Rozdział 8: Nie pozwolę. (Rafau Codac)


           13 Listopad

             Wstałem z fotela i zacząłem powoli chodzić po pokoju. ,,Znowu przegrałem’’ – pomyślałem, łapiąc za szklankę wody. Musiałem się uspokoić. Nie byłem typem osoby, która wyładowywała się na czymkolwiek. Zawsze myślałem nad przyczynami porażek. Analizowałem je. W tym przypadku jednak analizowanie nie było opcją. Wiedziałem czemu przegrałem i czemu to akurat nie jest moją winą. Byłem uzależniony. Gra w którą grałem już kilka lat, Lewd by Fleshlight, potrafiła być momentami przyjemna, ale negatywne emocje były tutaj większością. Powoli przestawałem liczyć ile to już porażek odniosłem pod rząd, lecz każda kolejna wdawała się we znaki coraz bardziej. Musiałem odpocząć, jednak ochota na zagranie jeszcze ten jeden raz do tej pory wygrywała. Nienawidziłem solo kolejki, tym samym tęskniłem za moją grupą. Razem mieliśmy wspiąć się na sam szczyt i być najlepszymi graczami LBF. Kurwa, nawet nie zauważyłem jak boli mnie ich brak. Chciałem wspiąć się najwyżej jak mogłem, jednak rywalizacja nigdy nie była moją mocną stroną. ,,Nadzegarek’’, ,,Decip’’ czy właśnie wyżej wymieniona gra, to były moje umilacze czasu. Uwielbiałem grać z Lożą. Mimo, że często zdawałem sobie sprawę jak ciężkie musiało być przebywanie ze mną. Sam siebie nigdy bym tak nie nazwał, ale wśród ludzi miałem ksywkę ,,ucieleśnienie ironii’’. Byłem dosyć specyficznym i tajemniczym człowiekiem i mimo tego na mnie nie naciskali. Pozwalali mi być sobą w pełnej okazałości. Nikt z nich nie znał prawdy, nawet jeśli niektórzy się domyślali. Balem się. Od zawsze bałem się rozmów o uczuciach. Zresztą, nawet rzadko kto kiedy o nie pytał. To co czułem w stosunku do różnych osób pokazywałem przez czyny, nie słowa. Nie umiałem nigdy powiedzieć komuś wprost ,,dziękuję, że jesteś’’ czy ,,kocham cię’’. Bałem się odpowiedzi, która zawsze mogła być inna od tej którą chciałbym usłyszeć. Przez to wszystko nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Zresztą, nawet teraz nie użyłbym stwierdzenia, że to ja ,,znalazłem sobie miejsce’’. To ono znalazło mnie. Gdyby nie to, że moi rodzice byli najbardziej wpływowymi ludźmi NanBuklear, raczej to by mnie spotkało. Teoretycznie powinienem im za to podziękować, ale nie mam sił by spotkać się z matką. Nie po tym wydarzeniu z Denną i nie po tym jak zachowała się w stosunku do ojca, a raczej przyszywanego ojca. Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile czasu poświęciłem na akceptację tej myśli. Jestem synem samego Boga. I moja siostra też była. Może wydawać się to szalone, ale tak właśnie jest. Mimo wszystko, nie jestem nikim specjalnym. No może poza stójką, ale przysięgam że wiele ludzi takową ma, przynajmniej w moim środowisku. Czułem się świetnie jako członek Loży Szyderców. Nigdy nie byłem tak wdzięczny Bogu za cokolwiek jak za spotkanie Kaki.
                Pewnego pamiętnego wieczoru grałem sobie w LBF. Jako namiętny gracz solo kolejki Water! za które podziękował w poczekalni. Graliśmy praktycznie całą noc, wygrywając coraz więcej gier i wspinając się w rankingu europejskim. W końcu zaczęliśmy się zwracać do siebie po imionach, czyli Rafau i Kaka. Rozmawialiśmy coraz więcej, zbaczając z tematu gry na wszelkie inne. Ostatecznie chciałem zaprosić go na jakiś kanał głosowy żebyśmy w końcu mogli normalnie pogadać, bez pisania, ale nowopoznany chłopak zaproponował spotkanie. Tak się złożyło, że obydwoje mieszkaliśmy w dzielnicy NanBuklear. Zarzuciłem propozycją wyjścia na kawę do jednej z najbardziej prestiżowych kawiarni jakie znałem, a chłopak się zgodził. Spotkanie było świetne, czułem jakbym rozmawiał z najlepszych, od dawna niewidzianym kumplem. Czas mijał nieubłagalnie, kiedy my zacieśnialiśmy nasze więzi. Na jednym z późniejszych już spotkań, chłopak wyszedł z propozycją zapoznania mnie swojej rodzinie i znajomym.
miałem dosyć ciągłego przegrywania. Po piątej przegranej z rzędu do mojej poczekalni doszedł jakiś tajemniczy gracz, którego nawet nie miałem w znajomych. Przez chwilę zastanawiałem się skąd on przyszedł ale kazał mi odpalać szukanie meczu, które wybudziło mnie z przemyśleń. Załadowaliśmy się do meczu, który całkowicie odmienił moje życie. Tajemniczy gracz był świetny. Jego poziom rozgrywki był najprzyjemniejszym jakiego do tamtej pory doznałem. Każdy jego ruch emanował aurą profesjonalności, wiedział co robi. Po pierwszym wygranym meczu napisałem mu kilka komplementów na platformie
- Znam jeszcze innych ludzi, których mógłbyś polubić! Pasujesz do nas, pasujesz do Loży. – Takie zdanie wypowiedział mi prosto w twarz. Nie byłem w stanie mu odmówić.
                W tamtym okresie jeszcze nie miałem pojęcia o potędze nieznajomej mi ,,Loży’’, która rosła w siłę na moich oczach. Myślałem, że to moi rodzice stanowią elitę świata gangsterskiego. Nic bardziej mylnego. Nie chciałem mieć z gangsterką nic wspólnego, a mimo to Kaka wciągnął mnie w świat Szyderców, nawet nie wypowiadając jednego słowa na ich temat. Zaskakująco, dosyć szybko wpasowałem się do grupy. Ich liderka, a raczej nasza liderka, Juliia Musiau, była bardzo charyzmatyczną i odpowiedzialną kobietą o świetnym poczuciu humoru. Uwielbiałem droczyć się z Addą Deredess i pośmiać się z ludzi razem z Jacubem Jusiau. Maciei Zawadzieuo nie był nikim dla mnie szczególnym, po prostu żył, a z tego co zdążyłem zauważyć to niekoniecznie chciał to zmieniać. Wszyscy oprócz mnie, Julii i Kaki raczej go lubili. Właśnie w tej grupie dowiedziałem się, że nie jestem sam na świecie z tą umiejętnością zwaną ,,stójką’’. Każdy tam ją miał, nawet niekoniecznie od urodzenia jak ja. Maciei był jedynym, który zyskał ją przez Strzałę Apolla, tak mi właśnie powiedzieli. Nie miałem pojęcia o czym to mogło świadczyć, ale to Zawadzieuo, najpewniej nic dobrego. Co do stójek, to moja nazywała się ,,Closing Time’’. Nie miała zbytniego potencjału bitewnego jak niektóre, ale według mnie i kilku innych osób była mega w porządku. Potrafiłem tworzyć proste mechanizmy, takie jak kłódki, dyby czy żelazne dziewice. Mogłem zadecydować o ich materiale lub wielkości.
                Mijały lata, a więzi z niektórymi Szydercami się zawiązywały. Przez ten cały czas nadal nie potrafiłem dotrzeć do Maciei’a, a raczej to on nawet nie próbował dotrzeć do mnie. Znowu zacząłem bać się swoich uczuć. Zacząłem czuć coś do Kaki, ale nie umiałem tego nazwać lub też zwyczajnie bałem się zadecydować o tym jaki to typ uczucia. Siedziałem cicho, nie robiąc niczego głupiego. Zepsucie tej budowanej do tej pory relacji nie wchodziło w grę. Drobnymi gestami do celu, taki był mój plan. Ale co było tym celem?  Ostatecznie musiałem wziąć sobie przerwę. Odpocząć od tej karuzeli emocji i zarządzania razem z innymi dzielnicą, dla własnego dobra. 
                Chciałem wyjść na balkon i troszkę ochłonąć. Znowu zacząłem nad tym wszystkim myśleć, zatruwając sobie tylko głowę. W głębi serca uwielbiałem to mieszkanie. Kupiłem je pewnego dnia od jednej, wysokiej blondynki. Wtedy, tamtego dnia, myślałem że coś jest nie tak z jej wyglądem ale nie potrafiłem sobie przypomnieć o co dokładnie mi chodziło. Chciałem popatrzeć w gwiazdy. Nie byłem typem człowieka którego zazwyczaj uspokaja takie coś, ale co mi zaszkodziło spróbować? Zwłaszcza, że akurat wtedy nabrałem na to znacznej ochoty. ,,To już jutro, co?’’- pomyślałem, patrząc na nocne niebo. Już jutro wracam do domu. Do prawdziwego domu. O ile urlop mi się przydał, to nadal tęskniłem jak cholera. Chciałem wrócić do przyjaciół, do Kaki. W końcu mogłem sobie z nim pośmieszkować albo nawet pośmieszkować z niego. Uwielbiałem to, jak uroczo się denerwował. Wziąłem do rąk zdjęcie które leżało na parapecie. Pomyślałem o tym dniu, kiedy zostało zrobione. O tym wietrze jaki odczuwaliśmy i piasku pod gołymi stopami. Nim się spostrzegłem, na zdjęciu znalazło się kilka łez. ,,Tęsknię, Donna’’ – pomyślałem odstawiając się z powrotem na parapet. Wytarłem oczy rękoma, a następnie usłyszałem niespodziewany dźwięk od strony drzwi wejściowych. Wolnym krokiem podszedłem i zajrzałem przez wizjer. Nim mogłem przeanalizować to co zobaczyłem, po drugiej stronie rozległ się huczny dźwięk, jakoby ktoś upadł na podłogę. Otworzyłem drzwi niemalże wyrywając je z zawiasów, aby ujrzeć leżącego na mojej wycieraczce Kakę, całego we krwi, podającego mi rękę. Chciałem zapytać co się stało i co on tu w ogóle robi, ale zdałem sobie sprawę że czas na takie pytania przyjdzie później.
- H-hej, mógłbyś mi może pomóc zanim mnie zabiją? – Zapytał prześmiewczo, akcentując dosadnie szóste słowo. To właśnie to zdanie poruszyło mnie do akcji. Podałem mu rękę i pomogłem wstać, proponując oparcie się o moje ramię. Chłopak spasował, ale po kilku krokach widziałem że znowu zaczynał podupadać, więc zrobiłem to co uważałem za słuszne. Weszliśmy do mojego mieszkania i usiedliśmy na kanapie.
- Ale mam szczęście, że mieszkasz na parterze, bo jakbyś mieszkał gdziekolwiek wyżej to miałbym hard time kulanie się po schodach w dół. – Skwitował, a ja leciutko zaśmiałem się pod nosem. Nadal chciałem uzyskać odpowiedzi, ale patrzenie na niego w takim w stanie kłuło mnie w klatce.
- Zapytałbym cię o chuj tu w ogóle chodzi, ale myślę że sam mało co o tym wiesz, nie? – Zadałem mu pytanie retoryczne.
- No jacha. Powiem ci tylko tyle, że jak zobaczę jeszcze jednego skurwysyna w błękitnej sukience to się poddaje na instancie. – Odpowiedział, jednak nie potrafiłem nic z tego wywnioskować. Zanim zdążyłem do niego cokolwiek z powrotem powiedzieć, usnął na kanapie. ,,Mógłbyś się chociaż umyć’’ – pomyślałem, patrząc na ubrudzoną od krwi kanapę. Nie wydawało mi się, żeby należała do niego, więc musiał z kimś walczyć, a patrząc na to, że właśnie usnął na kanapie, to musiało ich być dostatecznie sporo żeby go tak zmęczyć. W takim momentach jak ten cieszyłem się, że treningi początkowo aby dostać się do Loży były takie ciężkie, a zwłaszcza dla niego, osoby który poniekąd ją założyła. Nie miałem pojęcia co teraz zrobić. Nigdzie nie było śladu Julii, a zazwyczaj wszędzie pojawiali się razem. ,,Może do niej zadzwonię?’’ – pomyślałem, zupełnie niepewny. Moje myśli przerwał niewyobrażalnie głośny dźwięk rozbijanej szyby. Obróciłem się i zobaczyłem majestatycznie ułożonego Jacuba, wlatującego mi do mieszkania. Chwila podziwu nie trwała długo, ponieważ zaraz po kilku sekundach upadł na płasko, na ryj. Czułem, że w jakiś sposób wiedział iż Kaka tu jest. Jusiau wstał z ziemi, otrzepał się i krzyknął do mnie:
- Yo! Ale to zajebiście wyszło! – Cieszył się z tego jak dziecko.
- Bardzo, dzięki za tę zajebiście wybitą szybę! – Odpowiedziałem, troszkę zdenerwowany. Mężczyzna podszedł do mnie, a dokładniej do Kaki i wyjął zza paska słoik pełen łez.
- Myślałem, że nosisz przy sobie fiolki, a nie kurwa słoiki. – Oznajmiłem na głos. Czekałem na odpowiedź, kiedy on rzucił tylko szybkim:
- Jestem w stanie niekończącej się agonii. Zajmę się nim, a tobie radzę się w coś uzbroić bo w końcu od dawna się napierdalamy! – Te ostatnie słowa brzmiały weselej od pierwszych. Napierdalamy? O co mu w ogóle chodziło? Nie potrzebowałem jednak większej zachęty i najszybciej jak potrafiłem udałem się do swojego biurka na którym leżał mój ulubiony nóż do tapet. Lubiłem się nim bawić podczas grania, ale wiedziałem też jak używać go w praktyce. ,,Dzięki treningowi’’ – pomyślałem, patrząc na jego żółto-czerwoną rączkę. Nie wiedziałem ile osób przyjdzie tutaj z zamiarem zabicia mnie ani czy mają stójki, jednak nie czułem strachu, a raczej nie mogłem go czuć. Musiałem go ochronić. Nie było tutaj żadnych wątpliwości. Udałem się z w powrotem do drzwi wejściowych i kiedy miałem już położyć dłoń na klamce, drzwi otworzyły się tak mocno, że wypadły z zawiasów w stronę klatki schodowej. Ja też upadłem zaskoczony sytuacją, kiedy do pokoju wpadła Juliia,  przesuwając szafę z przedpokoju na miejsce drzwi.
- Musimy je bardziej zabarykadować, szybko! – Wykrzyknęła, wskazując na okoliczne półki. Czułem wobec niej szacunek i autorytet, wykonywałem to o co prosiła. Przesunąłem lodówkę z kuchni oraz meblościankę z pokoju, blokując jednocześnie wejście i wyjście. Złoty latex który miała na sobie Juliia był cały zabrudzony krwią, podobnie jak ubrania Kaki. Trzymała w rękach dwie katany. Miałem przeczucie, że przeciwnicy są blisko. Mając to w myślach, podszedłem do leżącego na kanapie Kaki, który się obudził. ,,Mogą być tylko dwa zakończenia tej walki i nie pozwolę, żebyś w którymkolwiek ucierpiał’’ – pomyślałem, patrząc na chłopaka.
wa- O geez, znowu walka? Szczerze mówiąc, to nie chce mi się, ale mus to mus. – Skwitował, próbując wstać z kanapy.
- Nie ruszaj się bo ci jebne. – Zagroził mu Jacub, ciągle lejąc na niego łzy ze słoika.
- Mógłbyś przeprosić ode mnie Julkkę? – Zapytał Katwar, patrząc mi prosto w oczy.
- Ona ci już dawno wybaczyła, wydaje mi się… Inaczej by tu dla ciebie nie przyszła, pierdolcu. – Prychnąlem, a następnie złapałem go za rękę. Była przyjemnie ciepła i bardzo delikatna w dotyku.. Nawet nie zauważyłem, że ekspresja na mojej twarzy przyjęła poważny charakter. – Uciekaj z Jacubem do kryjówki. Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci zrobili.
                Kiedy skończyłem wypowiadać te słowa, cała nasza uprzednio zrobiona barykada runęła z hukiem. 
- Jego stójka jest idealna do niszczenia takich rzeczy! – Wykrzyknęła w moją stronę Musiau. Puściłem rękę Kaki i szybkim gestem kazałem Jusiauowi uciekać z mieszkania oknem. Jacub wziął go pod ramię i używając humanoidalnej postaci Cry Baby Cry (zresztą, całkiem uroczych panienek) zeskoczył, nie robiąc przy tym krzywdy sobie czy wycieńczonemu. Ja i Juliia byliśmy w gotowości, ustawieni do siebie plecami, twarzami zwróceni w stronę niedoszłej barykady. Liderka zaśmiała się pod nosem, wypunktowując:
- Będziesz walczył tym małym gównem? – Nie oczekując mojej odpowiedzi, wytrąciła z mojej dłoni nóż do tapet i zaoferowała jedną ze swoich dwóch katan. Nie czułem się z nią tak dobrze jak z moim ulubieńcem, ale posiadałem jakieś tam umiejętności w używaniu broni o większym ostrzu. Nagle do mieszkania wpadła grupa na oko 10-15 osób. Nie byli używaczami stójki, tylko zwykłymi pionkami, ubranymi w błękitne szaty, do tego nie na swojej planszy.
- Tęskniłam powiem ci, Kooba – Powiedziała w stronę drzwi pewnie Juliia. – W końcu mogę ci coś zrobić bo tych wszystkich latach. – Oznajmiła. Byliśmy gotowi. Wiedziałem kim jest ten użytkownik stójki, co wcale nie oznaczało że czułem się stuprocentowo pewny siebie w walce z nim. Stójka Kooby, Mr.Fear, specjalizowała się w jednej rzeczy – strzelaniu kulkami. Połączona jednak z nim precyzyjność i celność nadawała jej charakter zabójczy i zwodniczy. Mój nóż do tapet, wcześniej wytrącony z moich rąk przez Juliię, leżał teraz obok kuchenki gazowej w kuchni. Nie miałem pojęcia czemu zwróciłem na to uwagę, ale czułem że ta informacja odegra ważną rolę. Tak więc zaczęła się walka. Kooba puścił kilka kulek w stronę Musiau, ledwo co trafiając ją w kostkę. Resztę pocisków moja stójka zdążyła pozamieniać w kajdanki o dosyć dużej masie, tym samym skazując je na stratę prędkości i upadek w środku lotu. ,,Na razie nie wygląda to tak źle’’ – pomyślałem. Jedną parę kajdanek wziąłem do rąk i rzuciłem w stronę Coopica. Miałem plan. Juliia w tym czasie szybko pobiegła do kuchni i nie zastanawiając się długo rzuciła nożem do tapet w stronę przeciwnika. Kooba uniknął tego, ale byliśmy świadomi że to zrobi. Każdy członek Loży rozumiał się bez słów, jeśli chodziło o walkę. Wtedy liczył się tylko język ciała i gesty, które każdy z nas potrafił odczytywać bez problemu. Niektórzy nazywali nas robotami zaprogramowanymi do walki, jednak to tak nie wyglądało. Każdy z nas, bez wyjątków, poświęcił dostatecznie wiele by przeżyć w tym zepsutym mieście, a nauka współpracy podczas walki była w pakiecie. Wiedziałem o czym myślała Juliia, niekoniecznie przyjmując to z uśmiechem na twarzy. ,,Mus to mus’’ – pomyślałem, akceptując myśl o wprowadzeniu się na stałe do Pałacu Codac. Nawet nie miałem pojęcia jakim cudem moi rodzice go stracili, ale to teraz najmniej ważna rzecz na jaką mój umysł mógł zwrócić uwagę.
                Ruszyłem w stronę Kooby, biegnąc najszybciej jak potrafiłem. Przedtem wziąłem z ziemi jeszcze jedne kajdanki, które miały go unieruchomić. Napastnik nawet nie zdał sobie sprawy, kiedy rzucona w niego wcześniej para kajdanek zamieniła się za nim w dyby do których go przypiąłem. Musiałem szybko się wycofać, ale zanim zdążyłem to zrobić, dostałem kulką w prawy bok głowy. Uderzenie nie było za mocne, jednak czułem ciepło cieknącej krwi pod moim uchem. Dyby i kajdanki które stworzyłem były praktycznie nie zniszczalne, stworzone z czystego diamentu. Otumaniony udałem się w stronę okna najszybciej jak potrafiłem, czekając tylko na znak od liderki. Bardzo chciałem wrócić się po zdjęcie Donny, ale nie miałem już czasu. ,,Czas w końcu zakopać rzeczy z przeszłości’’ – pomyślałem, tym samym żegnając się z moją martwą siostrą.
- SKACZ! – Wykrzyknęła w moją stronę liderka, biegnąc prosto do okna. Posłuchałem się jej i w ułamku chwili byłem na dole. Teraz naprawdę podziękowałem sobie z przeszłości, że kupiłem mieszkanie na parterze. Liderka była tuż za mną, dzierżąc w jednej z dłoni zapalniczkę. Widziałem jak wcześniej majstrowała coś przy kuchence, więc fakt że trzymała coś co zacznie reakcję mnie nie zadziwił. Lecąc na ziemię z uśmiechem na twarzy, wrzuciła zapalniczką do środka mieszkania, krzyknęła do Kooby:
- W tym świecie, to ja jestem Bogiem. – Kobieta upadła wprost w moje ramiona. Postawiłem ją na ziemi i czekałem na kolejne rozkazy. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia co możemy zrobić teraz w takiej sytuacji.
- I tak nie zdążymy uciec jeśli w jakiś sposób przeżył. Widzisz tę wierzbę? Schowajmy się za nią. – Zaproponowała, a ja przytaknąłem. Usłyszałem ogromny huk, a następnie spojrzałem w stronę z której dochodził. Moje mieszkanie stało się hostem wystawy fajerwerków w zaledwie kilka sekund. Po tym jak każdy dzisiaj praktycznie rozjebał je ze wszystkich stron, niekoniecznie robiło to na mnie wrażenie. Kiedy eksplozja zaczęła przenosić się na pozostałe piętra, zaczęliśmy biec w stronę kryjówki. Wina zaczęła na mnie napływać. ,,Ile niewinnych ludzi musiało przez to zginąć’’ – zapytałem sam siebie, nie znając jednak odpowiedzi. Mój oddech zaczął robić się ciężki. ,,Przepraszam, przepraszam, przepraszam’’ – powtarzałem, licząc na wybaczenie. Musiałem jednak wziąć się w garść. Stało się, teraz muszę utrzymywać swoje życie jako priorytet. Biegliśmy nadal w stronę kryjówki, jednak coś, a raczej ktoś, nam przerwało. Obok głowy Julii przeleciała kulka, dokładnie taka sama jaką wytwarzał Mr. Fear. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy Koobę Coopica, kompletnie nietkniętego, w dodatku całego nagiego.
- Co do kurwy. – Skwitowałem na głos. Zanim jednak ktokolwiek zdążył mi odpowiedzieć, kilka kulek uderzyło mnie w klatkę piersiową. Splunąłem przed siebie krwią, zdając sobie sprawę, że pewnie złamał mi niektóre żebra. Liderka natomiast uniknęła ataku. Runąłem na ziemię. Jakim cudem on to przeżył? Podniosłem głowę i spojrzałem na naiwną próbę zaszarżowania na niego podjętą przez Musiau. Skończyła na ziemi z licznymi obrażeniami głowy. Udawała umierającą. W tym samym czasie z resztek mojego skupienia stworzyłem dwie żelazne dziewice, jedną w środku drugiej. Z tej większej usunąłem gwoździe, a następnie się w niej schowałem, natomiast mniejszą zostawiłem w spokoju. Coopic widząc tę marną dla niego próbę ochrony prychnął pod nosem. Podszedł do opartej o drzewo żelaznej dziewicy i z poczuciem zwycięstwa, chciał ją otworzyć. Za nim jednak to zrobił, wymazałem większą żelazną dziewicę i schowałem się za drzewem, a następnie wyskoczyłem i ugodziłem go w nogę wcześniej podarowaną mi kataną. Juliia również w tej chwili przestała udawać umierającą i z całych swoich sił rzuciła swoją bronią w drugą nogę napastnika. Nim zaskoczony sytuacją Kooba zareagował, wykorzystałem tę odrobinkę czasu i wepchnąłem go do środka żelaznej dziewicy. Jego krzyk kiedy gwoździe wbijały mu się w skórę mnie przeraził. Nie chciałem go zabijać, a Juliia zdecydowanie chciała go jeszcze przepytać.
- Czemu współpracujecie z zakonem? – Zapytała go liderka. Pewnie miała więcej niż jedno pytanie, ale nie mieliśmy czasu. Pozostałe jednostki pewnie zjawią się tu lada moment, a my i tak jesteśmy zbyt ranni by ich wszystkich odepchnąć.
- Shochi. Nadal nie przestał szukać, Julkka. – Usłyszawszy to imię, oczy Musiau się rozszerzyły. Kim był ten cały Shoichi i czemu tak na niego reagowała? – Chciałem tylko ochronić Garola. Zresztą, nadal mam taki zamiar. – Ostatnie zdanie wypowiedział chłodnym tonem. Widziałem na twarzy liderki, że to koniec. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, a przynajmniej ja się czegoś takiego nie dowiedziałem. Jednym tropem który mieliśmy był Garol Kawronski, lider Dangozjebuf. Niespodziewanie jednak, Juliia podała mu rękę i pomogła wstać. Nie miałem teraz zupełnie pojęcia co się działo.
- Jeśli to naprawdę Shoichi to mogłeś się do mnie odezwać. Natomiast, jeśli to kłamstwo, to uwierz – znajdę cię. – Poklepała go po plecach i odwróciła się w moją stronę. Odwołałem dziewicę i razem ruszyliśmy w stronę kryjówki. Kooba za nami nie poszedł.

Komentarze