Rozdział 9: Brzemię (Pesty London)


           13 Listopad

              Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, lekko opierając ręce. Przedstawienie zaraz miało się zacząć, a ja nie chciałem go przegapić. Przez chwilę miałem ochotę zgadnąć ile moich ochroniarzy musiało być w tym pomieszczeniu, ale szybko odpuściłem. On wie, że patrzę, a ja wiem że chcę na niego patrzeć. Był kimś takim jak ja i nawet nie chodziło mi o posiadanie stójki. Obydwoje byliśmy odrzuceni. Znałem jego historię na wylot, jednak to mnie nie satysfakcjonowało. Chciałem poznać ją na żywo, usłyszeć z ust tego chłopaka. Był aktorem, według krytyków świetnym, jednak żadna opinia w mojej głowie nie była wystarczająca aby określić jego poziom. Gdy tylko pomyślę ,,aktorstwo’’ mam na myśli tylko jego i wyłącznie rzeczy które robi. Nie miałem pojęcia nawet jaką sztukę wystawiają. Musiałem przyjść, byłem na każdej. Tylko on może być moim zastępcą. Kolejnym mną.          
                Urodziłem się w dzielnicy Yamadżuma. Moje pierwsze wspomnienie jednak nie było ani  trochę kolorowe. Taka osoba jak ojciec była nieistniejącą. Cały dobytek mojej rodziny wtedy składał się z kilku koców, kartonów i kradzionych ze śmietników rzeczy. Jedyną bezcenną rzeczą zostawał śpiew mojej matki. Gdyby głos mógł mieć barwę, ona miałaby najjaśniejszy z błękitów. Dorastałem w nędzy, jednak nie przeszkadzało mi to. Byłem kochany. Potrafiłem ignorować cały ból, aby tylko poczuć ciepło jej ramion. Miałem siedem lat. Poprawiłem swój brudny kołnierzyk zniszczonej koszuli nocnej i szukałem swojego kocyka o przegniłej barwie. Mama mówiła, że pasował mi do włosów. Przekopywałem się przez nasze graty, jednak nadal nie mogłem go znaleźć. Ostatecznie poddałem próby i postanowiłem zapytać mamy. Ona też zniknęła. Wyszedłem z mrocznej uliczki której byliśmy mieszkańcami i zacząłem krzyczeć. ,,Mamo?!’’ ,,Mamo?!’’. W pewnym momencie zakrztusiłem się. Nie chciałem nabierać żadnego powietrza, tylko krzyczeć. Tyle, ile sił. Nikt jednak nie odpowiadał. Główna ulica od której odbiegała nasza uliczka była praktycznie pusta, nikt się tutaj nie zapuszczał, tym bardziej o tej porze. Poczułem na swoim zimnym nosie kilka spadających, deszczowych kropel, nie przejąłem się. Było mi zimno, nie przejąłem się. Chciałem ją tylko odnaleźć. Była wszystkim co miałem, bez niej moje życie nie miało sensu. W pewnym momencie zza rogu wystawał skrawek różowej sukienki. Była mojej mamy. Bez żadnego namysłu pobiegłem w jego stronę. Krzyczałem coraz głośniej, a deszcz się nasilał. Co innego miałem zrobić? W końcu dobiegłem do miejsca gdzie zobaczyłem skrawek, lecz nikogo tam nie było. Dzięki wystającej stopie przez odklejającą się podeszwę byłem wstanie poczuć na ziemi coś, co przypominało piach, jednak nim nie było. Tajemnicza substancja parzyła moje stopy. Była gorąca, przeraźliwie gorąca. Zobaczyłem jak troszkę większy od wcześniejszego skrawek leży na chodniku. Jak powoli, z sekundy na sekundę, zamienia się w coś co przypominało piasek. Chciałem wziąć go w dłonie, ale
nie byłem w stanie. Był za gorący. Każda próba podniesienia go kończyła się kolejnym, drobnym poparzeniem. ,,Co się dzieje?’’ – myślałem, krztusząc się własnymi łzami. Usiadłem na piasku, który zdążył ochłonąć. Teraz był tylko ciepły, wydawał się aż kojący. Założyłem ręce tak, aby móc płakać w moje kolana. Dźwięk deszczu dochodził do moich uszu. Zaraz dołączył również odgłos którego się nie spodziewałem. Był dziwny. Nie znałem go, a przynajmniej nie potrafiłem sobie przypomnieć. Odwróciłem się, żeby spojrzeć. Dźwięk obijających się o chodnik kopyt był przynajmniej niepokojący, zwłaszcza o tej porze. Był coraz głośniejszy. Bałem się. Wstałem z ziemi i zacząłem powoli iść do tyłu. Instynktownie starałem się nie robić żadnych pośpiesznych ruchów. Mimo wszystkiego co robiłem i tak zwierzę było bliżej i bliżej. Siedmioletni ja przestał uciekać. Moje ciało przejęła ciekawość. Stanąłem w miejscu i czekałem aż podejdzie na wyciągnięcie ręki. Minęło kilka sekund, a tak się właśnie stało. Koń o ciemnozielonej barwie obtarł się swoim łbem o moją dłoń. Było to mega dziwne uczucie, jakby z każdym kolejnym dotknięciem jego skóra schodziła wraz z oderwaniem palca. Przez chwilę pomyślałem, że to co mam przed oczami to gnijące, żywe stworzenie. Teraz wiem, że było to prawdą. Czułem jego ciepły oddech na swojej skórze. Zbliżyłem się bardziej, opierając głowę o jego łeb. Było w nim coś, co zapewniało mi komfort. Wróciłem do bocznej alejki. Mojej mamy nigdzie nie było, moją jedyną nadzieją było wierzenie w to że wróci rano. Nie znalazłem też zielonego kocyka. Przegniły koń poszedł za mną i położył najbliżej mnie jak tylko mógł. Zamknąłem oczy i starałem się usnąć, jednak co chwile krztusiłem się łzami. Następnego ranka, nic się nie zmieniło. Zostałem sam.
                Mijały lata. Trafiałem do niezliczonej ilości domów zastępczych, jednak nigdy nie trwało to długo. Znikali, tak samo jak moja matka. Z czasem przestało mi na tym zależeć. Uodporniłem się na ból związany ze znikającymi w moim życiu osobami, a przynajmniej tak mi się wydawało. Z biegiem czasu również zrozumiałem dlaczego to wszystko miało taki koniec. Byłem obdarowany, a raczej przeklęty. Miałem coś, co sam podświadomie nazwałem stójką. W okresie kiedy się o tym dowiedziałem, straciłem całe chęci do życia. Powiedzcie, co byście zrobili dowiadując się, że wszystkie wasze kochane osoby znikają przez was? Ja upadłem, nie chcąc wstawać. W moim życiu jednak pojawiły się osoby, które pomogły mi to kontrolować. Pomogły mi zrozumieć moc, którą sam nazwałem ,,Egipt’’. Jacub Jusiau i Juliia Musiau. Bardzo specyficzne rodzeństwo, ale strasznie mi bliskie. Obiecałem sobie, że już nigdy nie skrzywdzę nikogo mi bliskiego w taki sposób. Nigdy nie zamienię ich w piach.
                Zamyślony na chwilę, z powrotem byłem wpatrzony w scenę. Była strasznie jasna, troszkę mi to przeszkadzało. Nie lubiłem rzeczy przesadnie oświetlonych. Z głośników rozmieszczonych na całej sali grała dosyć klimatyczna muzyka. Niekoniecznie uważałem co działo się w samym przedstawieniu, ale najwidoczniej ktoś umarł, a przynajmniej tak bym obstawiał. Skupiłem uwagę na scenie. Zgasły światła, a następnie z powrotem się zapaliły, ukazując postać leżącą w trumnie na pogrzebie. Spojrzałem na twarz aktora grającego trupa tylko aby ją rozpoznać. Link. Był ubrany dosyć formalnie, jednak nie miał na sobie peruki, jego jasne blond włosy idealnie kontrastowały z ciuchami. Patrząc na rolę jaką dostał, byłem pewien że zagra ją idealnie. Nawet nie musiał udawać. Przez ten konkretny czas mógł po prostu być martwy. Wokoło trumny było mnóstwo twarzy innych aktorów, jednak nie potrafiłem rozpoznać żadnej. Nawet mi na tym nie zależało. Byłem ciekawy jak teraz czuje się Link. Jak to jest umierać i ożywać na własne życzenie. Czy to straszne? Bolesne? Może odczuwa jednak spokój? Miałem tak mnóstwo pytań. Musiałem poczekać ostatecznie na koniec, żeby się dowiedzieć. Skupiłem uwagę na przedstawieniu, próbując zgłębić historię, a raczej jej strzępki. Postać którą grał Link prawdopodobnie została zamordowana przez kogoś z rodziny, a dokładniej otruta. Odbywa się pogrzeb podczas którego brat martwego, z tego co zdążyłem załapać detektyw, próbuje dojść do prawdy kto i dlaczego go zabił. Ostatecznie po udanej mszy wszyscy członkowie rodziny udali się do sali na stypę. Nikt nie wyglądał na szczególnie przejętego tą tajemniczą śmiercią. Nie wiem czemu, ale poczułem jako po policzku poleciała mi łza. Ludzie zaczynają się bawić i jeść. Wszystko przebiega gładko, jednak nagle dzieje się coś niespodziewanego. Każdy, jeden za drugim, zaczyna upadać na ziemię. Z ich ust wydziela się piana, nikt nie zostaje oszczędzony. Jedyną postacią która przykuła teraz moją uwagę był detektyw. Z tego co mówiły o nim inne postacie, na nazwisko miał Robertson. On jako jedyny wydaje się udawać swoją śmierć. Kiedy wszyscy pozostali goście leżą martwi, detektyw wstaje. Scena się zmienia, z powrotem jesteśmy nad grobem. Jedyna żyjąca postać zaczyna odkopywać zmarłego. W tym momencie byłem już pewny tego jak zakończy się to przedstawienie. Kiedy detektyw kończy, nagle z dołu zaczyna wystawać ręka. Robertson złapał ją i wyciągnął postać którą grał Link na powierzchnię.
- Udało się? – Pyta niedoszły zmarły.
- Tak. Wszystko jest nasze. – Odpowiedział detektyw, przytulając drugą postać.
- Przepraszam, ale na pewno nie jest nasze… - Powiedział cichutko zakopany wcześniej chłopak. Zanim postać detektywa zdążyła zareagować, została dźgnięta prosto w brzuch. – Jest moje. 
                Tym akcentem zakończyło się przedstawienie. Żałowałem, że nie potrafiłem wcześniej się na nim skupić. Z biegiem czasu, patrząc na końcówkę, chciałbym obejrzeć je jeszcze raz, ze wszystkimi szczegółami. Wszyscy aktorzy stali przed widownią i się kłaniali. Klaskałem mocno, ale tak żeby nie zmęczyć rąk. W końcu nie wszystkim osobom w tym przedstawieniu gratulowałem. Dwójka grająca w samym zakończeniu była tą specjalną dla której klaskałem. Dzisiaj jednak miałem czas aby skupić się tylko na jednym, tym na którym byłem skupiony od samego początku. Wstałem ze swojego siedzenia i założyłem czerwoną kurtkę z pierzem. Poprawiłem opaskę na oku, którą zawsze zakładałem kiedy wychodziłem do miejsc publicznych. ,,Pierdolony Nuklur’’ – pomyślałem. Udałem się prosto do lobby, czekając na Linka. Spojrzałem na afisz i poszukałem roli o nazwisku ,,Robertson’’.
- Dylan Antes, huh. – Powiedziałem sam do siebie pod nosem. Nawet nie wiem co mnie w nim tak zaciekawiło. Niczym się nie wyróżniał od reszty. Na tym punkcie byłem dosyć dziwny. 
- Był świetny, czyż nie? – Usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się i ujrzałem twarz Linka, mającą największy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem.
- Nie tak jak ty, ale myślę że przy odpowiednim treningu mógłby chociaż dotknąć twojego poziomu. – Odpowiedziałem szczerze. Byłem osobą, która nie pokazywała swoich uczuć innym. Tylko wybrani wiedzieli, jak naprawdę się czuję. Nie widziałem powodu, żeby być nieszczerym w stosunku do Linka.
- Dziękuję mocno, ale nie stawiałbym się tak wysoko nad innymi. Jestem po prostu zaczynającym aktorem, takim jak reszta. Zresztą, przepraszam za moje niewychowanie. Link Rybacc, miło Pana poznać! – Odpowiedział zarumieniony. ,,Jesteś nawet całkiem uroczy, wiesz?’’ – pomyślałem.
- Pesty London. – Na tę informację jego oczy rozszerzyły się szeroko. – Ale proszę mów mi po prostu Pesty. Swoją drogą, zanim zaczniesz panikować że ze mną rozmawiasz, pozwól że ci wytłumaczę. Mam do ciebie sprawę, całkiem ważną. Nie chcę, żeby moja pozycja mi to utrudniała. Traktuj mnie jak normalnego człowieka, kolegę. Okej?
- A-ale. Nie wiem czy to w porządku, ja nie czuję się z tym w porządku! – Położyłem mu rękę na ramieniu. Musieliśmy jak najszybciej stąd spadać zanim zrobi niepotrzebne zamieszanie.
- Chodź ze mną. Obadamy to wszystko na spokojnie, u mnie w domu.
- Czy coś zrobiłem?
- Samo to że się urodziłeś wystarczyło. – Odpowiedziałem na szybko, biorąc go za rękę. Wyszliśmy z teatru i od razu udaliśmy się w stronę zaparkowanej przed nim limuzyny. Link wsiadł pierwszy, a ja zaraz za nim. Szofer wiedział gdzie jechać, więc wyciągnąłem z wiadra pełnego lodu stojącego obok mojej nogi, schłodzonego szampana oraz dwa kieliszki z barku. Sobie i Rybaccowi nalałem po równo.
- Spokojnie, odwiozę cię potem do domu. Zdaję sobie sprawę, jakie wyobrażenie możesz mieć przez media i popkulturę. Po prostu wyluzuj, chcę pogadać, nic więcej.
- Przepraszam, Panie Burm…
- Nie, nie i nie. Już ci mówiłem jak masz się do mnie zwracać. – Dopiłem pierwszą lampkę. Link nawet nie zaczął swojej, jednak patrząc jak odkładam kieliszek wziął dużego łyka po którym się zakrztusił.
- Spokojnie kolego, nie musisz trzymać się mojego tempa. – Lekko go skarciłem. Miałem nadzieję, że kiedy już będziemy u mnie w domu to się troszeczkę otworzy.
                Cała podróż nie zajęła nam długo, jakieś dwadzieścia minut. Moja posiadłość była na obrzeżach, a dokładnie zachodniej części Hydryy. Była ona jedną z czterech dzielnic które faktycznie miały dostęp do jakichś większych akwenów wodnych. Budynek w którym mieszkałem był willą z widokiem na morze. Trochę żałowałem, że Juliia nie może tego widzieć na co dzień. Nie odzywała się do mnie od jakiegoś tygodnia, powoli zaczynało mnie to martwić, jednak wiedziałem że jest twarda. Nieważne co, da sobie radę. Zresztą, ma przy sobie Kubbę. Ta dwójka wiedziała jak sobie poradzić. Troszkę mniej ale jednak interesowało mnie co u Kaki. Wiem, że od ostatniego czasu kiedy się widzieliśmy sporo się zmienił, z opowiadań Julkki ,,wydoroślał’’. ,,Chciałbym go teraz zobaczyć i porównać do wcześniejszej wersji’’ – pomyślałem. Teraz to nie o tym powinienem myśleć. Wysiadłem z samochodu i podałem rękę Linkowi, pomagając wstać.
- Chodź za mną, nie chcę żeby ktokolwiek nam przeszkadzał. – Powiedziałem do niego, prowadząc do najwyższej możliwej sypialni posiadłości. Całość składała się z trzech budynków ustawionych w poziomej linii z największym w środku. To ten właśnie miał najlepszy widok na morze. Link nadal siedział cicho, jednak miałem nadzieję, że na górze zaciekawię go na tyle żeby się otworzył. Wchodzenie po tych schodach to katorga ale jakże opłacalna. Wyciągnąłem z kieszeni klucz z zawieszką przekreślonego na czerwono szczura i otworzyłem drzwi. W głębi duszy uwielbiałem ten pokój. Przypominał mi wyglądem stary pokój Jacuba za czasów kiedy jeszcze mieszkał w Hydrzee. Przywoływał wiele wspomnień, takich jak np. wybicie okna przy tworzeniu mechanizmu karmiącego jego świnkę morską. Pamiętam jaki srogi opierdziel dostaliśmy wtedy od jego ojca. Mimo wszystko, było warto.
- Siadaj na łóżku, zaraz wrócę. – Oznajmiłem mu, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi. To teraz miało stać się coś, co mogłoby go otworzyć albo sprawić że zamknie się bardziej, musiałem zaryzykować. Przywołałem Egipt w pokoju, zostawiając go sam na sam z Linkiem. Nawet nie do końca sam rozumiałem co miałem przez to na celu, ale liczyłem że to coś w nim zmieni. Poczekałem kilka minut, a następnie wszedłem z powrotem do środka. Moim oczom ukazał się widok, którego nie do końca się spodziewałem. Link próbował pogłaskać Egipt, jednak wyglądało to na to, że mimo wszystko boi się go dotknąć.
- Widzisz go, huh? – Zadałem pytanie retoryczne.
- Kim jesteś? – Zapytał mnie chłopak.
- Jak to kim jestem? Kimś takim jak ty. Posiadaczem stójki, a to co masz przed swoimi oczami to właśnie ona, Egipt. – Odpowiedziałem.
- Czego ode mnie chcesz? – Głos mu się załamał, czemu odczuwał strach tak bardzo?
- Tak jak mówiłem, tylko porozmawiać. Chcę cię poznać, Link. Chcę, żebyśmy poznali się wzajemnie, we dwójkę.
- W porządku. – Odetchnął. – Jak pewnie już wiesz, też mam to co sam nazwałeś ,,stójką’’. Myślę jednak, że na tym etapie nie powinienem ci jej pokazywać, a tym bardziej używać. Sprawiłem nią wiele bólu, nawet tym którzy na niego nie zasłużyli.
- W tym aspekcie jesteśmy bardzo podobni. Widzisz, nazwałem go Egipt nie bez przyczyny. Przez niego czułem się jak na pustyni przez większość swojego życia. Bez nikogo i niczego do przeżycia, powoli usychałem. Jednak nauczyłem się nad tym panować. Teraz chcę pomóc tobie się nauczyć. – Wytłumaczyłem.
- Ale dlaczego? Dlaczego konkretnie ja? – Powtórzył się.
- Jak już mówiłem, jesteśmy bardzo podobni. Jestem jednak w obawie, że nie przetrwam za długo. Widzisz, może telewizja i prasa nic o tym nie wie, ale sytuacja między dzielnicami jest napięta. Futterkonn i Alvemen są już przy swoim limicie, a do tego wszystkiego Taikaruji tylko na to czeka. Myślę, że przy tym konflikcie będzie trzeba wybrać stronę, a mój wybór może mnie zabić. Szukam następcy. Kogoś, kto przejmie stery w razie mojej porażki, a ty jesteś idealnym kandydatem.
- J-ja? A-ale ja nie…
- Ćśś… wiem, że to wiele do przetrawienia ale będziesz w stanie to zrobić. Nie będę też kazać ci pokazywać mi swojej stójki, z czasem kiedy zaczniesz mi ufać zaczniemy trening. Tymczasem nie pozostaje nic innego niż zaprosić cię na kolację i odwieźć do domu. Spokojnie, nie otruję cię. – Puściłem do niego oczko. Sam nie wiem czemu to zrobiłem, zwykle unikałem robienia tego typu rzeczy. Nic więcej nie mówiłem, zszedłem na dół obserwując Linka i dopilnowując że idzie za mną. Udaliśmy się do największej jadalni w willi. Pomieszczenie było ogromne, wystylizowane na północne klimaty. Niekoniecznie trafiała w moje gusta. Na środku stał ogromny stół, jakby zaprojektowany z myślą o wielodzietnych rodzinach. Mieszkałem tu sam. Może niezupełnie, bo czasami rozmawiałem ze swoją służbą czy ochroniarzami, ale to nadal nie to samo uczucie jak rozmowa z kimś jakkolwiek bliskim. Przez to wszystko czułem się porzucony, mimo tego że Juliia i Jacub mieli ze mną bliski kontakt. Czegoś mi brakowało, a raczej kogoś. Kogoś na miejscu.
                Rozsiedliśmy się wygodnie na krzesłach. Link siedział po mojej prawej, dwa krzesła dalej. W głębi czułem, że rozmowa w takim ustawieniu będzie ciężka, więc przesiadłem się naprzeciwko niego. Kątem oka zobaczyłem coś dziwnego, nienaturalnego. Nigdy nie poznawałem bliżej mojej służby, jednak miałem doskonałą pamięć do twarzy. Nie kojarzyłem osoby która teraz właśnie szła w stronę mojej kuchni. Nie kojarzyłem jej przynajmniej jako kogoś ze służby, jednak ją znałem. To było coś niewiarygodnie dziwnego. Ostatnio przyjąłem kogoś nowego, może to właśnie ten chłopak? No cóż, teraz mam małą szansę się przekonać.
- Hej, jeśli mogę spytać.. – Zaczął Link.
- Hmm? 
- Nie uważasz, że to trochę dziwne? – Zapytał. – Gdyby faktycznie Alvemen i Futterkonn byli na granicy wojny, to nie łatwiej byłoby zabić swoich wrogów teraz, po cichu? – ,,To nie takie proste’’ – pomyślałem.
- To trochę bardziej skomplikowane. Macedon i Mozambique nie wiedzą, kto stanie po czyjej stronie. Jeśli właśnie chodzi o te dwie persony, to żaden burmistrz oprócz Deddy’ego nie wchodzi z nimi w bliższe relacje. Dlatego, jeśli zacznie się wojna, będą szukać sprzymierzeńców w każdym, a ja nie mam pojęcia kto wygra. – Tutaj można powiedzieć, że lekko skłamałem, chociaż nie do końca. Gdzieś z tyłu mojej głowy miałem przeczucie, że Warhann wygra. W końcu był wojną samą w sobie. I mimo wszystko, nawet pomimo wiedzy kim jestem, kim jest Warhann, Deddy, Hungaar, czułem się normalnym człowiekiem. Cierpiałem jak normalny człowiek, płaciłem za błędy jak normalny człowiek. Resztę też tak traktowałem. Nie byliśmy nikim specjalnym.
                Minęło pięć minut, a mój sługa o dziwnie znajomej mi twarzy przyniósł nam posiłek. Sam nie wiedziałem co zamierzali przygotować, zawsze pragnąłem by mnie zaskakiwali. Sługa postawił mi przed twarzą na stole talerz, a następnie oznajmił, że to co jem to pierś z kaczki w sosie słodko-kwaśnym. Nie mogłem się skupić, coś mi tu nie grało. Zacząłem przyglądać się dokładniej twarzy tego tajemniczego mężczyzny. Miałem szczęście. Ogromne.
- Nie jedz tego, Link. – Powiedziałem dosyć cichym i spokojnym głosem. Odepchnąłem od siebie talerz i wstałem z miejsca. Tajemnicza osoba zaczęła się uśmiechać, a następnie powoli odchodzić w stronę kuchni.
- Stój! – Krzyknąłem, a zaraz potem momentalnie poczułem ból w klatce piersiowej. Rzucił we mnie nożem. Zatrzymałem się, a napastnik zaczął uciekać do kuchni. Delikatnie osunąłem się na ziemię. Nie tego się spodziewałem. Przypomniałem sobie pewną rzecz. Nie mogłem tu umrzeć, nie teraz i w taki sposób. Miałem dług do spłacenia i obietnice do spełnienia. Obiecałem, że już nigdy nie stanę się brzemieniem.
                Leżałem sam w łóżku. Nakryłem się cały kołdrą, było mi niesamowicie gorąco ale wtedy to zdawało się być obojętnym. Musiałem znowu przygotowywać rzeczy do przeprowadzki. Cierpiałem, obwiniałem siebie za wszystko, zresztą nadal to robię. Kim niby byłem, żeby odbierać życia niewinnym, kochającym mnie ludziom? To wszystko naprawdę odcisnęło na mnie piętno. Miałem myśli samobójcze, chciałem zniknąć. Byłem brzemieniem którego myślałem, że nikt się nie podejmie.
                Usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi, a przytłumione przez kołdrę światło z korytarza wpadało do pokoju. ,,Zostaw mnie, proszę..’’ – pomyślałem. Wydawało mi się, że zaczynałem nad tym powoli panować, jednak była to tylko złudna nadzieja.
- Hej, Pestko. Nie możesz się tu chować cały czas kiedy coś nie pójdzie po twojej myśli. – Powiedział do mnie żeński głos. Wiedziałem kto to. Nie chciałem jednak odpowiadać. – Wiesz, wydaje mi się że powoli zaczynasz nad tym panować, naprawdę! Jeszcze tylko trochę techniki i będziemy w stanie to kontrolować.
- Czy to ci wygląda na praktycznie opanowane? – Głos mi się załamał. Miałem dość tych bzdur którymi mnie karmiła. – Powiedz mi prawdę, Juliia. Jestem potworem, który zabija wszystko i wszystkich na swojej drodze. To jest prawda. – Zamknąłem się w momencie, kiedy poczułem ciasny ucisk przez kołdrę. Przytuliła mnie.
- Wiem co o sobie sądzisz i dlaczego. Ale obiecałam ci coś, a ja obietnic dotrzymuję. Nie cofnę czasu, nie mam takiej mocy ale mogę pomóc zmienić twoją przyszłość. Sprawić, że przestaniesz krzywdzić innych, że będziesz chciał dla nich żyć. Musisz mi tylko zaufać, Pesty.. – Przytuliła mocniej.
- Ufam ci.. po prostu mam dość, wiesz? Nie chcę się znowu przeprowadzać, nie chcę znowu zaczynać tego niekończącego się cyklu. – Wtedy jeszcze Juliia nie miała pojęcia czym są stójki ani zdecydowanie nie miała jednej. Ona i Jacub zmagali się z nieznanym, mimo wszystko się nie poddając. Trzymali brzemię, które teraz muszę trzymać ja. Nie mogę już ich spowalniać, mogę tylko udowodnić swoją wartość.
                Na te słowa, dziewczyna zdjęła ze mnie kołdrę. Jakże żałośnie musiałem wyglądać, cały zapłakany i roztargany. Wzięła moją rękę i kazała zejść na podłogę.
 - Pomódlmy się, dobrze? – Huh? Za co mam się modlić? Wszystko co w życiu mnie spotkało było dziełem Boga. Nie chcę dziękować. – Od razu odpowiem, nie masz za co dziękować ale nie o to mi chodziło. Poprośmy o coś. O cokolwiek. Ja będę prosiła o to, żebyś mógł kontrolować tą swoją moc. A ty? – To pytanie wybiło mnie z rytmu. O co mógłbym poprosić oprócz tego, żeby przestał zamieniać moje życie w piekło? Nagle jednak mnie olśniło.
- Chciałbym, żeby moja mama trafiła do nieba. Żeby wszystkie moje matki zaznały spokoju i nie gniewały się na mnie. – Nie wytrzymałem i zanim się zorientowałem, łza poleciała mi po policzku.
- Nie możesz, prosić o coś co już się stało, wiesz? – Odpowiedziała, przeciągając mnie i z powrotem przytulając. Wtedy zrozumiałem jak bardzo nie doceniałem Julkki. Jakim ważnym czynnikiem dla mnie była. Musiałem zacząć udowadniać, że byłem jej wart.
                Wstałem z ziemi, ignorując ból. Nóż nadal wbity był w moje ciało, jednak nie przeszkadzał mi ani trochę. Z całych moich sił, jak najszybciej pobiegłem za napastnikiem. Zupełnie zapomniałem wydać polecenie Linkowi albo może nie chciałem tego robić? Tak czy siak, chłopak pobiegł za mną. Po paru sekundach znaleźliśmy w kuchni, która już jej nie przypominała. Pomieszczenie zamieniło się w czystą masarnię. Wszędzie waliły się ciała martwej służby, leżące we krwi. Widok mnie jakkolwiek nie ruszył. ,,Jestem zarazą’’ – pomyślałem - ,,widywałem gorsze rzeczy’’. Link natomiast widocznie to przeżył, jednak tego nie pokazywał. Był aktorem, idealnym aktorem. Ruszyliśmy dalej, do jedynego wyjścia z kuchni które prowadziło do punktu odbioru produktów na zewnątrz. Tam jednak nikogo nie było. Wróciliśmy się do kuchni. Zobaczyłem coś dziwnego w jednym z trupów. Podszedłem bliżej żeby sprawdzić. Zanim cokolwiek udało mi się zrobić, osoba którą wcześniej uważałem za martwą wstała i zaczęła biec. Dogoniłem ją. Razem rzuciliśmy się na ziemię, jednak udało mi się go unieszkodliwić.
- Teraz zobaczysz ciemne strony tej pracy. – Powiedziałem do Linka, wyciągając telefon. Wybrałem z listy kontaktów mojego ochroniarza i zespół informatyków. – Przyszykujcie Giewont oraz kamery. Czeka nas publiczna egzekucja. – Powiadomiłem wszystkich.

Komentarze