13 Listopad
Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, lekko opierając ręce. Przedstawienie zaraz miało się zacząć, a ja nie chciałem go przegapić. Przez chwilę miałem ochotę zgadnąć ile moich ochroniarzy musiało być w tym pomieszczeniu, ale szybko odpuściłem. On wie, że patrzę, a ja wiem że chcę na niego patrzeć. Był kimś takim jak ja i nawet nie chodziło mi o posiadanie stójki. Obydwoje byliśmy odrzuceni. Znałem jego historię na wylot, jednak to mnie nie satysfakcjonowało. Chciałem poznać ją na żywo, usłyszeć z ust tego chłopaka. Był aktorem, według krytyków świetnym, jednak żadna opinia w mojej głowie nie była wystarczająca aby określić jego poziom. Gdy tylko pomyślę ,,aktorstwo’’ mam na myśli tylko jego i wyłącznie rzeczy które robi. Nie miałem pojęcia nawet jaką sztukę wystawiają. Musiałem przyjść, byłem na każdej. Tylko on może być moim zastępcą. Kolejnym mną.
Urodziłem
się w dzielnicy Yamadżuma. Moje pierwsze wspomnienie jednak nie było ani trochę kolorowe. Taka osoba jak ojciec była
nieistniejącą. Cały dobytek mojej rodziny wtedy składał się z kilku koców,
kartonów i kradzionych ze śmietników rzeczy. Jedyną bezcenną rzeczą zostawał
śpiew mojej matki. Gdyby głos mógł mieć barwę, ona miałaby najjaśniejszy z
błękitów. Dorastałem w nędzy, jednak nie przeszkadzało mi to. Byłem kochany.
Potrafiłem ignorować cały ból, aby tylko poczuć ciepło jej ramion. Miałem
siedem lat. Poprawiłem swój brudny kołnierzyk zniszczonej koszuli nocnej i
szukałem swojego kocyka o przegniłej barwie. Mama mówiła, że pasował mi do
włosów. Przekopywałem się przez nasze graty, jednak nadal nie mogłem go
znaleźć. Ostatecznie poddałem próby i postanowiłem zapytać mamy. Ona też
zniknęła. Wyszedłem z mrocznej uliczki której byliśmy mieszkańcami i zacząłem
krzyczeć. ,,Mamo?!’’ ,,Mamo?!’’. W pewnym momencie zakrztusiłem się. Nie
chciałem nabierać żadnego powietrza, tylko krzyczeć. Tyle, ile sił. Nikt jednak
nie odpowiadał. Główna ulica od której odbiegała nasza uliczka była praktycznie
pusta, nikt się tutaj nie zapuszczał, tym bardziej o tej porze. Poczułem na
swoim zimnym nosie kilka spadających, deszczowych kropel, nie przejąłem się.
Było mi zimno, nie przejąłem się. Chciałem ją tylko odnaleźć. Była wszystkim co
miałem, bez niej moje życie nie miało sensu. W pewnym momencie zza rogu
wystawał skrawek różowej sukienki. Była mojej mamy. Bez żadnego namysłu
pobiegłem w jego stronę. Krzyczałem coraz głośniej, a deszcz się nasilał. Co
innego miałem zrobić? W końcu dobiegłem do miejsca gdzie zobaczyłem skrawek,
lecz nikogo tam nie było. Dzięki wystającej stopie przez odklejającą się
podeszwę byłem wstanie poczuć na ziemi coś, co przypominało piach, jednak nim
nie było. Tajemnicza substancja parzyła moje stopy. Była gorąca, przeraźliwie
gorąca. Zobaczyłem jak troszkę większy od wcześniejszego skrawek leży na
chodniku. Jak powoli, z sekundy na sekundę, zamienia się w coś co przypominało
piasek. Chciałem wziąć go w dłonie, ale
nie byłem w stanie. Był za gorący.
Każda próba podniesienia go kończyła się kolejnym, drobnym poparzeniem. ,,Co
się dzieje?’’ – myślałem, krztusząc się własnymi łzami. Usiadłem na piasku,
który zdążył ochłonąć. Teraz był tylko ciepły, wydawał się aż kojący. Założyłem
ręce tak, aby móc płakać w moje kolana. Dźwięk deszczu dochodził do moich uszu.
Zaraz dołączył również odgłos którego się nie spodziewałem. Był dziwny. Nie
znałem go, a przynajmniej nie potrafiłem sobie przypomnieć. Odwróciłem się,
żeby spojrzeć. Dźwięk obijających się o chodnik kopyt był przynajmniej
niepokojący, zwłaszcza o tej porze. Był coraz głośniejszy. Bałem się. Wstałem z
ziemi i zacząłem powoli iść do tyłu. Instynktownie starałem się nie robić
żadnych pośpiesznych ruchów. Mimo wszystkiego co robiłem i tak zwierzę było
bliżej i bliżej. Siedmioletni ja przestał uciekać. Moje ciało przejęła
ciekawość. Stanąłem w miejscu i czekałem aż podejdzie na wyciągnięcie ręki.
Minęło kilka sekund, a tak się właśnie stało. Koń o ciemnozielonej barwie
obtarł się swoim łbem o moją dłoń. Było to mega dziwne uczucie, jakby z każdym
kolejnym dotknięciem jego skóra schodziła wraz z oderwaniem palca. Przez chwilę
pomyślałem, że to co mam przed oczami to gnijące, żywe stworzenie. Teraz wiem,
że było to prawdą. Czułem jego ciepły oddech na swojej skórze. Zbliżyłem się
bardziej, opierając głowę o jego łeb. Było w nim coś, co zapewniało mi komfort.
Wróciłem do bocznej alejki. Mojej mamy nigdzie nie było, moją jedyną nadzieją
było wierzenie w to że wróci rano. Nie znalazłem też zielonego kocyka.
Przegniły koń poszedł za mną i położył najbliżej mnie jak tylko mógł. Zamknąłem
oczy i starałem się usnąć, jednak co chwile krztusiłem się łzami. Następnego
ranka, nic się nie zmieniło. Zostałem sam.
Mijały
lata. Trafiałem do niezliczonej ilości domów zastępczych, jednak nigdy nie
trwało to długo. Znikali, tak samo jak moja matka. Z czasem przestało mi na tym
zależeć. Uodporniłem się na ból związany ze znikającymi w moim życiu osobami, a
przynajmniej tak mi się wydawało. Z biegiem czasu również zrozumiałem dlaczego
to wszystko miało taki koniec. Byłem obdarowany, a raczej przeklęty. Miałem
coś, co sam podświadomie nazwałem stójką. W okresie kiedy się o tym
dowiedziałem, straciłem całe chęci do życia. Powiedzcie, co byście zrobili
dowiadując się, że wszystkie wasze kochane osoby znikają przez was? Ja upadłem,
nie chcąc wstawać. W moim życiu jednak pojawiły się osoby, które pomogły mi to
kontrolować. Pomogły mi zrozumieć moc, którą sam nazwałem ,,Egipt’’. Jacub Jusiau i Juliia Musiau.
Bardzo specyficzne rodzeństwo, ale strasznie mi bliskie. Obiecałem sobie, że
już nigdy nie skrzywdzę nikogo mi bliskiego w taki sposób. Nigdy nie zamienię
ich w piach.
Zamyślony
na chwilę, z powrotem byłem wpatrzony w scenę. Była strasznie jasna, troszkę mi
to przeszkadzało. Nie lubiłem rzeczy przesadnie oświetlonych. Z głośników
rozmieszczonych na całej sali grała dosyć klimatyczna muzyka. Niekoniecznie
uważałem co działo się w samym przedstawieniu, ale najwidoczniej ktoś umarł, a
przynajmniej tak bym obstawiał. Skupiłem uwagę na scenie. Zgasły światła, a
następnie z powrotem się zapaliły, ukazując postać leżącą w trumnie na
pogrzebie. Spojrzałem na twarz aktora grającego trupa tylko aby ją rozpoznać.
Link. Był ubrany dosyć formalnie, jednak nie miał na sobie peruki, jego jasne
blond włosy idealnie kontrastowały z ciuchami. Patrząc na rolę jaką dostał,
byłem pewien że zagra ją idealnie. Nawet nie musiał udawać. Przez ten konkretny czas mógł po prostu być
martwy. Wokoło trumny było mnóstwo twarzy innych aktorów, jednak nie
potrafiłem rozpoznać żadnej. Nawet mi na tym nie zależało. Byłem ciekawy jak
teraz czuje się Link. Jak to jest umierać i ożywać na własne życzenie. Czy to
straszne? Bolesne? Może odczuwa jednak spokój? Miałem tak mnóstwo pytań.
Musiałem poczekać ostatecznie na koniec, żeby się dowiedzieć. Skupiłem uwagę na
przedstawieniu, próbując zgłębić historię, a raczej jej strzępki. Postać którą
grał Link prawdopodobnie została zamordowana przez kogoś z rodziny, a
dokładniej otruta. Odbywa się pogrzeb podczas którego brat martwego, z tego co
zdążyłem załapać detektyw, próbuje dojść do prawdy kto i dlaczego go zabił.
Ostatecznie po udanej mszy wszyscy członkowie rodziny udali się do sali na
stypę. Nikt nie wyglądał na szczególnie przejętego tą tajemniczą śmiercią. Nie
wiem czemu, ale poczułem jako po policzku poleciała mi łza. Ludzie zaczynają
się bawić i jeść. Wszystko przebiega gładko, jednak nagle dzieje się coś
niespodziewanego. Każdy, jeden za drugim, zaczyna upadać na ziemię. Z ich ust
wydziela się piana, nikt nie zostaje oszczędzony. Jedyną postacią która
przykuła teraz moją uwagę był detektyw. Z tego co mówiły o nim inne postacie,
na nazwisko miał Robertson. On jako jedyny wydaje się udawać swoją śmierć.
Kiedy wszyscy pozostali goście leżą martwi, detektyw wstaje. Scena się zmienia,
z powrotem jesteśmy nad grobem. Jedyna żyjąca postać zaczyna odkopywać
zmarłego. W tym momencie byłem już pewny tego jak zakończy się to
przedstawienie. Kiedy detektyw kończy, nagle z dołu zaczyna wystawać ręka.
Robertson złapał ją i wyciągnął postać którą grał Link na powierzchnię.
- Udało się? – Pyta niedoszły zmarły.
- Tak. Wszystko jest nasze. – Odpowiedział detektyw,
przytulając drugą postać.
- Przepraszam, ale na pewno nie jest nasze… - Powiedział
cichutko zakopany wcześniej chłopak. Zanim postać detektywa zdążyła zareagować,
została dźgnięta prosto w brzuch. – Jest moje.
Tym
akcentem zakończyło się przedstawienie. Żałowałem, że nie potrafiłem wcześniej
się na nim skupić. Z biegiem czasu, patrząc na końcówkę, chciałbym obejrzeć je
jeszcze raz, ze wszystkimi szczegółami. Wszyscy aktorzy stali przed widownią i
się kłaniali. Klaskałem mocno, ale tak żeby nie zmęczyć rąk. W końcu nie
wszystkim osobom w tym przedstawieniu gratulowałem. Dwójka grająca w samym
zakończeniu była tą specjalną dla której klaskałem. Dzisiaj jednak miałem czas
aby skupić się tylko na jednym, tym na którym byłem skupiony od samego początku.
Wstałem ze swojego siedzenia i założyłem czerwoną kurtkę z pierzem. Poprawiłem
opaskę na oku, którą zawsze zakładałem kiedy wychodziłem do miejsc publicznych.
,,Pierdolony Nuklur’’ – pomyślałem. Udałem się prosto do lobby, czekając na
Linka. Spojrzałem na afisz i poszukałem roli o nazwisku ,,Robertson’’.
- Dylan Antes, huh. – Powiedziałem sam do siebie pod nosem.
Nawet nie wiem co mnie w nim tak zaciekawiło. Niczym się nie wyróżniał od
reszty. Na tym punkcie byłem dosyć dziwny.
- Był świetny, czyż nie? – Usłyszałem za sobą znajomy głos.
Odwróciłem się i ujrzałem twarz Linka, mającą największy uśmiech jaki
kiedykolwiek widziałem.
- Nie tak jak ty, ale myślę że przy odpowiednim treningu
mógłby chociaż dotknąć twojego poziomu. – Odpowiedziałem szczerze. Byłem osobą,
która nie pokazywała swoich uczuć innym. Tylko wybrani wiedzieli, jak naprawdę
się czuję. Nie widziałem powodu, żeby być nieszczerym w stosunku do Linka.
- Dziękuję mocno, ale nie stawiałbym się tak wysoko nad
innymi. Jestem po prostu zaczynającym aktorem, takim jak reszta. Zresztą,
przepraszam za moje niewychowanie. Link Rybacc, miło Pana poznać! –
Odpowiedział zarumieniony. ,,Jesteś nawet całkiem uroczy, wiesz?’’ –
pomyślałem.
- Pesty London. – Na tę informację jego oczy rozszerzyły się
szeroko. – Ale proszę mów mi po prostu Pesty. Swoją drogą, zanim zaczniesz
panikować że ze mną rozmawiasz, pozwól że ci wytłumaczę. Mam do ciebie sprawę,
całkiem ważną. Nie chcę, żeby moja pozycja mi to utrudniała. Traktuj mnie jak
normalnego człowieka, kolegę. Okej?
- A-ale. Nie wiem czy to w porządku, ja nie czuję się z tym
w porządku! – Położyłem mu rękę na ramieniu. Musieliśmy jak najszybciej stąd
spadać zanim zrobi niepotrzebne zamieszanie.
- Chodź ze mną. Obadamy to wszystko na spokojnie, u mnie w
domu.
- Czy coś zrobiłem?
- Samo to że się urodziłeś wystarczyło. – Odpowiedziałem na
szybko, biorąc go za rękę. Wyszliśmy z teatru i od razu udaliśmy się w stronę
zaparkowanej przed nim limuzyny. Link wsiadł pierwszy, a ja zaraz za nim.
Szofer wiedział gdzie jechać, więc wyciągnąłem z wiadra pełnego lodu stojącego
obok mojej nogi, schłodzonego szampana oraz dwa kieliszki z barku. Sobie i
Rybaccowi nalałem po równo.
- Spokojnie, odwiozę cię potem do domu. Zdaję sobie sprawę,
jakie wyobrażenie możesz mieć przez media i popkulturę. Po prostu wyluzuj, chcę
pogadać, nic więcej.
- Przepraszam, Panie Burm…
- Nie, nie i nie. Już ci mówiłem jak masz się do mnie
zwracać. – Dopiłem pierwszą lampkę. Link nawet nie zaczął swojej, jednak
patrząc jak odkładam kieliszek wziął dużego łyka po którym się zakrztusił.
- Spokojnie kolego, nie musisz trzymać się mojego tempa. –
Lekko go skarciłem. Miałem nadzieję, że kiedy już będziemy u mnie w domu to się
troszeczkę otworzy.
Cała
podróż nie zajęła nam długo, jakieś dwadzieścia minut. Moja posiadłość była na
obrzeżach, a dokładnie zachodniej części Hydryy. Była ona jedną z czterech
dzielnic które faktycznie miały dostęp do jakichś większych akwenów wodnych.
Budynek w którym mieszkałem był willą z widokiem na morze. Trochę żałowałem, że
Juliia nie może tego widzieć na co dzień. Nie odzywała się do mnie od jakiegoś
tygodnia, powoli zaczynało mnie to martwić, jednak wiedziałem że jest twarda.
Nieważne co, da sobie radę. Zresztą, ma przy sobie Kubbę. Ta dwójka wiedziała
jak sobie poradzić. Troszkę mniej ale jednak interesowało mnie co u Kaki. Wiem,
że od ostatniego czasu kiedy się widzieliśmy sporo się zmienił, z opowiadań
Julkki ,,wydoroślał’’. ,,Chciałbym go teraz zobaczyć i porównać do
wcześniejszej wersji’’ – pomyślałem. Teraz to nie o tym powinienem myśleć.
Wysiadłem z samochodu i podałem rękę Linkowi, pomagając wstać.
- Chodź za mną, nie chcę żeby ktokolwiek nam przeszkadzał. –
Powiedziałem do niego, prowadząc do najwyższej możliwej sypialni posiadłości.
Całość składała się z trzech budynków ustawionych w poziomej linii z
największym w środku. To ten właśnie miał najlepszy widok na morze. Link nadal
siedział cicho, jednak miałem nadzieję, że na górze zaciekawię go na tyle żeby
się otworzył. Wchodzenie po tych schodach to katorga ale jakże opłacalna.
Wyciągnąłem z kieszeni klucz z zawieszką przekreślonego na czerwono szczura i
otworzyłem drzwi. W głębi duszy uwielbiałem ten pokój. Przypominał mi wyglądem
stary pokój Jacuba za czasów kiedy jeszcze mieszkał w Hydrzee. Przywoływał
wiele wspomnień, takich jak np. wybicie okna przy tworzeniu mechanizmu
karmiącego jego świnkę morską. Pamiętam jaki srogi opierdziel dostaliśmy wtedy
od jego ojca. Mimo wszystko, było warto.
- Siadaj na łóżku, zaraz wrócę. – Oznajmiłem mu, wychodząc z
pokoju i zamykając za sobą drzwi. To teraz miało stać się coś, co mogłoby go
otworzyć albo sprawić że zamknie się bardziej, musiałem zaryzykować. Przywołałem
Egipt w pokoju, zostawiając go sam na sam z Linkiem. Nawet nie do końca sam
rozumiałem co miałem przez to na celu, ale liczyłem że to coś w nim zmieni.
Poczekałem kilka minut, a następnie wszedłem z powrotem do środka. Moim oczom
ukazał się widok, którego nie do końca się spodziewałem. Link próbował
pogłaskać Egipt, jednak wyglądało to na to, że mimo wszystko boi się go
dotknąć.
- Widzisz go, huh? – Zadałem pytanie retoryczne.
- Kim jesteś? – Zapytał mnie chłopak.
- Jak to kim jestem? Kimś takim jak ty. Posiadaczem stójki,
a to co masz przed swoimi oczami to właśnie ona, Egipt. – Odpowiedziałem.
- Czego ode mnie chcesz? – Głos mu się załamał, czemu
odczuwał strach tak bardzo?
- Tak jak mówiłem, tylko porozmawiać. Chcę cię poznać, Link.
Chcę, żebyśmy poznali się wzajemnie, we dwójkę.
- W porządku. – Odetchnął. – Jak pewnie już wiesz, też mam
to co sam nazwałeś ,,stójką’’. Myślę jednak, że na tym etapie nie powinienem ci
jej pokazywać, a tym bardziej używać. Sprawiłem nią wiele bólu, nawet tym
którzy na niego nie zasłużyli.
- W tym aspekcie jesteśmy bardzo podobni. Widzisz, nazwałem
go Egipt nie bez przyczyny. Przez niego czułem się jak na pustyni przez
większość swojego życia. Bez nikogo i niczego do przeżycia, powoli usychałem.
Jednak nauczyłem się nad tym panować. Teraz chcę pomóc tobie się nauczyć. –
Wytłumaczyłem.
- Ale dlaczego? Dlaczego konkretnie ja? – Powtórzył się.
- Jak już mówiłem, jesteśmy bardzo podobni. Jestem jednak w
obawie, że nie przetrwam za długo. Widzisz, może telewizja i prasa nic o tym
nie wie, ale sytuacja między dzielnicami jest napięta. Futterkonn i Alvemen są
już przy swoim limicie, a do tego wszystkiego Taikaruji tylko na to czeka.
Myślę, że przy tym konflikcie będzie trzeba wybrać stronę, a mój wybór może
mnie zabić. Szukam następcy. Kogoś, kto przejmie stery w razie mojej porażki, a
ty jesteś idealnym kandydatem.
- J-ja? A-ale ja nie…
- Ćśś… wiem, że to wiele do przetrawienia ale będziesz w
stanie to zrobić. Nie będę też kazać ci pokazywać mi swojej stójki, z czasem
kiedy zaczniesz mi ufać zaczniemy trening. Tymczasem nie pozostaje nic innego
niż zaprosić cię na kolację i odwieźć do domu. Spokojnie, nie otruję cię. –
Puściłem do niego oczko. Sam nie wiem czemu to zrobiłem, zwykle unikałem
robienia tego typu rzeczy. Nic więcej nie mówiłem, zszedłem na dół obserwując
Linka i dopilnowując że idzie za mną. Udaliśmy się do największej jadalni w
willi. Pomieszczenie było ogromne, wystylizowane na północne klimaty.
Niekoniecznie trafiała w moje gusta. Na środku stał ogromny stół, jakby
zaprojektowany z myślą o wielodzietnych rodzinach. Mieszkałem tu sam. Może
niezupełnie, bo czasami rozmawiałem ze swoją służbą czy ochroniarzami, ale to
nadal nie to samo uczucie jak rozmowa z kimś jakkolwiek bliskim. Przez to
wszystko czułem się porzucony, mimo tego że Juliia i Jacub mieli ze mną bliski
kontakt. Czegoś mi brakowało, a raczej kogoś. Kogoś na miejscu.
Rozsiedliśmy
się wygodnie na krzesłach. Link siedział po mojej prawej, dwa krzesła dalej. W
głębi czułem, że rozmowa w takim ustawieniu będzie ciężka, więc przesiadłem się
naprzeciwko niego. Kątem oka zobaczyłem coś dziwnego, nienaturalnego. Nigdy nie
poznawałem bliżej mojej służby, jednak miałem doskonałą pamięć do twarzy. Nie
kojarzyłem osoby która teraz właśnie szła w stronę mojej kuchni. Nie kojarzyłem
jej przynajmniej jako kogoś ze służby, jednak ją znałem. To było coś
niewiarygodnie dziwnego. Ostatnio przyjąłem kogoś nowego, może to właśnie ten
chłopak? No cóż, teraz mam małą szansę się przekonać.
- Hej, jeśli mogę spytać.. – Zaczął Link.
- Hmm?
- Nie uważasz, że to trochę dziwne? – Zapytał. – Gdyby
faktycznie Alvemen i Futterkonn byli na granicy wojny, to nie łatwiej byłoby zabić
swoich wrogów teraz, po cichu? – ,,To nie takie proste’’ – pomyślałem.
- To trochę bardziej skomplikowane. Macedon i Mozambique nie
wiedzą, kto stanie po czyjej stronie. Jeśli właśnie chodzi o te dwie persony,
to żaden burmistrz oprócz Deddy’ego nie wchodzi z nimi w bliższe relacje.
Dlatego, jeśli zacznie się wojna, będą szukać sprzymierzeńców w każdym, a ja
nie mam pojęcia kto wygra. – Tutaj można powiedzieć, że lekko skłamałem,
chociaż nie do końca. Gdzieś z tyłu mojej głowy miałem przeczucie, że Warhann
wygra. W końcu był wojną samą w sobie. I mimo wszystko, nawet pomimo wiedzy kim
jestem, kim jest Warhann, Deddy, Hungaar, czułem się normalnym człowiekiem.
Cierpiałem jak normalny człowiek, płaciłem za błędy jak normalny człowiek.
Resztę też tak traktowałem. Nie byliśmy nikim specjalnym.
Minęło pięć minut, a mój sługa o
dziwnie znajomej mi twarzy przyniósł nam posiłek. Sam nie wiedziałem co
zamierzali przygotować, zawsze pragnąłem by mnie zaskakiwali. Sługa postawił mi
przed twarzą na stole talerz, a następnie oznajmił, że to co jem to pierś z
kaczki w sosie słodko-kwaśnym. Nie mogłem się skupić, coś mi tu nie grało. Zacząłem
przyglądać się dokładniej twarzy tego tajemniczego mężczyzny. Miałem szczęście.
Ogromne.
- Nie jedz tego, Link. – Powiedziałem dosyć cichym i
spokojnym głosem. Odepchnąłem od siebie talerz i wstałem z miejsca. Tajemnicza
osoba zaczęła się uśmiechać, a następnie powoli odchodzić w stronę kuchni.
- Stój! – Krzyknąłem, a zaraz potem momentalnie poczułem ból
w klatce piersiowej. Rzucił we mnie nożem. Zatrzymałem się, a napastnik zaczął
uciekać do kuchni. Delikatnie osunąłem się na ziemię. Nie tego się
spodziewałem. Przypomniałem sobie pewną rzecz. Nie mogłem tu umrzeć, nie teraz
i w taki sposób. Miałem dług do spłacenia i obietnice do spełnienia. Obiecałem,
że już nigdy nie stanę się brzemieniem.
Leżałem
sam w łóżku. Nakryłem się cały kołdrą, było mi niesamowicie gorąco ale wtedy to
zdawało się być obojętnym. Musiałem znowu przygotowywać rzeczy do
przeprowadzki. Cierpiałem, obwiniałem siebie za wszystko, zresztą nadal to
robię. Kim niby byłem, żeby odbierać życia niewinnym, kochającym mnie ludziom?
To wszystko naprawdę odcisnęło na mnie piętno. Miałem myśli samobójcze,
chciałem zniknąć. Byłem brzemieniem którego myślałem, że nikt się nie podejmie.
Usłyszałem
dźwięk otwierających się drzwi, a przytłumione przez kołdrę światło z korytarza
wpadało do pokoju. ,,Zostaw mnie, proszę..’’ – pomyślałem. Wydawało mi się, że
zaczynałem nad tym powoli panować, jednak była to tylko złudna nadzieja.
- Hej, Pestko. Nie możesz się tu chować cały czas kiedy coś
nie pójdzie po twojej myśli. – Powiedział do mnie żeński głos. Wiedziałem kto
to. Nie chciałem jednak odpowiadać. – Wiesz, wydaje mi się że powoli zaczynasz
nad tym panować, naprawdę! Jeszcze tylko trochę techniki i będziemy w stanie to
kontrolować.
- Czy to ci wygląda na praktycznie opanowane? – Głos mi się
załamał. Miałem dość tych bzdur którymi mnie karmiła. – Powiedz mi prawdę,
Juliia. Jestem potworem, który zabija wszystko i wszystkich na swojej drodze.
To jest prawda. – Zamknąłem się w momencie, kiedy poczułem ciasny ucisk przez
kołdrę. Przytuliła mnie.
- Wiem co o sobie sądzisz i dlaczego. Ale obiecałam ci coś,
a ja obietnic dotrzymuję. Nie cofnę czasu, nie mam takiej mocy ale mogę pomóc
zmienić twoją przyszłość. Sprawić, że przestaniesz krzywdzić innych, że
będziesz chciał dla nich żyć. Musisz mi tylko zaufać, Pesty.. – Przytuliła
mocniej.
- Ufam ci.. po prostu mam dość, wiesz? Nie chcę się znowu
przeprowadzać, nie chcę znowu zaczynać tego niekończącego się cyklu. – Wtedy
jeszcze Juliia nie miała pojęcia czym są stójki ani zdecydowanie nie miała
jednej. Ona i Jacub zmagali się z nieznanym, mimo wszystko się nie poddając.
Trzymali brzemię, które teraz muszę trzymać ja. Nie mogę już ich spowalniać,
mogę tylko udowodnić swoją wartość.
Na te
słowa, dziewczyna zdjęła ze mnie kołdrę. Jakże żałośnie musiałem wyglądać, cały
zapłakany i roztargany. Wzięła moją rękę i kazała zejść na podłogę.
- Pomódlmy się,
dobrze? – Huh? Za co mam się modlić? Wszystko co w życiu mnie spotkało było
dziełem Boga. Nie chcę dziękować. – Od razu odpowiem, nie masz za co dziękować
ale nie o to mi chodziło. Poprośmy o coś. O cokolwiek. Ja będę prosiła o to,
żebyś mógł kontrolować tą swoją moc. A ty? – To pytanie wybiło mnie z rytmu. O
co mógłbym poprosić oprócz tego, żeby przestał zamieniać moje życie w piekło?
Nagle jednak mnie olśniło.
- Chciałbym, żeby moja mama trafiła do nieba. Żeby wszystkie
moje matki zaznały spokoju i nie gniewały się na mnie. – Nie wytrzymałem i
zanim się zorientowałem, łza poleciała mi po policzku.
- Nie możesz, prosić o coś co już się stało, wiesz? –
Odpowiedziała, przeciągając mnie i z powrotem przytulając. Wtedy zrozumiałem
jak bardzo nie doceniałem Julkki. Jakim ważnym czynnikiem dla mnie była.
Musiałem zacząć udowadniać, że byłem jej wart.
Wstałem
z ziemi, ignorując ból. Nóż nadal wbity był w moje ciało, jednak nie
przeszkadzał mi ani trochę. Z całych moich sił, jak najszybciej pobiegłem za
napastnikiem. Zupełnie zapomniałem wydać polecenie Linkowi albo może nie
chciałem tego robić? Tak czy siak, chłopak pobiegł za mną. Po paru sekundach
znaleźliśmy w kuchni, która już jej nie przypominała. Pomieszczenie zamieniło
się w czystą masarnię. Wszędzie waliły się ciała martwej służby, leżące we
krwi. Widok mnie jakkolwiek nie ruszył. ,,Jestem zarazą’’ – pomyślałem -
,,widywałem gorsze rzeczy’’. Link natomiast widocznie to przeżył, jednak tego
nie pokazywał. Był aktorem, idealnym aktorem. Ruszyliśmy dalej, do jedynego
wyjścia z kuchni które prowadziło do punktu odbioru produktów na zewnątrz. Tam
jednak nikogo nie było. Wróciliśmy się do kuchni. Zobaczyłem coś dziwnego w
jednym z trupów. Podszedłem bliżej żeby sprawdzić. Zanim cokolwiek udało mi się
zrobić, osoba którą wcześniej uważałem za martwą wstała i zaczęła biec.
Dogoniłem ją. Razem rzuciliśmy się na ziemię, jednak udało mi się go
unieszkodliwić.
- Teraz zobaczysz ciemne strony tej pracy. – Powiedziałem do
Linka, wyciągając telefon. Wybrałem z listy kontaktów mojego ochroniarza i
zespół informatyków. – Przyszykujcie Giewont
oraz kamery. Czeka nas publiczna egzekucja. – Powiadomiłem wszystkich.
Komentarze
Prześlij komentarz