13 Listopad
Poczułem
jak coś siada mi na kolanach. Spojrzałem w dół tylko żeby zobaczyć Heartbreaker
w formie kota, wtulonego w moje nogi. Kiedy na niego patrzyłem, nie mogłem się
nie rozczulać. Zdjąłem z siebie koc i opatuliłem kota. Wolałem, żeby mi było
zimno. Nie wiedziałem czy stójki odczuwają temperaturę, nawet jeśli nie to nie
czułem się z tym źle, że mu go oddałem. Nagle jednak stało się coś, czego się
nie spodziewałem. Koc wyleciał w powietrze rozerwany na miliony małych
kawałeczków, które po kolei zdmuchiwał wiatr. Zdziwiony spojrzałem na
Heartbreaker który zmienił swoją aparycję. Kolor pomarańczowy zastąpił
czerwony, a jego kości wyszły na zewnątrz, wrzucając skórę za nimi. Pojedyncze
,,włoski’’ z jego głowy zamieniły się w długą i gęstą grzywę. Dziury na kształt
nosa i oczu zniknęły, a zamiast serduszek miał blizny, takie jak po głębokich
ranach zadanych nożem. Moje ręce zaczęły drżeć. ,,Co się z nim stało?’’ – tym
razem odpowiedzi nie znałem. Co zamierzałem z tym zrobić? Patrzyłem na nową
wersję mojej stójki z przerażeniem. Jeśli wyglądała tak strasznie, to jak mogła
wyglądać w swojej pełnej okazałości? Nie chciałem sprawdzać.
Usłyszałem
za sobą dźwięk otwierających się drzwi. Szybko odwołałem Heartbreaker, nie
chciałem żeby ktoś go teraz zobaczył. Musiałem sam w ciszy i spokoju
rozpracować co się z nim stało i dlaczego. Odwróciłem się i zobaczyłem jak
wiatr kołysze na boki różowy garnitur.
- Hej, przyszedłem sprawdzić co u ciebie bo już długo
siedzisz na tym dachu. – Zagadał pierwszy. Gdyby nie to, że rozmawiał tylko z
Addą i Jacubem to bym uwierzył w jego troskę.
- Oszczędźmy sobie tej fałszywej troski, proszę cię. Kto cię
poprosił o sprawdzenie co tam u mnie? Niech zgadnę, Adda? – Miałem do wyboru
dwie osoby, jednak Jacub raczej zajmował się teraz sobą.
- Ta. Skoro już wiem, że wszystko okej to będę spadać.
- Czekaj! Ja naprawdę chcę pogadać. – Wykrzyknąłem w jego
stronę kiedy zdążył odwrócić się do mnie plecami. Ucieszyłem się widząc, że
zawraca. Usiadł koło mnie, spuszczając nogi z krawędzi dachu. W głębi śmieszyło
mnie to jak ciągle poprawiał włosy, które tarmosił mu wiatr.
- Dlaczego wróciłeś? – Zapytałem. Od czegoś trzeba było
zacząć, nawet jeśli znałem powód.
- Myślę, że bardzo dobrze wiesz czemu wróciłem. O czym
chciałeś gadać? – Prosto z mostu, co? Czas na tę część rozmowy która może pójść
w kilka odrębnych stron.
- Czemu nie angażujesz się w rozmowę z innymi oprócz Addy i
Jacuba?
- Bo tylko oni patrzą na mnie inaczej.
- Inaczej czyli jak? – Byłem dociekliwy. Miałem okazję
spróbować wymusić na nim zmianę. Musiałem ją wykorzystać.
- Jako jedyni nie widzą we mnie samego źródła korzyści.
- A więc sądzisz, że ja tak cię postrzegam? – Zapytałem go.
Spojrzałem na jego twarz, zdając sobie sprawę, że miał problem z odpowiedzią.
- Tak postrzega mnie Juliia, więc pewnie ty też. To ona
wychowywała cię, żebyś był drugą nią.
- NIE JESTEM NIKIM OPRÓCZ SIEBIE, ROZUMIESZ? – Uniosłem się.
Złamałem. – Kurwa mać, dlaczego każdy mówi mi kim jestem a kim nie, nie mając
cholernego pojęcia? Juliia jest Juliią, ja jestem sobą, Maciei. Nie widzisz
tego, ale różnimy się. Różnimy się. – Nie odpowiedział nic. Odwrócił się do
mnie plecami i poszedł w stronę schodów w dół. Nie chciałem żeby odchodził. –
Jestem słabszy niż ona. – Rzuciłem na głos w jego stronę, a głowa Zawadzieuo na
chwilę zwróciła się w moją stronę. Spojrzał w moje oczy, a mimika jego twarzy
mówiła wszystko. Uśmiechał się. Drwił ze mnie? Czy może cieszył się, że tak
bardzo się mu przeciwstawiłem? Nie potrafiłem tego zrozumieć. Minęła chwila, a
prezesa nie było już na dachu. Zacząłem się zastanawiać. Mogłem zaprzeczać ile
chciałem, ale jaka była prawda? Nie chciałem być drugą Juliią. Chciałem być
sobą.
Po
krótkim czasie drzwi prowadzące na dach znowu się otworzyły. Tym razem moim
oczom ukazał się mężczyzna w koszulce z siatki po ziemniakach (nie warto
pytać). Rafau nie odezwał się słowem aż do momentu w którym usiadł koło mnie na
krawędzi.
- Hej, wszystko okej? – Zdziwiłem się. Nie był osobą, która
zadawała takie pytania na porządku dziennym. Zazwyczaj pokazywał wszystkim
swoją stronę, która nie przejmuje się nikim ani niczym. Odkąd go poznałem
jednak, zaczął się zmieniać. Byłem prawdopodobnie jedyną osobą, której
faktycznie mówił szczerze co myślał. Cieszyło mnie to. ,,To kolejny czynnik
różniący mnie od Julii’’ – dodałem w myślach.
- Nie jest okej. – Rzuciłem na szybko. Widziałem, że zaczął
mi się dokładniej przyglądać. – Mam pytanie, bardzo ważne pytanie. Czemu mnie
polubiłeś?
- A kto powiedział, że cię lubię? – Naprawdę miałem nadzieję
na poważną rozmowę.
- Pytam poważnie, to dla mnie ważne Raff.
- Zaciekawiłeś mnie. Byłeś taki otwarty w stosunku do
obcych, że aż obrzydzający. – Nie mogłem sobie nie pozwolić na uśmiech. –
Mówiłeś dużo, nawet o totalnych pierdołach. Potem zrozumiałem, że wcale tak
bardzo się nie różnimy. Mamy niektóre poglądy podobne, orientujemy się w tych
samych tematach. Z czasem po prostu się przyzwyczaiłem. – Poczułem ulgę. Można
powiedzieć, że takiej odpowiedzi oczekiwałem. Mimo wszystko, nie rozwiało to
wszystkich moich wewnętrznych rozterek, ale chciałem przestać o nich myśleć.
Przynajmniej teraz.
- Dziękuję, naprawdę, dziękuję. – Odpowiedziałem niskim
tonem z powagą w głosie. Nie chciałem go przestraszyć, czekałem aż rzuci jakimś
komentarzem w swoim stylu ale takowy nigdy nie nadszedł. Nagle momentalnie
drzwi praktycznie wyrwane zostały z zawiasów, a ze schodów weszła Juliia. Była
cała we krwi, nawet nie trudziła się umyć po wejściu do kryjówki.
- Hej Kaka, słyszałam że już ci lepiej! – Czuć było, że była
radosna, jednak nie do końca. Coś z tyłu głowy mówiło mi, że jakaś sprawa ją
gnębi. Podobnie jak Rafau, nie lubiła się wyżalać na tematy swoich problemów, a
ja nie zamierzałem na nią naciskać. ,,Jest silna, poradzi sobie sama’’ –
pomyślałem. – Ogólnie to zapraszam was obu do pokoju obrad. Musimy ustalić
pewne fakty i ogólnie pogadać o naszej przyszłości w tym mieście. – Związałem
włosy limonkową gumką a następnie wstałem z ziemi. Rafau wstał zaraz po mnie, a
następnie razem udaliśmy się w stronę drzwi. Schodziliśmy po schodach w dół,
kiedy postanowiłem zwrócić uwagę na pewną rzecz.
- Nie mogłeś się Julkka chociaż wierzchnio obmyć z tej krwi?
Byłoby to, nie wiem, o wiele schludniejsze? – Eh, po co to w ogóle wspomniałem.
- Nie czuję się ani trochę brudna, jeżeli mnie pytasz. –
Uśmiechnęła się, a następnie zaczęła śmiać. Parsknąłem i pokręciłem głową, tak
samo Codac. Pokój do obrad znajdował się na drugim piętrze, był całkiem
charakterystyczny, najwięcej roślin w posiadłości było właśnie tam. Juliia i
Jacub nieraz opowiadali mi historię o walce z Kero Kero Bonito której niestety
nie mogłem być świadkiem. Kiedy wróciłem myślami do tamtych czasów, zacząłem
się zastanawiać. Co się dzieje z Pestym? Od dawna nie rozmawialiśmy, byłem
ciekawy. Może wypadałoby do niego zadzwonić? Nigdy jednak nie darzył mnie jakąś
szczególną sympatią, tak jak Jacuba czy Julii. Wolałem się nie wychylać, może
kiedyś uda nam się spotkać.
Po
pięciu minutach doszliśmy na miejsce. Otworzyłem ogromne wrota prowadzące do
pokoju, gdzie zastałem znajome twarze. Przy stole siedziała Adda, Jacub, Maciei
i Borbo. Czekaj czekaj, jakim cudem tam był Bolko?! Zanim zdążyłem o to
otwarcie zapytać, Juliia schyliła się i powiedziała mi na ucho:
- Osoba którą zabiłam nie była Borbo. To był zwykły
podszywacz, a ,,oryginał’’ leżał związany w wannie, w łazience na pierwszym
piętrze. – Aha. Kurwa mać, moje życie robiło się coraz dziwniejsze z każdym
kolejnym dniem, przysięgam. Jakby nigdy nic podszedłem do Addy, której nie
widziałem od dłuższego czasu. Nie miałem nawet chwili żeby coś powiedzieć,
ponieważ kobieta przytuliła mnie prawdopodobnie najmocniej jak potrafiła.
Przysięgam, że nie mogłem oddychać, kiedy jej ogromne piersi przygwoździły moje
płuca.
- Tęskniłam, Kaka. – Jej głos był taki przyjemny. Brakowało
mi ostatnio takich odczuć. Kiedy wszystko się pierdoli, zaczynamy doceniać
ludzi wokoło siebie. Zaczynamy dziękować za to, że nam ich nie odebrano.
- Ja też.. – Odpowiedziałem, a uśmiech na mojej twarzy
pojawił się automatycznie. Minęło kilka sekund po których kobieta uwolniła mnie
ze swoich szponów. Zrobiłem kilka kroków, a następnie usiadłem obok Rafaua.
Byliśmy już wszyscy, a więc to czas aby zacząć spotkanie.
Juliia
nie zamierzała się patyczkować. Wzięła krótki rozbieg, a następnie wskoczyła na
stół, prawie go przewracając. Dopiero teraz mogłem dobrze przyjrzeć się jej
butom, które były całkiem niecodzienne. Połączenie crocsów i glanów ciekawie
wyglądało, to trzeba przyznać. Inną sprawą było to, że krew pokrywała je
praktycznie w całości, ale taka już była Musiau.
- Zacznijmy od tego, że muszę powyjaśniać wam wszystkim
kilka spraw. To może być za dużo jak na jeden dzień, ale proszę wysłuchajcie i
zadawajcie pytania dopiero wtedy, kiedy skończę. – Nikt jej nie przerywał, jej
głos cały czas trzymał się jednego tonu. – Kaka i Jacub już to wiedzą, ale
resztę muszę uświadomić. Ludzie z którymi dzisiaj walczyliśmy to Zakon Syjonu.
Mogliście o nich słyszeć lub nie, tak czy inaczej po krótce wyjaśnię – w wielu
teoriach jest to grupa chroniąca dziecko Jezusa, naprawdę jednak chronią czegoś
znacznie potężniejszego. – Tylko nie to, nie chciałem tego słyszeć. – Dziecko
samego Boga. Tym dzieckiem jest Kaka, który bardzo dobrze o tym wie. Dodatkowo,
ja i Jacub również nimi jesteśmy, jednak różnimy się od Katwara tym, że on jest
czymś, co nazywają ,,dzieckiem czystej krwi’’. Takich dzieci najprawdopodobniej
jest dwoje, jednak nigdy nie znaleziono tego drugiego, plotki mówią że żyje
gdzieś na tym świecie. Teraz ta druga sprawa, łatwiejsza do przyswojenia. Zakon
zaczął współpracować z Dangozjebami i o ile motywy tych drugich są mi znane,
tak nie mam pojęcia dlaczego Syjon znowu nas śledzi. Mówiąc szczerze, jeśli
miałabym obstawiać to potrzebują ,,dziecka czystej krwi’’ do czegoś, co próbują
przed nami ukryć. Dowiemy się co to. Wyruszamy za dwa dni do dzielnicy Yamadżuma
i odwiedzimy mojego starego kumpla – Garola Kawronskiego. – Zeszła ze stołu,
tym samym oznajmiając że spotkanie się skończyło. Żałuję, że nie powiedziałem
im wcześniej, ale ta pierwsza rzecz była oczywistą. Wszyscy to praktycznie
wiedzieli.
- Juliia, musimy ci coś powiedzieć. – Zaczęła Adda. – My
wszyscy praktycznie w tym pomieszczeniu jesteśmy dziećmi Boga. Ja, Adda i
Maciei doskonale o tym wiedzieliśmy, nam też to w jakiś sposób udowodnił. –
Skończył za nią Rafau. To właśnie zamierzałem jej powiedzieć, ale czekałem na
odpowiednią chwilę. ,,Takowa chyba nadeszła, co?’’ – pomyślałem.
- Oh. W takim razie to nie było dla was ani trochę ciężkie
do przyjęcia, co? – Zapytała retorycznie.
- D-dla mnie było. – Odpowiedział Borbo. Zapomniałem o nim.
On jako jedyny był normalnym człowiekiem, jednak używającym stójki. Podszedł do
niego Jacub, na jego twarzy gościł uśmiech od ucha do ucha. Trzymał ręce pod
swoją złotą płachtą, jednak po chwili je wyjął i postawił przed twarzą Borbo
dwie butelki jakiegoś trunku. Zanim zdążyłem przeczytać co to było, wszystkich
nas poinformował Jusiau.
- Czysty spirytusik. Kochani musimy się napić i ochłonąć po
tym wszystkim. Najlepiej zapomina się nieprzyjemne rzeczy przy dobrej zabawie z
kolegami i alkoholem. – Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Jacub uwielbiał
pić, było to wręcz jego hobby. Spojrzałem na Rafau’a, który stronił od alkoholu
na każdym kroku.
- Ja odpadam, chcę się wyspać. – Dodał od siebie Codac,
wstając od stołu. Jacub podszedł do niego i ponownie usadowił na krześle,
wyciągając z kieszeni płaszcza kieliszek. Postawił go na stole przed nim, a
następnie odkręcił zawleczkę i polał. – Chyba cię pojebało, Jusiau.
- Chlej, nie pierdol. – Odpowiedział, niemalże wpychając mu
kieliszek do buzi. Uwielbiałem Rafau’a, ale musiałem przyznać, że czasami jego
abstynencja potrafiła również zdenerwować mnie. Niespodziewanie do naszych uszu
dotarł dźwięk czyjegoś dzwonka. Spojrzeliśmy w stronę Zawadzieuo, który grzebał
po kieszeniach. Po chwili wyciągnął telefon i przeprosił nas, mówiąc że musi to
odebrać i wyszedł z pokoju. W tym momencie moja głowa zaczęła niewiarygodnie
boleć. Mój cały świat zawirował, a wszystkie jego barwy uciekły. Czułem jak
oczy zachodzą mi krwią. Do tego to niewytłumaczalne uczucie ogromnego Deja Vu
nie dawało mi spokoju. Przestałem cokolwiek słyszeć, jakbym ogłuchł. Wstałem z
krzesła i zacząłem się rozglądać. Wszyscy zniknęli.
- H-hej, jest tu ktoś?! – Lecz nie przyszedł nikt. Spojrzałem
na swoje ręce. Czułem, jakby się paliły. Kiedy przyjrzałem się dokładnie,
schodziła z nich skóra. Moja lewa ręka przestała być pod moją kontrolą, powoli
przesuwając się w stronę prawej. W mojej głowie wiedziałem co chce zrobić,
jednak nie potrafiłem tego powstrzymać. Zbliżała się coraz bardziej, poddałem
się. Czekałem na to, co nieuniknione. Lewa dłoń złapała palcami wystający
kawałek skóry z prawej i zaczęła ciągnąć. Całe moje ciało przeszyło uczucie
zrywania spalonej skóry któremu towarzyszył ból. Ogromny płat zebrany z całej
ręki spadł na podłogę, odkrywając pulsującą, krwistą i drugą warstwę. Minęły
sekundy, a ból ustąpił. Spojrzałem na prawą rękę i ponownie się zdziwiłem. Była
w takim samym stanie jak lewa. Znowu czułem to uczucie palenia, tym razem całym
ciałem.
- Co się ze mną dzieje? – Zapytałem na głos, czekając na jakąkolwiek
odpowiedź. Usiadłem na podłodze i schowałem głowę w kolanach. Zamknąłem oczy,
mają nadzieję że to samo z siebie niedługo przejdzie. Nie mogłem wytrzymać.
Włożyłem rękę za kołnierz i zacząłem go rozrywać.
Poczułem
szturchnięcie. Podniosłem głowę i zobaczyłem stojących nade mną Szyderców. Nie
wiedziałem o co chodzi, jednak po chwili się zorientowałem. W dłoni trzymałem
złotą żyletkę, ubrudzoną krwią. Lekki ból zaskoczył mnie w prawej ręce, która
miała ciętą ranę przebiegającą po całej swej długości.
- Co ty odpierdalasz?! Skąd ty w ogóle masz tę żyletkę?! –
Juliia wydawała się być zdenerwowana, zresztą nie dziwię się jej. Chciałem być
w stanie odpowiedzieć na zadane mi pytania, naprawdę.
- N-nie mam pojęcia co się stało. – Odpowiedziałem zgodnie z
prawdą. Zanim zdążyłem cokolwiek dopowiedzieć, Codac podszedł do mnie i wyrwał
żyletkę z rąk. Skąd ja ją miałem? ,,Ostatnio naprawdę dzieją się coraz
dziwniejsze rzeczy’’ – potwierdziłem swoje słowa z wcześniej.
- Masz, opatrz się sam, skoro sam to sobie zrobiłeś. –
Stwierdził Zawadzieuo, który najwyraźniej skończył rozmowę, a następnie
podrzucił mi czysty bandaż z wodą utlenioną. Wziąłem butelkę z płynem i polałem
rękę po całej długości, a po chwili usłyszałem z niej soczysty dźwięk
pieczenia. Przez wiele lat zdążyłem się przyzwyczaić do tego uczucia, dlatego
nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Odstawiłem buteleczkę i wziąłem w
dłonie bandaż.
- Daj to, pomogę ci. – Rzuciła w moją stronę Adda, klękając
na jedno kolano.
- Dzięki. – Uśmiechnąłem się, dając jej do ręki bandaż.
Naprawdę nie potrzebowałem pomocy, ale nie zamierzałem odmawiać jeśli ktoś
proponował ją sam. Deredess odwzajemniła uśmiech i zabrała się do roboty,
zaczynając od łokcia. – Ostatnio dzieje się wiele dziwnych rzeczy, zauważyłaś?
- Powiem ci, że ciężko nie zauważyć. Może powinniśmy udać
się z tobą do specjalisty? To naprawdę mogło zagrażać swojemu życiu. –
Uświadomiła mnie. Teraz naprawdę byłem ciekawy co takiego robiłem i w jaki
sposób oni to widzieli.
- Na razie miejmy nadzieję, że to przypadkowy i jednorazowy
incydent. Naprawdę nie wiem co się ze mną stało, ale już jest dobrze. Nie martw
się. – Wymusiłem się na uśmiech, mimo że oboje wiedzieliśmy jak było naprawdę,
a odpowiedź ,,dobrze’’ była daleka od prawdy.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jakie to było dziwne. Spotkanie
się skończyło, a ty zniknąłeś. Znaleźliśmy się pod stołem z żyletką w ręce,
całego trzęsącego się. Kiedy wyciągnęliśmy cię z pod stołu, zacząłeś krzyczeć,
pytać czy ktoś to jest i co się z tobą dzieje. Zraniłeś się tą żyletką, a potem
chciałeś rozerwać swój strój zaczynając od kołnierza. Nie mogliśmy cię wybudzić
z tego stanu. – Im więcej słów wychodziło z jej ust tym bardziej dawała po
sobie znać, że naprawdę się tym przejęła.
- Spokojnie, już wszystko jest w porządku. Na chwilę
odpłynąłem, ostatnio mi się to zdarza, nie ma czym się przejmować. – Chciałem
ją uspokoić, nawet będąc przekonanym jak bardzo będzie to bezskuteczne.
- Obydwoje wiemy, że nie jest w porządku.
- Ale starajmy się w to uwierzyć, a życie stanie się o wiele
prostsze, co? – Puściłem jej oczko. Zmartwiony wyraz twarzy nie zniknął, ale na
to już nie mogłem nic poradzić. Zanim się zorientowałem, kobieta skończyła
bandażować mi rękę i pomogła wstać. Zostaliśmy sami w pokoju do obrad, wszyscy
pozostali przenieśli się na dół, prawdopodobnie chcąc sobie wypić. Patrząc na
to, co mnie spotyka, sam miałem taką ochotę.
- Ja idę do nich na dół. Naprawdę mam ochotę się dziś
wyluzować, wiesz? – Stwierdziłem, że najpewniej też będzie chciała. Od czasu do
czasu wszyscy chcieliśmy się razem ze sobą napić, naturalna kolej rzeczy.
Wyszedłem z pomieszczenia pierwszy, zostawiając Addę za sobą. Jeśli miałbym
zgadywać gdzie mogliby chlać to prawdopodobnie byłoby to pierwsze piętro, bo
było tam najwięcej miejsca i ogólnych rzeczy do rozrywki. Zszedłem schodami w
dół, a już po chwili byłem na miejscu. Otwierając drzwi do salonu, krzyknąłem:
- Mi też polejcie! Addzie w sumie też możecie, bo zaraz
tutaj będzie!
Wysiedliśmy
z auta, które ukradliśmy. W końcu napotykaliśmy zakręt, których pokonał naszą
dwójkę. Wszystko bolało mnie jak chuj, kiedy wyczołgiwaliśmy się z wywróconego
samochodu. Nie wiem czy nazywanie tego ,,wysiadaniem’’ było adekwatne.
Wspaniała noc dopiero się zaczynała, a my byliśmy już zajebani w trzy dupy.
Przeczołgałem się w stronę Jacuba, który leżał na plecach i patrzył w
gwieździste niebo.
- Ulecz mie, ULECZ MIE PROSZE – Zwróciłem się do niego,
oczekując że wyciągnie słoik ze łzami i mnie naprawi.
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA – Nie tego się
spodziewałem. Jacub po prostu krzyczał, jego twarz była pusta. ,,Nie to nie,
wezmę sobie sam’’ – stwierdziłem, wyciągając słoik zza pasa. Podniosłem jego
rękę i dotknąłem nią cieczy, a następnie sam siebie oblałem. W mgnieniu oka
poczułem się zdecydowanie lepiej, a ból spowodowany wypadkiem powoli przemijał.
Jusiau nadal krzyczał, ale przestał w momencie kiedy go spoliczkowałem.
- Idziemy! – Powiedziałem do niego, pomagając mu podnieść
się z ziemi. Miałem ogromną nadzieję, że będzie w stanie iść sam. Po chwili
przekonałem się, że Jacub jest o wiele silniejszy niż myślałem i faktycznie nie
potrzebowałem mojej pomocy w chodzeniu. Mieliśmy szczęście, że rozbiliśmy się
blisko Lildla bo tam właśnie był cel naszej wyprawy. Przeszliśmy kilkanaście
metrów i znaleźliśmy się na ogromnym, pustym parkingu. Gdziekolwiek się nie
spojrzałem, nie potrafiłem zobaczyć pojedynczego auta czy nawet człowieka. Byliśmy
zbyt pijani by zwracać uwagę na takie rzeczy jak kamery, więc po prostu
podeszliśmy do stojących nieopodal wejścia do marketu wózków. Zamierzaliśmy je
ukraść do wyścigu. Na początku resztka moich ostatnich komórek mózgowych
stwierdziła, że musimy mieć jakiś transport powrotny. Poszedłem na tyły
budynku, chcąc sprawdzić czy są tam jakieś ciężarówki przywożące towar. Na
nasze szczęście, były. Teraz dopiero mogliśmy przejść do działania. Wyciągnąłem
z kieszeni kombinezonu portfel, a z niego monetę jeden euro. Spojrzałem na
Jacuba, który zrobił to samo co ja, a następnie podszedłem z powrotem do
wózków. Włożyliśmy monety do dyspenserów i zaczęliśmy powoli odjeżdżać w głąb
parkingu, kiedy usłyszeliśmy za sobą czyjś krzyk.
- Stać! Zatrzymajcie się i puśćcie te wózki! – Odwróciłem
głowę by spojrzeć na osobę, która okazała się być ochroniarzem marketu.
Zrobiłem coś, czego żałować będę do końca życia. Nawet wymówka, że byłem pijany
mnie nie ratuje. Przywołałem Heartbreaker, który nie był już tym standem który
znałem. Był bardzo podobny do miniaturowej wersji, kolor pomarańczowy zastąpił
czerwony, a jego kości wyszły na zewnątrz, wrzucając skórę za nimi. Pojedyncze
,,włoski’’ z jego głowy zamieniły się w długą i gęstą grzywę. Dziury na kształt
nosa i oczu zniknęły, a zamiast serduszek miał blizny, takie jak po głębokich
ranach zadanych nożem, tak jak mówiłem wcześniej. Jedyną różnicą, która mnie
przeraziła było to, że cały pulsował. Wykonywał ruchy, jakoby przez jego ciało
płynęła krew. Nie miałem pojęcia nawet dlaczego go przywołałem, bo nie miał
żadnej siły przeciwko osobom, które nie odczuwały wobec mnie empatii, ale coś
mnie podkusiło. Powoli podszedłem do ochroniarza, który teraz w rękach trzymał
paralizator. Kiedy byłem dostatecznie blisko, Heartbreaker zamachnął się i
zadał mu cios, który położył go na ziemi. Zacząłem mu się przyglądać, kiedy
ochroniarz zaczął krzyczeć. Cały jego głos przesiąknięty był agonią, załamywał
się, mężczyzna nie mógł wziąć oddechu, krztusił się. Zacząłem panikować, a moje
ręce trząść. Byłem świadkiem obrzydliwego procesu, jakim było wyparcie na przód
mięśni. Całe jego ciało opuściła skóra, która zawinęła się do środka,
zostawiając jego mięśnie z przodu. Klatka piersiowa mężczyzny teraz widocznie
pokazywała bicie jego serca, kiedy ten zaczynał powoli się wykrwawiać. Poczułem
jak ktoś łapie mnie za ramię, jednak nie chciałem tego czuć. Chciałem tylko
pomóc temu mężczyźnie. Był niewinny, nie zasługiwał na taki los. Zastanawiałem
się co mogło pójść źle, nie dopuszczając do siebie myśli że to moja wina.
Czułem jak ktoś mną trzęsie, ale nie obchodziło mnie to. Nie mogłem oderwać
wzroku od tego cierpiącego człowieka. Byłem zapatrzony jak w obrazek, mimo że
pragnąłem przestać. Minęło kilka sekund po których poczułem ciepło na policzku
oraz szczypanie. Jusiau spoliczkował mnie, a następnie okrzyczał:
- Bierz wózek i spadamy stąd! – W końcu wypadłem z transu.
Oddaliłem się i z powrotem udałem do wózka, przyjeżdżając z nim i ładując na
pakę wcześniej upatrzonej ciężarówki. Wsiedliśmy za kierownicę i pojechaliśmy
do domu, nie rozmawiając o tym co miało miejsce.
- Dobra
panowie, założenie jest takie, że dwóch z nas wpierdala się do wózków, a
pozostałych dwóch te wózki prowadzi. Możemy sobie przeszkadzać itd. Etc. Jebać.
Zjeżdżamy z trzeciego piętra posiadłości na samiutki dół, jeśli nie pozabijamy się
na schodach. Zostaliśmy praktycznie jedynymi żyjącymi ludźmi w tym domu, trzeba
to zmienić! – Miałem rację, bo Borbo spał pijany w swojej wannie, a Juliia po
wyzerowaniu całej jednej butelki spirytusu samemu i popiciu czystą whisky
funkcjonowała teraz jako nasza nowa meta. – Na końcu musimy przyjebać w Juliię
która jest naszą metą, nie martwcie się, ona i tak jest już w stanie hibernacji
więc nic nie poczuje. Zaczniemy na znak. – Wypowiedziałem te słowa, po czym
wsiadłem do jednego z wózków, na którym przykleiliśmy tabliczkę z napisem ,,Sigrún’’.
Za wózkiem stanął Rafau, który miał mnie pchać w tym wyścigu. Jeśli chodzi
natomiast o drugą parę, składała się z Macieia który pchał Jacuba. Byliśmy
gotowi.
- Wszyscy gotowi?! No to zaczynamy! Trzy! Dwa! Jeden! – I
zamiast powiedzieć zero, Adda puściła takiego ogromnego i głośnego bełta, że
służył nam praktycznie jako pistolet sygnałowy. Tak więc zaczął się porywający
wyścig na śmierć i życie.
Na
prowadzenie wysunęliśmy się my z Rafauem, który biegł tak pokracznie, że
Deredess nie mogła przestać się śmiać. Maciei i jego koń zanim zdążyli
spostrzec, że są skuci kajdankami Closing Time’a, zdążyli się wyjebać tuż na
starcie. Kiedy się podnosili, Zawadzieuo zamienił prosty mechanizm w tukana, a
następnie pobiegł za nami. Spojrzałem na wózek, który miał na sobie tabliczkę z
napisem ,,Fast Cripple’’ nadrabia dystans między nami, a ptak wcześniej
stworzony leci wprost na mój ryj. Nie zdołałem nic zrobić, kiedy ten siadł na
mojej głowie i zaczął pukać mi w łepetynę.
- Ała, kurwa mać! – Złapałem ptaka ostatecznie w jedną dłoń
i rzuciłem pod koła wózka przeciwników, którzy potknęli się na nim, wpadając w
nas. Wywróciliśmy się w bardzo wąskim korytarzu, trochę zajęło nam pozbieranie
się. Kiedy ostatecznie wróciliśmy do wyścigu, nie minęły sekundy kiedy się
zrównaliśmy. Widziałem iskry, kiedy nasze wózki się ze sobą ścierały. Powoli
dojeżdżaliśmy do schodów, kiedy dostałem kamieniem w oko.
- YEEEEET! – Krzyczał Maciei, rzucając w nas kamykami które
potem zamieniał we wróbelki, które dziobały mnie po mordzie, a Rafaua po
plecach. Codac nie pozostawał jednak dłużny, ciągle tworząc na ich drodze
żelazne dziewice i trebusze, które musieli skutecznie omijać. Zajęliśmy się
walką między sobą, kiedy prawdziwym przeciwnikiem okazała się być matematyka.
Żaden z nas nie umiał dobrze określić odległości dzielącej nas i schody, a
następnie niczym odtwarzając słynny drift na lidlowskim parkingu w zimę,
spadliśmy z nich, z ogromną prędkością. Otumanieni alkoholem, prawdę mówiąc,
nie czuliśmy praktycznie bólu i szybko zebraliśmy się na nogi. Następnym
pomieszczeniem na naszej trasie była kuchnia na drugim piętrze, a kiedy się tam
dostaliśmy zacząłem myśleć nad tym czy dobrze postąpiliśmy z Bolko. On jako
jedyny nie wiedział o tym całym gównie z dziećmi Boga, więc to nie dziwota że
zachlał się w trzy dupy, nie powinniśmy byli wsadzać mu ust do odkurzacza.. Ze
stanu zamyślenia wyrwał mnie lecący w moją stronę nóż. Odwróciłem głowę, żeby
tylko zobaczyć krzyczącego w moją stronę Jacuba:
- KARASIE JEDZĄ GÓWNO! – Nie miało to kompletnie sensu. Po
chwili Rafau zaczął biec szybciej niż zwykle, tym samym wyprzedziliśmy Fast
Cripple. Kiedy przejechaliśmy przez jadalnię drugiego piętra bez większych
obrażeń, teraz musieliśmy dostać się do jadalni pierwszego piętra. Oczywiście,
wypierdoliliśmy się na schodach albo mówiąc ładniej, gryźliśmy piach na
schodach. Nie spodziewałem się tego, co wybiegło przed nami. Jacub i Maciei
ujeżdżali teraz razem strusia, który prawdopodobnie wcześniej był wózkiem.
Musieliśmy nadrobić, a po chwili znowu stanęliśmy łeb w łeb. Dwa ,,konie’’
ruszyły pełną prędkością przez jadalnię. Rywalizacja nie ustawała, co chwilę
przeszkadzaliśmy sobie wszystkim, nawet standami. Bałem się użyć swojego. Nie
chciałem go nikomu pokazywać, wystarczyło że Jusiau go widział. Miałem tylko
nadzieję, że nie uwierzy w to co zobaczył.
Byliśmy
już w jadalni, a Zawadzieuo zamienił jeden ze stołów w strusia. Kiedy ten
wbiegł między nas, okazało się że na nim zasiadała Adda.
- A ona tu skąd?! – Zapytał na głos Rafau, jednak nikt mu
nie odpowiedział. Struś którego dosiadała kobieta dorównywał prędkością nam
obydwu, tym samym stając się poniekąd trzecim zawodnikiem wyścigu. Nagle ptak
podskoczył, a Zawadzieuo z zamysłem przeszkodzenia nam tym, zamienił go z
powrotem w stół. Kiedy spadał, zahaczył nóżkami o obydwa nasze wózki, tym samym
poniekąd stając się mostem je łączącym na którym leżała śpiąca Deredess. Nikt z
nas nie chciał zbędnego obciążenia, więc ja i Jacub przesuwaliśmy kobietę z
jednej strony na drugą.
- Ej, dawaj ją na środek! – Zaproponował Jusiau, a ja się na
to zgodziłem. Przesunęliśmy ją w ramach rozejmu na środek, a następnie
wyjebaliśmy się po raz ostatni na schodach. Na półpiętrze pozbyliśmy się Addy i
stołu, tym samym znowu stając się wolnymi jeźdźcami. Znajdowaliśmy się na
pierwszym piętrze, została ostatnia prosta do mety zwanej Musiau. Ustawieni łeb
w łeb, Jacub wyciągnął z kieszeni marynarki coś co wyglądało na rewolwer.
Rozszerzyłem oczy. Co on chciał zrobić?
- Kto umrze teraz przegrywa wyścig, Kaka! – Powiedział do
mnie, kręcąc cylindrem trzy razy. Pod wpływem alkoholu, przyjąłem wyzywanie.
Wziąłem od niego rewolwer i przystawiłem do skroni. Zacząłem się wahać, ale
poczułem na sobie ciężar spojrzenia Jacuba. Nacisnąłem spust.
- Puściutko! Trzy to moja ulubiona liczba. – Oznajmiłem,
kręcąc cylindrem dwa razy. Oddałem broń Jusia’owi, ale nie zdążył pociągnąć za
spust. Uderzyliśmy w Juliię. Obydwa ,,konie’’ skończyły na ziemi, kończąc
wyścig remisem. Rewolwer wylądował w zasięgu mojego wzroku.
Jak
najszybciej mogłem, przeczołgałem się i podniosłem broń. Moje dłonie się
trzęsły, ale wstrzymałem oddech i skupiłem się. Nie powiedziałem ani jednego
słowa, a następnie strzeliłem. Czyjś krzyk zaczął wypełniać parter. Spojrzałem
na Jacuba, któremu przez przypadek drasnąłem policzek.
- Jesteśmy atakowani! – Jusiau odwrócił się i zobaczył
mężczyznę z dziurą postrzałową w dłoni. Podszedłem do Jacuba i pomogłem mu
wstać, biorąc pod ramię. Nie miałem zupełnie pomysłu co zrobić i gdzie iść.
Moje nogi samoczynnie postanowiły udać się na schody, jednak po drodze do
mojego nosa doszedł dziwny zapach. ,,Gaz usypiający’’ – pomyślałem, powoli
opadając z sił. Resztę mojej świadomości przeznaczyłem na losowe strzelanie w
stronę z której słyszałem głosy. ,,Czemu akurat teraz musieliśmy zostać
zaatakowani?’’ – zadałem pytanie retoryczne. Byłem głupi, wszyscy byliśmy.
Dlaczego nie mogliśmy być odrobinę bardziej odpowiedzialni? Nie miałem pojęcia.
Powoli zamykałem oczy, kiedy ostatnią wiadomością którą usłyszałem było:
- Witajcie w Zamku ze Szkła.
ARC I : CAN’T BE FRAGILE – END
Komentarze
Prześlij komentarz