Rozdział 10: Legion (Deddy Hiroshima)


13 Listopad

            - Wygrałem. – Oznajmiłem wszystkim przy stole, zgarniając ogromną pulę. – Uwielbiam z wami grać. Dodatkowe pieniądze zawsze się przydają, choćby do ogrywania was w kółko. Muaa~~ - Posłałem wszystkim pozostałym graczom całusa. Można było powiedzieć, że miałem szczęście albo byłem ulubieńcem Boga tak czy siak ani jedno, ani drugie mi zupełnie nie przeszkadzało. Potrzebowałem czegoś takiego w życiu jak hazard. Był idealną rzeczą dla balansu w moim życiu. Bez przyjemności nie byłbym w stanie zajmować się tak dobrze Julianem jak robię to teraz, jak mam nadzieję że to robię. Bycie burmistrzem dzielnicy Beroon miało swoje plusy i minusy, jednak największą zaletą było to, że Julian miał całodobową opiekę, kiedy ja zajmowałem się innymi sprawami. Mimo wszystko, to nie był złoty środek. Martwiłem się. Za każdym razem kiedy musiałem go zostawić w moim Vegas, czułem strach. Nie był w stanie stawiać oporu. Chciałem przypomnieć sobie czasy w których faktycznie mógł żyć normalnie. Wszystkie takie wspomnienia uciekły z mojej głowy. Posmutniałem na myśl, że jedynie pamiętam go jako śpiącego i przygwożdżonego do łóżka. Nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek się zbudzi.
                Wstałem od stołu i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Mój dom był połączeniem kasyna z bardziej prywatną częścią, do której wjeżdżało się windą. Zarządzanie jedyną dzielnicą, która specjalizuje się w hazardzie i kasynach zdecydowanie mi odpowiadało. Nie lubiłem stereotypowego przedstawienia takich budynków. Wszędzie kolor czerwony, chuj wie jakie światła i kobiety chodzące z gołymi dupami. Moje kasyno takie nie było. Może to trochę głupie, ale kiedy je projektowałem patrzyłem tylko na to, żeby barwy odpowiadały moim ubraniom. Ostatecznie wszędzie pojawiło się połączenie koloru białego z niebieskim, tym samym wytwarzając nieznaną mi wcześniej aurę chłodu. Mimo wszystko, specyficznym typom ludzi się tu podobało. Zbierałem samą elitę, grającą dla smaczku i ryzyka, nie z uzależnienia, dlatego nieważne ile razy wygrywałem i w jakiej grze, zawsze zgarniałem dużą pulę. Taki urok grania ze mną. Starzy wyjadacze boją się siadać obok mnie, jednak ci najnowsi ludzie biznesu chętnie biorą się do gry, błędnie oceniając mnie po moich ubraniach. Na co dzień chodzę w niebieskiej bluzie z futerkiem, w białym czepku, krótkich, czarnych spodenkach i różowych kapciach, więc w sumie im się nie dziwię. Uwielbiam mimiki ich twarzy kiedy ogrywam ich raz za razem, obdzierając ze wszystkich przywleczonych do Vegas pieniędzy. Tak właśnie nazywałem swój dom, moje własne Vegas.
                Przeszedłem kilka metrów w stronę windy, po drodze zabierając z tacek roznoszonych przez pracowniczki kilka drinków. Wszystkie wypiłem jednym haustem. Kliknąłem przycisk, a po kilku minutach wrota windy się przede mną otworzyły. Było wcześnie, a ja byłem zmęczony. Zdarzało się to rzadko, ale jednak zdarzało. Miałem nadzieję, że Dylan da sobie radę. To nie tak, że w niego nie wierzyłem, ale Pesty był specyficzny. Jeden dotyk i po Antesie. Dodatkowo, London mógł mieć jakichś sojuszników o których nie miałem pojęcia. Wiedziałem dużo, ale nie wszystko. Zależało mi na Dylanie, tak samo jak zależy mi na wszystkich przyjaciołach którzy dzielą ze mną mieszkanie u góry w Vegas. Była nas piątka, wliczając mnie i Juliana. Oprócz Dylana, był z nami jeszcze Jason Pawulo Drugi i Melon Tusk. Wszyscy byliśmy kolegami ze studiów, których swoją drogą nie ukończyliśmy. Wyjebali nas za podłożenie i odpalenie petard pod trzema różnymi autami wykładowców. Studiowaliśmy prawo, swoją drogą. ,,Może to lepiej, że nie ukończyliśmy tego kierunku. ‘’ – Stwierdziłem. Kiedy wykopali nas ze studiów, pod swoje skrzydła przyjął nas mój ojciec. On był wtedy burmistrzem Beroon, ja tylko przejąłem pałeczkę. Kiedy zmarł, naprawdę ledwo to przeżyłem. Kochałem swojego ojca najbardziej na świecie. Był wyrozumiały, wyluzowany, troskliwy, w moich oczach – najlepszy. Został zamordowany z zimną krwią, a sprawcy nigdy nie znaleziono. Poprzysiągłem sobie go szukać i od tamtego czasu mam przeczucie z tyłu głowy, że jestem coraz bliżej. Jak to się mówi, nieszczęścia chodzą parami, tak też było w tym przypadku. Nie pamiętam jakim cudem i w jakich okolicznościach, ale w tamtym okresie Julian stracił panowanie nad swoim ciałem. Przestał się ruszać, porozumiewać, żyć swoim życiem. Został warzywem za którego postanowiłem przejął pełną odpowiedzialność. Chłopaki mi pomagają, ale nie czują się w jednej dziesiątej tak za niego odpowiedzialni, jak ja. Nie mogę jednak powiedzieć, że zupełnie nigdy nie byli przydatni. Kiedy byłem w swoim ogromnym dołku, kiedy siedziałem tylko przy szpitalnym łóżku Juliana, to oni mnie wyciągnęli. Wtedy utworzyliśmy pakt zwany Legionem. Każdej możliwej nocy wymykaliśmy się, żeby zaszaleć. Zakładaliśmy maski z podobiznami zwierząt i szliśmy do jakiejś ciemnej alejki. Czyściliśmy Beroon z biedoty, która nie powinna mieć u nas miejsca. Do teraz pamiętam naszą pierwszą robotę.
                - Ale z ciebie furras, ohyda. – Taki komentarz usłyszałem z ust Melona. Maska którą trzymałem w dłoniach miała podobiznę psa, a dokładniej samojeda. Osobiście uważałem ją za całkiem ładną.
- Jest całkiem urocza, tak swoją drogą. – Również pochwalił ją Dylan. Uwielbiał zwierzęta, ogólnie nie było rzeczy której nie lubił. Antes jest całkiem optymistycznym człowiekiem w przeciwieństwie do reszty, tak jak teraz o tym myślę. – Kurczę, a dla mnie też nie mogłeś jakiegoś pieska ogarnąć? Wolę je zdecydowanie bardziej niż delfiny.
- Nie płacz tylko zakładaj, cieszmy się że w ogóle coś mamy. – Odpowiedział mu szybko Jason Pawulo, sam zakładając maskę gołębia. Pomyślałem, że w sumie on nie może narzekać na zwierzę które dostał. Jason był mega religijną osobą, jednak wierzył również w to że jest wysłannikiem Boga, a osoby które zabija są grzesznikami wartymi śmierci. Jako śmierć sama w sobie, nie narzekałem. Nie miałem pojęcia czy piekło nie jest przez nas przepełnione, ale miałem to gdzieś. Bóg zesłał nas po to, żeby coś robić, a w moim przypadku zabijanie miało najwięcej sensu. Byłem ciekawy czy Pesty, Hungaar i Warhann wykonywali czynności związane z ich ,,zawodem’’. Pamiętam, jak dziwnie się czułem odkrywając że mam jakby w głowie radar na inne, nieznane mi osoby. Ostatecznie kiedy zaaranżowaliśmy spotkanie, przemówił do nas Bóg, uświadamiając kim jesteśmy. Opowiadanie o moich odczuciach w tamtej chwili to temat na inną rozmowę.
- Jedziemy na ulicę Czarną. Dostałem cynk od zaufanego koleżki, że w pewnym budynku znajduje się siedziba okolicznych żuli i ćpunów. Idealnie. – Melon poprawił swoją maskę żaby, wsiadając na motocykl i zachęcając mnie ręką do wejścia na niego.
- Nie jadę z tobą dopóki mi nie zakumkasz. – Oznajmiłem, zakładając na głowę kask. Uwielbiałem się z nim drażnić, każdy uwielbiał mu to robić.
- Nie zrobię tego ale w zamian mogę ci zajebać, musisz grzecznie poprosić. – Odpowiedział, przez szybkę jego kasku widziałem że lekko się podśmiechuje.
- Jak tak bardzo chcesz umrzeć to mogę ci od razu przebić opony i pojechać z Dylanem. – Odpowiedziałem, biorąc torbę z broniami do rąk. Podszedłem do motocykla Melona i zabezpieczyłem pakunek.
- Na litość boską, możemy już jechać? – Wyżalił się gotowy już od jakiegoś czasu Jason, czekający w swojej skórzanej kurtce i ciasnych jeansach. Ubrany w luźno powiewający sweterek Dylan siedział za nim, trzymając ich zapas broni na kolanach.
- Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno! – Skarcił go Dylan. Biorąc pod uwagę to co mówiłem wcześniej, wydawało się to całkiem zabawne.
- Dobra, jedziemy, nie płaczcie już cipeczki. – Odpowiedział Jasonowi Melon, ruszając z miejsca. Zanim zdążyłem się zorientować, jechaliśmy już z prędkością 140 km/h po pustej autostradzie. Uwielbiałem nocne widoki Beroon. Wszystkie te lampy w połączeniu z czernią nieba tworzyły niepodrabialny klimat, który mnie wewnętrznie uspokajał. Potrzebowałem czegoś takiego po wszystkim co miało wtedy miejsce.
- Hej, hej! Usnąłeś tam czy ki chuj? – Z przemyśleń wyrwał mnie głos Melona. Czego tym razem ode mnie chciał?
- Nie interesuj się, flejtuchu. – Odpowiedziałem dosyć agresywnie. Byłem ciekawy jak zareaguje, chciałem żeby mnie zaskoczył.
- Nie bo ty. Chciałem, nie wiem, zaśpiewać coś? Trochę tutaj nudno, wiem że zaraz będziemy na miejscu itd. etc. ale moglibyśmy ogarnąć jakąś fajną piosenkę. – Zaśmiałem się, ale pomysł nie był taki głupi. Tylko co by tu zaśpiewać?
- NAS NE DOGONYAT, NAS NE DOGONYAT – Zacząłem.
- O ja pierdole, to żeś wymyślił. – Usłyszałem, dalej śpiewając.
- NYEBO URONIT, NOCH’ NE LADONI – Głos Melona wszedł po moim. – NAS NE DOGONYAT, NAS NE DOGONYAT! – Kontynuowaliśmy razem. Zaraz po zaśpiewaniu refrenu, jebnęliśmy pierwszą zwrotkę. Miałem jakieś dziwne przeczucie, że Jason i Dylan będący za nami śpiewali w tym samym momencie drugą. Naprawdę, ta piosenka była pierwszą jaka przyszła mi do głowy. Pewnie wszystko przez to, że teraz gdybyśmy w cokolwiek zajebali to czekałaby nas śmierć na miejscu. Kurwa, a co jak ja umrę? Nad tym się nie zastanawiałem. ,,Trzeba będzie kiedyś sprawdzić’’ – pomyślałem. Minęło kilkanaście minut, a my byliśmy na miejscu. Pierwszym co nas powitało był niewyobrażalny smród, najprawdopodobniej wydobywający się z szamba. Na całej ulicy nie było chodnika, a nawet jezdnię pokrywał gruz z okolicznych, rozsypujących się budynków. Zsiadłem z motocykla i położyłem na ziemi torbę.
- Ale tu cuchnie! – Potwierdził wcześniej znany fakt Dylan. Również zsiadł z motocykla, kładąc równocześnie torbę na ziemi.
- Gdybyśmy nie mieli masek, odczulibyśmy to bardziej, nie płacz. – Skarcił go Melon. Rozsunąłem suwak naszej torby, a przed moimi oczami otworzył się mały arsenał. Mnóstwo broni białej i palnej wraz z paczkami amunicji leżało na sobie, ledwo co się mieszcząc.
- Osobiście polecałbym ci wziąć którąś z maczet, no chyba że kiedyś już strzelałeś i czujesz się pewnie z pistoletem w ręku. – Zamiast odpowiadać słownie, po prostu wziąłem do rąk ostrze. Chciałem sprawdzić w jakiś sposób jego stopień naostrzenia, ale w tamtym momencie nie miałem jeszcze jak. Wybrałem swoją broń i odsunąłem się na bok. Melon podszedł do torby i nie zastanawiając się za dużo nad wyborem, wziął w dłoń pistolet którego specyfiki i tak nie umiałem podać. Zabrał również dwie paczki amunicji, które schował w kieszeni swoich dresów i pomarańczowej bluzy.
- Mamy coś może do rzucania? – Zapytałem go, z powrotem przekopując torbę. 
- Nasz klient, nasz pan. – Odpowiedział, wyciągając z tej kieszeni swojej bluzy w której nie było paczki z amunicją, kilka gwiazdek i czegoś co wyglądem przypominało kunai.
- Dziękuję, do widzenia! – Pożegnałem się, udając w stronę chłopaków. Z tego co zauważyłem zdążyli już wybrać swój ekwipunek. Dylan trzymał w jednej dłoni nóż myśliwski, a w drugiej pistolet, różny jednak od tego który posiadał Melon. Jason Pawulo natomiast robił coś, co wyglądało jak święcenie swojej broni czyli starego, zardzewiałego łomu. Zastanawiało mnie to, czemu akurat wybrał to, jeśli miał mnóstwo nowej broni tylko gotowej do testów. No cóż, Jason Pawulo był mega dziwny, ale za to go wszyscy kochaliśmy.
- Dobra panienki, czas na trochę akcji. Budynek ma cztery piętra rozchodzące się od parteru w dół. Ja pójdę na parter, Dylan na pierwsze, Jason na drugie.
- Czyli mi zostaje te ostatnie? No dobra, mam nadzieję że nie różnią się ilością żyjących ludzi, bo jak będę mieć mniej od was to przekonacie się na własnej skórze, że wyrównam licznik. – Odpowiedziałem.
- Ale się obsrałem teraz. – Powiedział Melon, kierując się w stronę wejścia do naszego celu. Poczułem na swojej gołej skórze kroplę deszczu. ,,Jak wyjdziemy to pewnie będzie lać’’ – pomyślałem, poprawiając rękawiczki. Każdy z nas je miał, musieliśmy je mieć, nie mogliśmy zostawić za dużo dowodów. Wszedłem od razu zanim, a zapach zgnilizny uderzył prosto w moją twarz. 
- Czemu to wszystko musi tak walić? – Zapytałem sam siebie szeptem. Zanim zaczęła się rzeź, Melon odprowadził nas do schodów prowadzących na inne piętra.
- Powodzonka! – Pstryknął palcami, a my zaczęliśmy schodzić na dół. Na następnej stacji wysiadał Dylan, jednak kiedy na niego spojrzałem, zacząłem się niepokoić. Jego ręce drżały. Patrzył przez maskę na broń którą trzymał w ręku. Wahał się, ale czułem że potrafię mu pomóc. Podszedłem do niego i położyłem dłonie na jego twarzy, nakierowując na swoją.
- Wierzę w ciebie, Dylan. Nie bój się, nic ci nie zrobią. Jesteś od nich lepszy, silniejszy, mądrzejszy. Obiecuję, że skończę jak najszybciej mogę i do ciebie wrócę, okej? – Nie odpowiedział mi słowami, ale przytulił. Poczułem jego delikatne dłonie, które włożył pod moją bluzę, na swoich plecach. Miałem tylko nadzieję, że dałem mu dostateczną ilość siły by to zrobić.
- No już, to twój przystanek, Dylan. – Wypuścił mnie z uścisku i wszedł na korytarz prowadzący w głąb jego piętra. Kiedy schodziliśmy razem z Jasonem Pawulo po schodach na dół, słyszałem pierwszy wystrzał. Dobry chłopiec.
- W imię Chrystusa. – Powiedział Jason, wchodząc na korytarz.
- Amen. – Odpowiedziałem, klepiąc człowieka w masce gołębia po plecach i idąc dalej w dół. Kiedy znalazłem się ostatecznie na swoim piętrze, przede mną znajdowały się drewniane drzwi. Powolutku do nich podszedłem i zacząłem nasłuchiwać. Słyszałem przynajmniej dwóch, mogło ich być więcej ale chciałem zaryzykować. Lekko pociągnąłem za klamkę, otwierając drzwi tak bezdźwięcznie jak się da. Miałem prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu, bo gdyby nie byli pijani zaczailiby co się dzieje. Jeden gość po otwarciu drzwi stał do mnie plecami. Podszedłem bliżej i szybkim ruchem najpierw zasłoniłem jego usta swoją dłonią, a następnie poderżnąłem gardło. Nagle poczułem się o wiele lepiej. Zacząłem zapominać o swoim ojcu i Julianie, mój umysł odpływał, dając czas na odpoczynek od trudności. Nie pozwoliłem ciału upaść, lekko wziąłem je w ręce i delikatnie położyłem na błękitnym dywanie przed moimi oczami. Wszedłem do środka.
                Po mojej prawej stronie zobaczyłem czarno-różową kanapę, całą obrzyganą. Jej widok niemalże sprawił, że sam zwymiotowałem. Budynek od środka cały był drewniany, dodatkowo przyozdobiony zgnilizną. Podłogi całe udekorowane w kolorowe dywany, zupełnie nie pasujące do istniejącej tutaj aury. Kucnąłem i ruszyłem o kilka kroków do przodu. Nagle w ostatnim momencie zauważyłem, że po mojej lewej stronie jest ogromna wnęka po wyrwanych drzwiach. Wyglądało to na mały aneks kuchenny dołączony do salonu, jednak to nie było to. W malusieńkim pokoju stało pojedyncze, plastikowe krzesło na którym siedział jakiś żul. Spojrzałem na jego dłonie, nie spodziewałem się że będzie miał przy sobie broń palną. Wyciągnąłem spakowane wcześniej do kieszeni gwiazdki i stwierdziłem, że to najlepsza pora żeby je wypróbować. Lekko wychyliłem głowę, żeby spojrzeć na nieznajomego. Minęło kilka sekund, kiedy przycelowałem idealnie w jego gardło. Ta część ludzkiego ciała była idealna do szybkiej i cichej eliminacji. Nie zastanawiając się długo, rzuciłem, trafiając idealnie w krtań. Chciał krzyczeć. Szybszym już krokiem podszedłem do niego i dźgnąłem w środek brzucha, a następnie łapiąc upadające na ziemię ciało. Wytarłem krew z maczety o jego spodnie. ,,Faktycznie ostra’’ – stwierdziłem. Podniosłem broń którą wcześniej trzymał w dłoni i starałem się odbezpieczyć. Niekoniecznie umiałem to robić, więc tylko prawdopodobnie psułem ten pistolet z każdym kolejnym ruchem, ale ostatecznie usłyszałem kliknięcie i stwierdziłem, że to prawdopodobnie to. Wyjąłem magazynek, sprawdzając czy był naładowany. Moim oczom ukazało się kilkanaście naboi, dobrze że nie zdążył nawet drgnąć palcem. Schowałem go za paskiem, idąc dalej. Teraz nagle miałem ochotę postrzelać, mimo że wcześniej tego nie robiłem. Z każdym kolejnym ciałem czułem się coraz pewniej. Czułem, że mogłem wyjść tam na banana i tak naprawdę przeżyć, nieważne czy mieliby jakąkolwiek broń. ,,To głupie, Deddy’’ – skarciłem sam siebie w myślach. Wyszedłem z pomieszczenia wyglądającego jak aneks kuchenny na korytarz, idąc wzdłuż niego w głąb piętra. Moim oczom ukazała się sylwetka człowieka palącego papierosa, opierającego się o ścianę. Miał przy sobie dwururkę. ,,Co jest kurwa, skąd żule mają takie coś?’’ – zapytałem sam z siebie. Po mojej lewej stronie znajdowały się kolejne drzwi. Musiałem zastanowić się co robić. Zabić najpierw palacza czy iść od razu na lewo? A może pierdolić skradankę i zacząć rzeź? Wyciągnąłem zza paska pistolet, zastanawiając się po co ja go tam w ogóle chowałem. Nacelowałem na głowę palacza. Moje ręce się trzęsły, musiałem się uspokoić. Wstrzymałem oddech i pociągnąłem za spust… Co jest? Jednak go nie odblokowałem? Kurwa! Musiałem myśleć i to szybko. Złapałem pistolet za lufę i rzuciłem najmocniej jak potrafiłem w prawo. Nic innego jak odwrócenie jego uwagi teraz nie wpadało mi do głowy.
- Huh? – Zainteresował się palacz. Nie minęło kilka sekund, kiedy zaczął iść w stronę tego dźwięku. Szedłem powoli za nim, uważając żeby nie narobić za dużo hałasu. Na ostatniej prostej po prostu podbiegłem, przebijając jego szyję na wylot. Jego broń upadła na ziemię, nie zdążyłem jej złapać. Ciało natomiast tak, delikatnie kładąc je na ziemi usłyszałem otwierające się za mną drzwi. Zacząłem panikować. Schować ciało? Sam się schować, a ciało zostawić? Rzucić w niego gwiazdką albo kunaiem? Odetchnąłem głęboko. Podniosłem z ziemi dwururkę i podbiegłem bliżej. W drzwiach stał wysoki mężczyzna z łomem w ręku. Mogłem się z nim szamotać, ale po co? W takim tempie w jakim czyszczę to piętro, oni już dawno skończą. Musiałem przyśpieszyć, a taki sposób był idealny. Nie zastanawiałem się ani chwili dłużej. Pociągnąłem za spust, a moje ciało lekko odleciało do tyłu. Wystrzał głośny, o wiele głośniejszy niż przypuszczałem. Podszedłem do miejsca w którym kiedyś stał mężczyzna. Jego ciało leżało na ziemi, całe zmasakrowane. Wszystko wokoło pokryte było krwią. Nie miało sensu ciągłe patrzenie na tę scenerię. Wróciłem się tylko jeszcze na chwilę do ciała palacza. Sprawdziłem mu wszystkie kieszenie w poszukiwaniu amunicji do dwururki. Znalazłem tylko dwa dodatkowe naboje. ,,To zawsze coś’’ – pomyślałem. Teraz po mojej lewej i prawej znajdowały się schody, każde prowadziły w dół. Wybrałem te po prawo, delikatnie po nich schodząc. Przede mną znajdował się długi korytarz w którego głąb poszedłem. Na jego końcu zastałem kolejną parę drewnianych drzwi. Kucnąłem przy nich i zacząłem nasłuchiwać. Wydawało mi się, że słyszę tylko kroki jednej osoby. Kiedy dźwięk był dostatecznie blisko drzwi, kopnąłem je z całej siły. Wszedłem do środka i rzuciłem się na leżącego na ziemi człowieka. Wziąłem jego głowę w swoje dłonie i z całej siły waliłem nią o podłogę, aż nie poleciała krew. ,,Czas na speedrun’’ – pomyślałem, otrzepując dłonie z krwi. Wziąłem do rąk z powrotem dwururkę i zacząłem nasłuchiwać pod drzwiami po mojej lewej. Nie słyszałem żadnych kroków, natomiast głosy już tak. Leciutko je otworzyłem, chcąc sprawdzić gdzie są. Trzech ludzi siedziało na podłodze, totalnie najebanych, gadających do samych siebie. ,,No nie, łatwiej być nie może, co?’’ – stwierdziłem w myślach. Wszedłem do pomieszczenia, przypominając sobie że za moim paskiem jest maczeta. Wyciągnąłem ją podchodząc do jednego z żuli. Usiadłem przy nim i delikatnie, sprawiając żeby nie wydobył z siebie żadnego dźwięku, poderżnąłem mu gardło. Z pozostałą dwójką nie chciałem się tak bawić. Załadowałem do dwururki brakujący nabój i wykonałem dwa strzały, obydwa celne. Ich ciała osunęły się na ziemię jeszcze bardziej niż były dotychczas. Z pokoju obok przybiegł jeszcze jeden mężczyzna, ale byłem na to gotowy. Stałem tuż pod drzwiami kiedy wbiegł do pomieszczenia i nagle poczuł ciepło gdzieś z tyłu pleców. Ostrze wbiło się bez zarzutu. Przekręciłem je tak, żeby wbite było poziomo zamiast pionowo, a następnie wykręciłem. Mój martwy kolega ubrany był w białą marynarkę. Wytarłem o niego maczetę i poszedłem dalej, drzwiami na przód. W kolejnym pomieszczeniu, po mojej prawej znajdowały się dwie beczki z rozpalonym w nich ogniskiem i jeszcze jedna kanapa, taka sama jak poprzednia, tylko bardziej zniszczona.
- H-hej! Co ty tu robisz?! – Zaskoczył mnie z lewej strony czyjś głos. Musiałem działać i to szybko. Podbiegłem do niego i wbiłem maczetę w krtań pod specyficznym kątem. Bezwładne ciało upadało na ziemię kiedy próbowałem wyciągnąć swoją broń. Trochę się z nią szarpałem ale ostatecznie udało mi się ją wyjąć. Tym razem wytarłem ją o swoją maskę, tak dla dodatkowego designerskiego smaczku. Teraz miałem dwie drogi do wyboru, a musiałem się streszczać. Obiecałem Dylanowi, że mu pomogę i skończę jak najszybciej. Stwierdziłem, że pójdę górą. Otworzyłem drzwi znajdujące się nade mną i wbiegłem na korytarz na którym stał jeden człowiek. Podbiegłem do niego i zanim zdążył zadać mi cios, upadłem na kolana, wbijając ostrze w jego brzuch i otwierając go na miejscu. Krew z jego organów wewnętrznych znajdowała się teraz na moich wszystkich ubraniach. Musiałem leciutko przetrzeć maskę, żeby móc cokolwiek widzieć. Wstałem z kolan i udałem się do kolejnych drzwi, jednak nie słyszałem za nimi kroków. Wróciłem do tamtego pomieszczenia gdzie mogłem iść jeszcze na dół i przy tamtych drzwiach nasłuchiwałem. ,,Dużo kroków, przynajmniej trzy osoby jak nie więcej’’ – pomyślałem. Wyciągnąłem z kieszeni dwie gwiazdki do rzucania. Musiałem czekać, aż przynajmniej jeden z nich podejdzie pod drzwi. Nie liczyłem czasu, ale na oko minęła przynajmniej minuta dopóki ktoś podszedł dostatecznie blisko. Kopnąłem w drzwi, przewracając jednego z nich na ziemię. Nie wiedziałem czy mieli broń czy nie, ale kto nie ryzykuje ten nie pije. Wyciągnąłem szybko z kieszeni bluzy ostatnie trzy gwiazdki które mi zostały i rzuciłem w pozostałą dwójkę. Celowałem w oczy.
- ARGH, KURWA! – Wykrzyknęli niemalże równocześnie. Szybko skończyłem robotę z tym na ziemi, dźgając jego krtań. Wstałem z ziemi i zauważyłem, że jeden z mężczyzn w których rzuciłem miał w ręku rewolwer. Jego pozbyłem się pierwszego, dźgając najgłębiej jak potrafiłem w krocze. Wiem, że tak się nie powinno robić, spokojnie, ale sytuacja wymagała. Osunął się z bólu na ziemię, a trzymany w dłoni rewolwer upuścił. Szybko go przechwyciłem i sprawdziłem ile ma naboi. Full. Wstałem i wycelowałem w ostatniego stojącego. Rozległ się huk od pojedynczego strzału prosto między oczy, a następnie dźwięk upadającego ciała. Podszedłem do leżącego na ziemi, umierającego człowieka, któremu praktycznie poszatkowałem jajca. Uklęknąłem nad nim i zakryłem dłonią usta, żeby przestał krzyczeć.
- Ćśś.. boli mnie głowa od waszego płaczu. – Na te słowa jego oczy się rozszerzyły. Wstałem i wycelowałem w jego głowę, a następnie oddałem pojedynczy strzał. ,,Cierpiałeś o wiele za długo, przepraszam’’ – pomyślałem. Położyłem dłoń na jego twarzy i zamknąłem mu powieki. Zasłużył przynajmniej na tyle szacunku. Porozglądałem się po reszcie pomieszczeń, jednak nikogo nie znalazłem. ,,To wszyscy’’ – stwierdziłem, wycierając maczetę o ubrania jednego z martwych. Schowałem rewolwer za pasem i udałem się na schody, aby sprawdzić jak poradził sobie Jason Pawulo.
                - Czekałem na ciebie, spójrz co ci bezbożnicy zrobili z moim łomem. – Wskazał na swój złamany w pół łom. W sumie teraz ma więcej zastosowań niż jako ta zardzewiała kupa złomu.
- Połowicznie albo nawet w dwóch trzecich to twoja wina, bo wybrałeś już zużyty łom, Jason. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Na siedem piekieł, był jeszcze zdatny do użytku. Trzeba szanować rzeczy, nawet te zużyte, bo wszystko musi mieć swój początek i koniec. Niestety, dla tego łomu nie widzę przyszłości.. – Powiedział smutny.
- Ja tam widzę. Przecież złamał się w taki sposób, że możesz nim równie dobrze dźgać. Albo mam jeszcze lepszy pomysł, musisz delikatnie nacinać skórę ludziom i dawać im tężec, będziesz sławnym seryjnym, tężcowym mordercą! – Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, którego nie widać było przez maskę. Mężczyzna w masce gołębia niebezpiecznie blisko do mnie podszedł. – E-ej co ty robisz?
- Będziesz moją pierwszą ofiarą, okej? Od czegoś trzeba zacząć.
- Dwa piętra wyżej jest Melon, zaczniemy od niego! – Uświadomiłem go.
- Boże, wybacz mi za to co za chwilę zrobię i przyjmij mojego przyjaciela Deddy’ego do swego królestwa. – Wyrecytował. Kurwa, on naprawdę zaraz mnie dźgnie. Naszą zabawę przerwał wystrzał, który usłyszeliśmy z piętra nad nami. Nie zastanawiając się ani chwili, pobiegłem na górę. Przeraziłem się. A co jak nie dał rady? Miałem przyjść mu pomóc. Kiedy postawiłem nogę na korytarzu, widziałem siedzącego na kolanach Dylana z pistoletem odrzuconym w róg. Obok niego leżał mężczyzna z raną postrzałową w brzuchu. Umierał, ale Antes nie miał zamiaru go dobijać. Podszedłem do niego powoli, przysiadając na jednym kolanie.
- Hej, Dylan. Jestem. – Oświadczyłem. Bałem się, że będzie miał mi to za złe. Zazwyczaj dotrzymuje obietnic, jednak tutaj było ciężko. Za bardzo chciałem bawić się w skradanki. Nie odpowiedział mi. Zamiast tego zdjął maskę i odrzucił na bok. Spojrzałem na jego średniej długości rude włosy i piegowatą twarz. Wyglądał tak niewinnie, że gdybym go nie znał nie uznałbym go za mordercę. Położyłem dłoń na jego głowie i potarmosiłem jego rudą czuprynę. Zdjąłem maskę, a on spojrzał prosto w moje granatowe oczy.
- Wiedziałem, że dasz sobie radę. – Uśmiechnąłem się szeroko. Jego mimika jednak nie przedstawiała nic. Odwrócił głowę w lewą stronę i niespodziewanie zwymiotował. Wstałem z kolana i postanowiłem, że porozglądam się po piętrze. Każde ciało które znalazłem miało tylko jedną ranę postrzałową w brzuchu. ,,Wszyscy się męczyli przed śmiercią’’ – westchnąłem. Dylan ich nie dobijał, w przeciwieństwie do mnie. Zadawał im o wiele więcej bólu niż zasłużyli. Nie byłem jednak zły. Znałem go, wiedziałem że nie robił tego specjalnie. Po prostu nie wiedział co ma robić. Wróciłem do pomieszczenia w którym go znalazłem, ale nadal nie wstał z ziemi.
- Słyszałem jak cierpieli, umierając na moich oczach. Nie wiedziałem co robić, Deddy. Nie chciałem marnować amunicji, ale te odgłosy mnie przerażały. Czułem się ohydnie..
- Ćśś.. – Położyłem palec na jego ustach. – Każdy pierwszy raz tak wygląda. Wyrobisz się, bez obaw. Pomogę ci.
- Nie wiem czy chcę się w tym wyrabiać… - Odpowiedział mi szeptem na ucho, kiedy podnosiłem go z podłogi. Chciał odejść na schody, ale złapałem go za rękę.
- Też nie wiem czy chcę żebyś to robił… - Powiedziałem mu szczerze, również szeptem na ucho. Założyliśmy z powrotem maski i poszliśmy razem na górę.
                Wysiadłem z windy i wziąłem do rąk gazetę leżącą na półce po mojej lewej. Rzadko kiedy ją czytałem, ale czasami było warto nawet dla samych nagłówków. Nasza Tomashowska gazeta była podzielona na osiem segmentów, po jednym na dzielnicę  i jeden wspólny na informacje dotyczące całego miasta. Ten ostatni interesował mnie teraz najbardziej. Otworzyłem gazetę na ostatnich dziesięciu stronach, przeglądając coraz to ciekawsze nagłówki. Tym który okazał się być najciekawszy, był artykuł o seryjnym mordercy grasującym w mieście. Przez chwilę pomyślałem, że to znowu ,,ten tajemniczy Legion’’ ale ku mojemu zaskoczeniu, był to ktoś inny. ,,Nieznana dotąd wcześniej ,,Czarna Mamba’’ (lepszej nazwy nie było?) zabiła już dziesięć osób i nie zamierza przestawać. Ma bardzo charakterystyczny sposób zabijania, ofiara umiera od wykrwawienia spowodowanego obdarciem ze skóry dolnych partii ciała. Dodatkowo, zanim nastąpi śmierć jest sparaliżowana właśnie przez jad węża ,,Mamby Czarnej’’. Policja do tej pory wydaje się być bezradna w namierzeniu tajemniczego mordercy. Dodatkowo, obawiać się może każdy, ponieważ sprawca nie ma żadnego schematu jeśli chodzi o wybieranie ofiar. Ginie każdy, niezależnie od majętności, koloru skóry, płci, orientacji czy religii. Ostatnie ciało znaleziono w dzielnicy Beroon, jak mieszkańcy mają się czuć teraz bezpiecznie? Czekamy na oficjalne oświadczenie od burmistrzów dzielnic.’’ Odłożyłem gazetę na bok, zniesmaczony tym co przeczytałem. Czyli mamy teraz mordercę do namierzenia? Super. Jakby brakowało mi teraz roboty. Poszedłem w głąb pomieszczenia, kładąc się na łóżku. Chciałem tylko pójść spać. Spojrzałem na zegarek, dobiegała godzina dwudziesta pierwsza. DOPIERO?! Kurwa, czemu ja idę tak wcześnie spać? Co się ze mną dzieje? Postanowiłem, że muszę się jakoś rozbudzić. Wstałem z łóżka i udałem do kuchni. ,,Muszę zrobić sobie kawę’’ – stwierdziłem w myślach, otwierając szafkę i biorąc do rąk swój ulubiony kubek z motywem kości. W międzyczasie kiedy kawa się robiła, postanowiłem przejrzeć na szybko swoje social media. ,,Nic ciekawego’’ – stwierdziłem po przescrollowaniu kilka razy twarzoksiążki. Już chciałem wyłączyć telefon, kiedy dostałem sms’a od Melona. Spojrzałem na nią, a jedyną treścią okazał się być link do jakiegoś filmiku. Nie minęła chwila, kiedy dostałem drugą wiadomość z dopiskiem do poprzedniej: ,,ODPALAJ NATYCHMIAST!’’. Posłuchałem się polecenia i otworzyłem link, wysyłając od razu polecenie, żeby film automatycznie odpalił się na telewizorze. Wziąłem uprzednio zrobioną kawę i usiadłem na kanapie w salonie. Okazało się, że byłem w błędzie, a zamiast filmu czekała na mnie transmisja na żywo. Rozsiadłem się wygodnie i czekałem aż załaduje się tytuł. Kiedy go jednak ujrzałem, kubek z kawą upadł mi na podłogę, cały się roztrzaskując. Brzmiał:
,,PUBLICZNA EGZEKUCJA NIEDOSZŁEGO MORDERCY BURMISTRZA HYDRYY – OSTRZEŻENIE DLA INNYCH’’ .
                Zacząłem panikować. Wziąłem do ręki telefon i wybrałem z listy kontaktów Dylana. Zadzwoniłem, jednak nikt nie odbierał.
- Kurwa mać! – Uderzyłem ręką w stojący przede mną stół. Dzwoniłem i dzwoniłem, ale nie obierał. Zacząłem obwiniać siebie. Mogłem wybrać kogoś innego, Melona albo Jasona, ale akurat wybrałem jego. Jestem spierdolony na amen. Boże, czemu uczyniłeś mnie takim idiotą? Wybrałem numer Melona. Odebrał.
- Możesz coś z tym zrobić? Cokolwiek!? – Czuć było po moim głosie, że panikowałem. Skąd on w ogóle miał ten link? Nawet mnie to nie interesowało. Tutaj liczyły się sekundy.
- Jestem w Beroon, nie ma chuja żebym tam dojechał na czas! – Odpowiedział mi. Wyczułem, że też się przejmował. Co niby mieliśmy zrobić? Nie wiedzieliśmy, gdzie jest Jason, ale szansa że jest akurat w Hydrzee była bardzo, bardzo niska. Spojrzałem na ekran. Mężczyzna z workiem na głowie siedział przywiązany do krzesła. W tle było morze, słyszałem szum fal i czyjeś kroki na piasku.
- Zadzwoń do Jasona, musimy się dowiedzieć gdzie jest do cholery! – Rozkazałem Melonowi, rozłączając się. Już sam nie wiem na co liczyłem, szczerze. Dylan zostanie zabity przez Giewont, a ja go na to skazałem. To ja powinienem tam siedzieć zamiast niego. Upadłem na kolana i się przeżegnałem.
- Boże, proszę. Ja, Śmierć sama w sobie, proszę cię o wybaczenie. Proszę cię o życie, które możesz uratować. Obiecuję, że będę posłuszny. Że będę się słuchać. Nie pozwól Dylanowi zginąć.. – W tym samym momencie na ekranie pojawił się on. Pesty London. Trzymał w dłoni swój złoty rewolwer, którego nazwał Giewont. Znałem go aż za dobrze. Mężczyzna o zgniłych włosach ustawił się za jeńcem i wymierzył idealnie w tył jego głowy. – Boże, proszę. Nie pozwól mu zginąć! – Usłyszałem strzał. Osoby siedząca na krześle przestała się szamotać, a jej worek przesiąknął krwią. To był koniec mojej modlitwy. Zacząłem łkać, nie chciałem tego powstrzymywać. Wziąłem do ręki pilot i wyłączyłem telewizor. Rozłożyłem się cały na kanapie i zdejmując bluzę, przytuliłem ją. Byłem wkurwiony i smutny. Cierpiałem, najpewniej wszyscy to robiliśmy. Straciliśmy jednego Legionistę. ,,Dylan nie chciałby żebyś płakał’’ – uświadomiłem sam siebie. Czego w takim razie chciałby Dylan? Zasmuciło mnie to bardziej. Nie miałem pojęcia. Potrzebowałem ucieczki, tak samo jak wtedy kiedy zginął mój ojciec. Poczułem coś zimnego na swoim policzku. Otworzyłem oczy i zobaczyłem go. Danse Macabre. Moja stójka o wyglądzie konia składającego się z praktycznie samego lodu przez który prześwitują kości. Czasami cieszyło mnie to, że była bardziej świadoma niż inne stójki. Bardziej wrażliwa, oddana. Danse Macabre położył się koło kanapy, kładąc swój łebek obok mojej głowy. Wydawało mi się, że on wie jak bardzo to doceniam. Że kocha mnie ponad wszystko. Nie patrzy na moje wady i błędy, a jeśli patrzy to od razu wybacza. Tutaj jednak nie zasługiwałem na wybaczenie. Poprawiłem swoje błękitne włosy i przetarłem oczy. Dostałem kolejnego sms’a. Wyciągnąłem z kieszeni telefon, żeby go przeczytać. Sądziłem, że to najpewniej Melon. Otworzyłem wiadomości, a moje oczy zadrżały. Ktoś się ze mną bawił.

WIADOMOŚĆ OD: DYLAN ANTES
,,Wyjdź na balkon, Deddy. Pomóż mi.’’

Nie miałem na to sił, a jednak wstałem. Założyłem na siebie z powrotem granatową bluzę i poprawiłem pasek u spodni. Ledwo co szedłem, potykałem się o własne nogi. Nawet nie zauważyłem kiedy po drodze zgubiłem jednego kapcia. Nie obchodziło mnie to. Kiedy wyszedłem na balkon, uderzyła we mnie fala zimna. Dostałem kolejnego sms’a z numeru Dylana.
,,Jestem na górze.’’
Wszedłem więc po drabinie, gdzieś po drodze gubiąc drugiego kapcia. Byłem całkowicie na boso, ale nie zwracałem na to uwagi. Po chwili byłem na zimnym dachu, podziwiając świecące na niebie gwiazdy. Przeszedłem kilka kroków, żeby natknąć się na widok który powalił mnie na kolana. Przede mną leżało ciało. Jego twarz była całkowicie zmasakrowana, jednak rude włosy pozostały nietknięte. Był rozebrany do bielizny, a dolna partia jego ciała została obdarta ze skóry. Wtedy zacząłem się zastanawiać – kto to robi? Pesty nie jest taki okrutny. Jasne, ma zasady, ale nie jest takim kutasem. Zresztą, nie wiedział nawet że Dylan jest ode mnie. Nie miał prawa wiedzieć. Musiałem się jakoś wyżyć. Jeśli ktoś ma cierpieć, to nie będę to jedynie ja. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer Pesty’ego.
- Halo? – Odebrał.
- Widziałem egzekucję. Nie obchodzi mnie to czy mi uwierzysz czy nie, ale znam osobę która próbowała cię zabić.
- Mów.
- Szykola Kudlinska. Mam pewien plan, ale musimy go omówić na prywatności.
- Oddzwonię do ciebie jak tylko znajdę czas. – Skwitował chłodno.
- Znajdź go szybko Pesty, bo za wiele go nie mamy.


Komentarze