzy gościł uśmiech od ucha do ucha. Trzymał ręce pod swoją złotą płachtą, jednak po chwili je wyjął i postawił przed twarzą Borbo dwie butelki jakiegoś trunku. Zanim zdążyłem przeczytać co to było, wszystkich nas poinformował Jusiau.
- Czysty spirytusik. Kochani musimy się napić i ochłonąć po tym wszystkim. Najlepiej zapomina się nieprzyjemne rzeczy przy dobrej zabawie z kolegami i alkoholem. – Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Jacub uwielbiał pić, było to wręcz jego hobby. Spojrzałem na Rafau’a, który stronił od alkoholu na każdym kroku.
- Ja odpadam, chcę się wyspać. – Dodał od siebie Codac, wstając od stołu. Jacub podszedł do niego i ponownie usadowił na krześle, wyciągając z kieszeni płaszcza kieliszek. Postawił go na stole przed nim, a następnie odkręcił zawleczkę i polał. – Chyba cię pojebało, Jusiau.
- Chlej, nie pierdol. – Odpowiedział, niemalże wpychając mu kieliszek do buzi. Uwielbiałem Rafau’a, ale musiałem przyznać, że czasami jego abstynencja potrafiła również zdenerwować mnie. Niespodziewanie do naszych uszu dotarł dźwięk czyjegoś dzwonka. Spojrzeliśmy w stronę Zawadzieuo, który grzebał po kieszeniach. Po chwili wyciągnął telefon i przeprosił nas, mówiąc że musi to odebrać i wyszedł z pokoju. W tym momencie moja głowa zaczęła niewiarygodnie boleć. Mój cały świat zawirował, a wszystkie jego barwy uciekły. Czułem jak oczy zachodzą mi krwią. Do tego to niewytłumaczalne uczucie ogromnego Deja Vu nie dawało mi spokoju. Przestałem cokolwiek słyszeć, jakbym ogłuchł. Wstałem z krzesła i zacząłem się rozglądać. Wszyscy zniknęli.
- H-hej, jest tu ktoś?! – Lecz nie przyszedł nikt. Spojrzałem na swoje ręce. Czułem, jakby się paliły. Kiedy przyjrzałem się dokładnie, schodziła z nich skóra. Moja lewa ręka przestała być pod moją kontrolą, powoli przesuwając się w stronę prawej. W mojej głowie wiedziałem co chce zrobić, jednak nie potrafiłem tego powstrzymać. Zbliżała się coraz bardziej, poddałem się. Czekałem na to, co nieuniknione. Lewa dłoń złapała palcami wystający kawałek skóry z prawej i zaczęła ciągnąć. Całe moje ciało przeszyło uczucie zrywania spalonej skóry któremu towarzyszył ból. Ogromny płat zebrany z całej ręki spadł na podłogę, odkrywając pulsującą, krwistą i drugą warstwę. Minęły sekundy, a ból ustąpił. Spojrzałem na prawą rękę i ponownie się zdziwiłem. Była w takim samym stanie jak lewa. Znowu czułem to uczucie palenia, tym razem całym ciałem.
- Co się ze mną dzieje? – Zapytałem na głos, czekając na jakąkolwiek odpowiedź. Usiadłem na podłodze i schowałem głowę w kolanach. Zamknąłem oczy, mają nadzieję że to samo z siebie niedługo przejdzie. Nie mogłem wytrzymać. Włożyłem rękę za kołnierz i zacząłem go rozrywać.
                Poczułem szturchnięcie. Podniosłem głowę i zobaczyłem stojących nade mną Szyderców. Nie wiedziałem o co chodzi, jednak po chwili się zorientowałem. W dłoni trzymałem złotą żyletkę, ubrudzoną krwią. Lekki ból zaskoczył mnie w prawej ręce, która miała ciętą ranę przebiegającą po całej swej długości.
- Co ty odpierdalasz?! Skąd ty w ogóle masz tę żyletkę?! – Juliia wydawała się być zdenerwowana, zresztą nie dziwię się jej. Chciałem być w stanie odpowiedzieć na zadane mi pytania, naprawdę.
- N-nie mam pojęcia co się stało. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Zanim zdążyłem cokolwiek dopowiedzieć, Codac podszedł do mnie i wyrwał żyletkę z rąk. Skąd ja ją miałem? ,,Ostatnio naprawdę dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy’’ – potwierdziłem swoje słowa z wcześniej.
- Masz, opatrz się sam, skoro sam to sobie zrobiłeś. – Stwierdził Zawadzieuo, który najwyraźniej skończył rozmowę, a następnie podrzucił mi czysty bandaż z wodą utlenioną. Wziąłem butelkę z płynem i polałem rękę po całej długości, a po chwili usłyszałem z niej soczysty dźwięk pieczenia. Przez wiele lat zdążyłem się przyzwyczaić do tego uczucia, dlatego nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Odstawiłem buteleczkę i wziąłem w dłonie bandaż.
- Daj to, pomogę ci. – Rzuciła w moją stronę Adda, klękając na jedno kolano.
- Dzięki. – Uśmiechnąłem się, dając jej do ręki bandaż. Naprawdę nie potrzebowałem pomocy, ale nie zamierzałem odmawiać jeśli ktoś proponował ją sam. Deredess odwzajemniła uśmiech i zabrała się do roboty, zaczynając od łokcia. – Ostatnio dzieje się wiele dziwnych rzeczy, zauważyłaś?
- Powiem ci, że ciężko nie zauważyć. Może powinniśmy udać się z tobą do specjalisty? To naprawdę mogło zagrażać swojemu życiu. – Uświadomiła mnie. Teraz naprawdę byłem ciekawy co takiego robiłem i w jaki sposób oni to widzieli.
- Na razie miejmy nadzieję, że to przypadkowy i jednorazowy incydent. Naprawdę nie wiem co się ze mną stało, ale już jest dobrze. Nie martw się. – Wymusiłem się na uśmiech, mimo że oboje wiedzieliśmy jak było naprawdę, a odpowiedź ,,dobrze’’ była daleka od prawdy.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jakie to było dziwne. Spotkanie się skończyło, a ty zniknąłeś. Znaleźliśmy się pod stołem z żyletką w ręce, całego trzęsącego się. Kiedy wyciągnęliśmy cię z pod stołu, zacząłeś krzyczeć, pytać czy ktoś to jest i co się z tobą dzieje. Zraniłeś się tą żyletką, a potem chciałeś rozerwać swój strój zaczynając od kołnierza. Nie mogliśmy cię wybudzić z tego stanu. – Im więcej słów wychodziło z jej ust tym bardziej dawała po sobie znać, że naprawdę się tym przejęła.
- Spokojnie, już wszystko jest w porządku. Na chwilę odpłynąłem, ostatnio mi się to zdarza, nie ma czym się przejmować. – Chciałem ją uspokoić, nawet będąc przekonanym jak bardzo będzie to bezskuteczne.
- Obydwoje wiemy, że nie jest w porządku.
- Ale starajmy się w to uwierzyć, a życie stanie się o wiele prostsze, co? – Puściłem jej oczko. Zmartwiony wyraz twarzy nie zniknął, ale na to już nie mogłem nic poradzić. Zanim się zorientowałem, kobieta skończyła bandażować mi rękę i pomogła wstać. Zostaliśmy sami w pokoju do obrad, wszyscy pozostali przenieśli się na dół, prawdopodobnie chcąc sobie wypić. Patrząc na to, co mnie spotyka, sam miałem taką ochotę.
- Ja idę do nich na dół. Naprawdę mam ochotę się dziś wyluzować, wiesz? – Stwierdziłem, że najpewniej też będzie chciała. Od czasu do czasu wszyscy chcieliśmy się razem ze sobą napić, naturalna kolej rzeczy. Wyszedłem z pomieszczenia pierwszy, zostawiając Addę za sobą. Jeśli miałbym zgadywać gdzie mogliby chlać to prawdopodobnie byłoby to pierwsze piętro, bo było tam najwięcej miejsca i ogólnych rzeczy do rozrywki. Zszedłem schodami w dół, a już po chwili byłem na miejscu. Otwierając drzwi do salonu, krzyknąłem:
- Mi też polejcie! Addzie w sumie też możecie, bo zaraz tutaj będzie!
                Wysiedliśmy z auta, które ukradliśmy. W końcu napotykaliśmy zakręt, których pokonał naszą dwójkę. Wszystko bolało mnie jak chuj, kiedy wyczołgiwaliśmy się z wywróconego samochodu. Nie wiem czy nazywanie tego ,,wysiadaniem’’ było adekwatne. Wspaniała noc dopiero się zaczynała, a my byliśmy już zajebani w trzy dupy. Przeczołgałem się w stronę Jacuba, który leżał na plecach i patrzył w gwieździste niebo.
- Ulecz mie, ULECZ MIE PROSZE – Zwróciłem się do niego, oczekując że wyciągnie słoik ze łzami i mnie naprawi.
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA – Nie tego się spodziewałem. Jacub po prostu krzyczał, jego twarz była pusta. ,,Nie to nie, wezmę sobie sam’’ – stwierdziłem, wyciągając słoik zza pasa. Podniosłem jego rękę i dotknąłem nią cieczy, a następnie sam siebie oblałem. W mgnieniu oka poczułem się zdecydowanie lepiej, a ból spowodowany wypadkiem powoli przemijał. Jusiau nadal krzyczał, ale przestał w momencie kiedy go spoliczkowałem.
- Idziemy! – Powiedziałem do niego, pomagając mu podnieść się z ziemi. Miałem ogromną nadzieję, że będzie w stanie iść sam. Po chwili przekonałem się, że Jacub jest o wiele silniejszy niż myślałem i faktycznie nie potrzebowałem mojej pomocy w chodzeniu. Mieliśmy szczęście, że rozbiliśmy się blisko Lildla bo tam właśnie był cel naszej wyprawy. Przeszliśmy kilkanaście metrów i znaleźliśmy się na ogromnym, pustym parkingu. Gdziekolwiek się nie spojrzałem, nie potrafiłem zobaczyć pojedynczego auta czy nawet człowieka. Byliśmy zbyt pijani by zwracać uwagę na takie rzeczy jak kamery, więc po prostu podeszliśmy do stojących nieopodal wejścia do marketu wózków. Zamierzaliśmy je ukraść do wyścigu. Na początku resztka moich ostatnich komórek mózgowych stwierdziła, że musimy mieć jakiś transport powrotny. Poszedłem na tyły budynku, chcąc sprawdzić czy są tam jakieś ciężarówki przywożące towar. Na nasze szczęście, były. Teraz dopiero mogliśmy przejść do działania. Wyciągnąłem z kieszeni kombinezonu portfel, a z niego monetę jeden euro. Spojrzałem na Jacuba, który zrobił to samo co ja, a następnie podszedłem z powrotem do wózków. Włożyliśmy monety do dyspenserów i zaczęliśmy powoli odjeżdżać w głąb parkingu, kiedy usłyszeliśmy za sobą czyjś krzyk.
- Stać! Zatrzymajcie się i puśćcie te wózki! – Odwróciłem głowę by spojrzeć na osobę, która okazała się być ochroniarzem marketu. Zrobiłem coś, czego żałować będę do końca życia. Nawet wymówka, że byłem pijany mnie nie ratuje. Przywołałem Heartbreaker, który nie był już tym standem który znałem. Był bardzo podobny do miniaturowej wersji, kolor pomarańczowy zastąpił czerwony, a jego kości wyszły na zewnątrz, wrzucając skórę za nimi. Pojedyncze ,,włoski’’ z jego głowy zamieniły się w długą i gęstą grzywę. Dziury na kształt nosa i oczu zniknęły, a zamiast serduszek miał blizny, takie jak po głębokich ranach zadanych nożem, tak jak mówiłem wcześniej. Jedyną różnicą, która mnie przeraziła było to, że cały pulsował. Wykonywał ruchy, jakoby przez jego ciało płynęła krew. Nie miałem pojęcia nawet dlaczego go przywołałem, bo nie miał żadnej siły przeciwko osobom, które nie odczuwały wobec mnie empatii, ale coś mnie podkusiło. Powoli podszedłem do ochroniarza, który teraz w rękach trzymał paralizator. Kiedy byłem dostatecznie blisko, Heartbreaker zamachnął się i zadał mu cios, który położył go na ziemi. Zacząłem mu się przyglądać, kiedy ochroniarz zaczął krzyczeć. Cały jego głos przesiąknięty był agonią, załamywał się, mężczyzna nie mógł wziąć oddechu, krztusił się. Zacząłem panikować, a moje ręce trząść. Byłem świadkiem obrzydliwego procesu, jakim było wyparcie na przód mięśni. Całe jego ciało opuściła skóra, która zawinęła się do środka, zostawiając jego mięśnie z przodu. Klatka piersiowa mężczyzny teraz widocznie pokazywała bicie jego serca, kiedy ten zaczynał powoli się wykrwawiać. Poczułem jak ktoś łapie mnie za ramię, jednak nie chciałem tego czuć. Chciałem tylko pomóc temu mężczyźnie. Był niewinny, nie zasługiwał na taki los. Zastanawiałem się co mogło pójść źle, nie dopuszczając do siebie myśli że to moja wina. Czułem jak ktoś mną trzęsie, ale nie obchodziło mnie to. Nie mogłem oderwać wzroku od tego cierpiącego człowieka. Byłem zapatrzony jak w obrazek, mimo że pragnąłem przestać. Minęło kilka sekund po których poczułem ciepło na policzku oraz szczypanie. Jusiau spoliczkował mnie, a następnie okrzyczał:
- Bierz wózek i spadamy stąd! – W końcu wypadłem z transu. Oddaliłem się i z powrotem udałem do wózka, przyjeżdżając z nim i ładując na pakę wcześniej upatrzonej ciężarówki. Wsiedliśmy za kierownicę i pojechaliśmy do domu, nie rozmawiając o tym co miało miejsce.
                - Dobra panowie, założenie jest takie, że dwóch z nas wpierdala się do wózków, a pozostałych dwóch te wózki prowadzi. Możemy sobie przeszkadzać itd. Etc. Jebać. Zjeżdżamy z trzeciego piętra posiadłości na samiutki dół, jeśli nie pozabijamy się na schodach. Zostaliśmy praktycznie jedynymi żyjącymi ludźmi w tym domu, trzeba to zmienić! – Miałem rację, bo Borbo spał pijany w swojej wannie, a Juliia po wyzerowaniu całej jednej butelki spirytusu samemu i popiciu czystą whisky funkcjonowała teraz jako nasza nowa meta. – Na końcu musimy przyjebać w Juliię która jest naszą metą, nie martwcie się, ona i tak jest już w stanie hibernacji więc nic nie poczuje. Zaczniemy na znak. – Wypowiedziałem te słowa, po czym wsiadłem do jednego z wózków, na którym przykleiliśmy tabliczkę z napisem ,,Sigrún’’. Za wózkiem stanął Rafau, który miał mnie pchać w tym wyścigu. Jeśli chodzi natomiast o drugą parę, składała się z Macieia który pchał Jacuba. Byliśmy gotowi.
- Wszyscy gotowi?! No to zaczynamy! Trzy! Dwa! Jeden! – I zamiast powiedzieć zero, Adda puściła takiego ogromnego i głośnego bełta, że służył nam praktycznie jako pistolet sygnałowy. Tak więc zaczął się porywający wyścig na śmierć i życie.
                Na prowadzenie wysunęliśmy się my z Rafauem, który biegł tak pokracznie, że Deredess nie mogła przestać się śmiać. Maciei i jego koń zanim zdążyli spostrzec, że są skuci kajdankami Closing Time’a, zdążyli się wyjebać tuż na starcie. Kiedy się podnosili, Zawadzieuo zamienił prosty mechanizm w tukana, a następnie pobiegł za nami. Spojrzałem na wózek, który miał na sobie tabliczkę z napisem ,,Fast Cripple’’ nadrabia dystans między nami, a ptak wcześniej stworzony leci wprost na mój ryj. Nie zdołałem nic zrobić, kiedy ten siadł na mojej głowie i zaczął pukać mi w łepetynę. 
- Ała, kurwa mać! – Złapałem ptaka ostatecznie w jedną dłoń i rzuciłem pod koła wózka przeciwników, którzy potknęli się na nim, wpadając w nas. Wywróciliśmy się w bardzo wąskim korytarzu, trochę zajęło nam pozbieranie się. Kiedy ostatecznie wróciliśmy do wyścigu, nie minęły sekundy kiedy się zrównaliśmy. Widziałem iskry, kiedy nasze wózki się ze sobą ścierały. Powoli dojeżdżaliśmy do schodów, kiedy dostałem kamieniem w oko.
- YEEEEET! – Krzyczał Maciei, rzucając w nas kamykami które potem zamieniał we wróbelki, które dziobały mnie po mordzie, a Rafaua po plecach. Codac nie pozostawał jednak dłużny, ciągle tworząc na ich drodze żelazne dziewice i trebusze, które musieli skutecznie omijać. Zajęliśmy się walką między sobą, kiedy prawdziwym przeciwnikiem okazała się być matematyka. Żaden z nas nie umiał dobrze określić odległości dzielącej nas i schody, a następnie niczym odtwarzając słynny drift na lidlowskim parkingu w zimę, spadliśmy z nich, z ogromną prędkością. Otumanieni alkoholem, prawdę mówiąc, nie czuliśmy praktycznie bólu i szybko zebraliśmy się na nogi. Następnym pomieszczeniem na naszej trasie była kuchnia na drugim piętrze, a kiedy się tam dostaliśmy zacząłem myśleć nad tym czy dobrze postąpiliśmy z Bolko. On jako jedyny nie wiedział o tym całym gównie z dziećmi Boga, więc to nie dziwota że zachlał się w trzy dupy, nie powinniśmy byli wsadzać mu ust do odkurzacza.. Ze stanu zamyślenia wyrwał mnie lecący w moją stronę nóż. Odwróciłem głowę, żeby tylko zobaczyć krzyczącego w moją stronę Jacuba:
- KARASIE JEDZĄ GÓWNO! – Nie miało to kompletnie sensu. Po chwili Rafau zaczął biec szybciej niż zwykle, tym samym wyprzedziliśmy Fast Cripple. Kiedy przejechaliśmy przez jadalnię drugiego piętra bez większych obrażeń, teraz musieliśmy dostać się do jadalni pierwszego piętra. Oczywiście, wypierdoliliśmy się na schodach albo mówiąc ładniej, gryźliśmy piach na schodach. Nie spodziewałem się tego, co wybiegło przed nami. Jacub i Maciei ujeżdżali teraz razem strusia, który prawdopodobnie wcześniej był wózkiem. Musieliśmy nadrobić, a po chwili znowu stanęliśmy łeb w łeb. Dwa ,,konie’’ ruszyły pełną prędkością przez jadalnię. Rywalizacja nie ustawała, co chwilę przeszkadzaliśmy sobie wszystkim, nawet standami. Bałem się użyć swojego. Nie chciałem go nikomu pokazywać, wystarczyło że Jusiau go widział. Miałem tylko nadzieję, że nie uwierzy w to co zobaczył.
                Byliśmy już w jadalni, a Zawadzieuo zamienił jeden ze stołów w strusia. Kiedy ten wbiegł między nas, okazało się że na nim zasiadała Adda.
- A ona tu skąd?! – Zapytał na głos Rafau, jednak nikt mu nie odpowiedział. Struś którego dosiadała kobieta dorównywał prędkością nam obydwu, tym samym stając się poniekąd trzecim zawodnikiem wyścigu. Nagle ptak podskoczył, a Zawadzieuo z zamysłem przeszkodzenia nam tym, zamienił go z powrotem w stół. Kiedy spadał, zahaczył nóżkami o obydwa nasze wózki, tym samym poniekąd stając się mostem je łączącym na którym leżała śpiąca Deredess. Nikt z nas nie chciał zbędnego obciążenia, więc ja i Jacub przesuwaliśmy kobietę z jednej strony na drugą.
- Ej, dawaj ją na środek! – Zaproponował Jusiau, a ja się na to zgodziłem. Przesunęliśmy ją w ramach rozejmu na środek, a następnie wyjebaliśmy się po raz ostatni na schodach. Na półpiętrze pozbyliśmy się Addy i stołu, tym samym znowu stając się wolnymi jeźdźcami. Znajdowaliśmy się na pierwszym piętrze, została ostatnia prosta do mety zwanej Musiau. Ustawieni łeb w łeb, Jacub wyciągnął z kieszeni marynarki coś co wyglądało na rewolwer. Rozszerzyłem oczy. Co on chciał zrobić?
- Kto umrze teraz przegrywa wyścig, Kaka! – Powiedział do mnie, kręcąc cylindrem trzy razy. Pod wpływem alkoholu, przyjąłem wyzywanie. Wziąłem od niego rewolwer i przystawiłem do skroni. Zacząłem się wahać, ale poczułem na sobie ciężar spojrzenia Jacuba. Nacisnąłem spust.
- Puściutko! Trzy to moja ulubiona liczba. – Oznajmiłem, kręcąc cylindrem dwa razy. Oddałem broń Jusia’owi, ale nie zdążył pociągnąć za spust. Uderzyliśmy w Juliię. Obydwa ,,konie’’ skończyły na ziemi, kończąc wyścig remisem. Rewolwer wylądował w zasięgu mojego wzroku.
                Jak najszybciej mogłem, przeczołgałem się i podniosłem broń. Moje dłonie się trzęsły, ale wstrzymałem oddech i skupiłem się. Nie powiedziałem ani jednego słowa, a następnie strzeliłem. Czyjś krzyk zaczął wypełniać parter. Spojrzałem na Jacuba, któremu przez przypadek drasnąłem policzek.
- Jesteśmy atakowani! – Jusiau odwrócił się i zobaczył mężczyznę z dziurą postrzałową w dłoni. Podszedłem do Jacuba i pomogłem mu wstać, biorąc pod ramię. Nie miałem zupełnie pomysłu co zrobić i gdzie iść. Moje nogi samoczynnie postanowiły udać się na schody, jednak po drodze do mojego nosa doszedł dziwny zapach. ,,Gaz usypiający’’ – pomyślałem, powoli opadając z sił. Resztę mojej świadomości przeznaczyłem na losowe strzelanie w stronę z której słyszałem głosy. ,,Czemu akurat teraz musieliśmy zostać zaatakowani?’’ – zadałem pytanie retoryczne. Byłem głupi, wszyscy byliśmy. Dlaczego nie mogliśmy być odrobinę bardziej odpowiedzialni? Nie miałem pojęcia. Powoli zamykałem oczy, kiedy ostatnią wiadomością którą usłyszałem było:
- Witajcie w Zamku ze Szkła.

ARC I : CAN’T BE FRAGILE – END   

Komentarze