Czerwiec 2016 rok.
Pokój pełen był zielonych roślin. Różne storczyki, paprotki, a nawet zdarzyło mi się ujrzeć kaktusy czy bambusy. Gdzie się nie odwróciłem, tam zawsze stała doniczka. Nie byłem za wielkim fanem kwiatów czy jakichkolwiek roślin hodowlanych, nic do nich nie miałem, ale patrząc na ten pokój wydawało mi się, że gość miał pierdolca na ich punkcie. Julkka i Pesty stali obok mnie, zmieszani zaistniałą sytuacją. To nie miało tak wyglądać, ani trochę. Nie wiem jakim cudem nie udała nam się ta akcja po cichu, a nie czekaj, jednak wiem. Pesty spierdolił robotę. Najwidoczniej ktoś musiał zobaczyć nagrania z kamer i przeżyć, aby poinformować o nas Nuklura. Bałem się tego, że dojdzie do walki. Gość miał stójkę! Tylko inni użytkownicy stójek mogli je widzieć, więc to że zobaczył ją Pesty nie zrobiło na mnie wrażenia, ale widziała ją Juliia. Od kiedy ona miała standa? Nie miałem bladego pojęcia, w mojej głowie rodziło się tylko coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Moja stójka nie była jakkolwiek przystosowana do walki, więc byłbym bezużyteczny w przypadku konfrontacji. Nienawidziłem mojej bezradności, nieważne w jakiej sytuacji. Może i miałem opinię naczelnego śmieszka i człowieka, który traktuje wszystko z przymrużeniem oka, ale kiedy faktycznie coś się dzieje to chcę pomagać.
- Może na początku warto by było chociaż porozmawiać? –
Zaproponował Nuklur. Był dosyć wysokim mężczyzną o długich, czarnych włosach z
białymi pasemkami. Jak na moje ubierał się trochę gejowsko, bo w skórę o
kolorze śniegu, dodatkowo opiętą na jego skórze, ale teraz raczej nie miałem
prawa go oceniać. Widziałem jak bardzo Juliia nie może pohamować złości, ale
złapałem ją za rękę i powiedziałem na ucho:
- Spokojnie. To może być nasza dodatkowa szansa na
załatwienie sprawy po cichu. – Przytaknęła i w trójkę wraz z Pesty rozsiedliśmy
się przy wielkim stole do obrad. Nie czułem się dobrze w takich miejscach,
zaczął dziwnie pobolewać mnie brzuch. Ywopyt wziął tackę na której stały cztery
kubki i po kolei przeszedł się obok każdego z nas, stawiając po jednym. W moim
była kawa, a z tego co zdążyłem zauważyć w innych zielona herbata.
- Wyglądasz na takiego, który ubóstwia smak kawy, stąd ta
odmienność, panie…
- Jacub. I nie, nienawidzę tego czarnego i gorzkiego
kurestwa z dna mojego serca. –
Odpowiedziałem najchłodniej jak tylko się dało.
- Ciesz się, że w ogóle coś dostałeś patrząc na
okoliczności. Tak więc, jeśli pozwolicie, chciałbym zapytać.. Dlaczego
wbiliście mi się do domu i zabiliście większość moich ludzi? – Czuć było w jego
głosie zdenerwowanie, ledwo trzymał wszystko w ryzach.
- Myślę, że tego akurat nie trzeba tłumaczyć. – Wyrzuciła mu
prosto w twarz Juliia. – Zabiłeś tylu niewinnych ludzi. Skazałeś ich na śmierć
bez mrugnięcia oka. A wszystko to dlaczego? Dla jakiejś pojebanej ambicji bycia
wyższym? Bycia lepszym od innych? Czy to takim liderem dla ludzi chciałeś być?
Każdy. Cię. Nienawidzi. Nuklur. – Ostatnie słowa wypowiedziała powoli i mocno
je zaakcentowała. Nie mogłem się z nią bardziej zgodzić. Ja też go nie lubiłem,
nawet jeśli w innym stopniu niż moja siostra, to nadal życzyłem mu wszystkiego
co najgorsze na każdym kroku. Teraz kiedy nakazał mi go zabić sam Bóg, nie
mogłem odmówić. Tylko dlaczego Juliia i ten młody chłopak, Kaka, też go słyszą?
Mam nadzieję na sporą ilość wyjaśnień w najbliższym czasie.
- Tak więc to chyba koniec rozmowy, nie? – Zaśmiał się pod
nosem, wstając z krzesła. ,,To prawda, koniec’’ – pomyślałem, zasuwając jedno
również za sobą. Następnie nim zdążyłem się zorientować, Juliia wyciągnęła zza
paska swoich spodni pistolet i bez większego celowania strzeliła nim w stronę
Nuklura. Ten jednak był przygotowany na taki ruch i szybko przeturlał się w
stronę jednej z szafek, unikając pocisku. Poszliśmy za jego przykładem i
również schowaliśmy się za filarami na których wisiały paprotki. Byłem bardzo
pesymistycznie nastawiony do tej walki i pragnąłem by skończyła się jak
najszybciej. Niestety, to był dopiero początek. Ja i Pesty byliśmy odwróceni
plecami do jednego filaru z dwóch różnych stron – południowej, a on natomiast
wschodniej. Poczułem wibracje, a następnie moim oczom ukazał się roztrzaskany
na podłodze marmur od strony północnej. Zaraz potem dźwięk osuwającego się na
ziemię ciała dotarł do moich uszu. Spojrzałem w stronę Pestiego i zamarłem.
Chłopak leżał na podłodze cały we krwi która skapywała z jego oka.
- P-pesty?! Hej, w-wstawaj! Pesty! – Krzyczałem w jego
stronę, cały spanikowany. Czułem się jak w transie. Nie chciałem go stracić.
Był moim najlepszym kumplem, a nawet pokusiłbym się o nazwanie go bratem z
innej matki. To nie miało prawa się tak skończyć.
- Uważaj! – Wydarła się z drugiej strony pokoju na mnie
Juliia. Nie miałem pojęcia o co chodzi do momentu w którym poczułem nieopisany ból
i ciepło w jednym ramieniu. Symultanicznie zakryłem ranę dłonią. Postrzelił
mnie. Ale jakim cudem? Nie miałem pojęcia. Z logicznego punktu widzenia, nie
miał nawet jak. Dostałem rykoszetem? Czy to na tym polegała umiejętność jego
stójki?
- Jacub! Odsuń się od kwiatów! Rozgryzłam to. – Ostrzegła i
poinformowała mnie Juliia. Mogłem tylko zastosować się do prośby i jak
najszybciej uciekłem za stół do obrad, skupiając się na patrzeniu na rośliny.
Słyszałem dźwięki podobne do wystrzału pistoletu. Biegnąc z głową zwróconą ku
tyle w końcu zacząłem to pojmować. Ta forma krewetki która ma jego stójka nie
była przypadkowa. Tak przynajmniej zakładałem, bo ciężko było mi określić czy
to było to. Z każdym strzałem używał nowej rośliny. Pocisk był równy szerokości
mojej dłoni. ,,Ja też to rozgryzłem, Julkka’’ – pomyślałem, wyciągając pistolet
zza złotej marynarki. Krzyknąłem ostatni raz, wystawiając się na atak.
- Weź Pestiego i idź! Skończę z Nuklurem i do was przyjdę. –
Oznajmiłem dosyć zimnym głosem. Nie mogłem pozwolić żeby Pesty ucierpiał
bardziej niż do tej pory. Widziałem zmartwienie w jej oczach, jednak tylko mi
przytaknęła i wzięła rannego pod ramię. Wiedziałem co będzie za to ceną i kiedy
Ywopyt wystrzelił kolejny raz celując w moją siostrę, rzuciłem się przed nią i
przyjąłem pocisk na siebie. Juliia nie obracała się i biegła dalej. W takich
sytuacjach naprawdę doceniałem zaufanie jakim mnie darzyła. Lecąca z zawrotną
prędkością krewetka-nabój trafiła w moje udo. Błagałem ojca ten jeden raz, aby
nie była to tętnica. Próbowałem wstać, ale ból w nodze i ramieniu był nie do
wytrzymania. Przeczołgałem się z powrotem za stół i zacząłem zastanawiać co
teraz zrobić. Zestrzelić wszystkie doniczki z roślinami? Tylko nic by mi to
szczerze nie dało… Musiałem zniknąć, nie mógł wiedzieć gdzie jestem. I nagle w
tym momencie niegłupi pomysł wpadł mi do głowy. Nie byłem jednak pewien czy
będę w stanie go zrealizować. Zdjąłem marynarkę, a następnie podarłem
podkoszulkę. Obydwie rany krwawiły obficie, czułem jak opadam z sił z sekundy
na sekundę. Z podartej odzieży zrobiłem coś na wzór opaski uciskowej i zacisnąłem
na ramieniu oraz udzie. ,,Musi wystarczyć’’ – pomyślałem, wkładając całą siłę w
to, aby tylko wstać z podłogi. Plan był prosty i całkiem naiwny, ale nic innego
mój mózg teraz nie umiał wymyślić. Położyłem dłoń na blacie stołu, jednak nagle
obok niej pojawiła się dziura od wystrzelonej przez Nuklura krewetki.
- Pojebało cię chyba. – Skwitowałem na głos, mając wyjebane
skoro i tak wiedział gdzie jestem. Podniosłem z podłogi leżącą obok mojej nogi
broń i leciutko musnąłem jej lufę ustami, a następnie poprosiłem szeptem:
- Nie zatnij się, we
we.. – Musiałem szybko działać. Podniosłem się z ziemi i wycelowałem broń
mniej więcej w stronę Nuklura. Strzeliłem tyle razy ile było to konieczne, aby
dobiec do jednego z filarów. Wybrałem ten dalszy, był mniej oczywisty. Przez
ten czas Ywopyt nie wychylił nawet głowy zza szafki. Dobrze, o to chodziło.
Musiałem dostać się jeszcze bliżej. Musiałem mieć czysty strzał. W takich
chwilach jak ta żałowałem, że moja stójka nie była niczym wartym zaufania. Miałem
nadzieję, że jest choć odrobinkę tak głupi jak zakładałem i nie wie gdzie
jestem, a jeśli tak jest, to wychyli się by sprawdzić. Nie miałem sił. Osunąłem
się na ziemię najlżej jak tylko potrafiłem, nie chcąc go alarmować. ,,Skup się,
Kubba’’ – zbeształem sam siebie. W takich momentach przypominały mi się same
bezsensowne rzeczy takie jak pewnego razu ukradłem sklepowy wózek żeby
przeprowadzić wyścigi. Piękne czasy~~ ,,SKUP SIĘ’’ – zbeształem się jeszcze
raz, tym samym dając plaskacza. Powoli próbowałem wstać z podłogi i w końcu po
kilku próbach mi się udało. Trafiłem na idealny moment, bo w tym samym czasie
zza szafki wychylił się Nuklur do którego strzeliłem. Chyba trafiłem, a tak
przynajmniej sądziłem przez dźwięk agonii z jego strony, ale nie został
zraniony śmiertelnie. ,,Kurwa, szkoda’’ – skwitowałem pod nosem. Strzeliłem
jeszcze kilka razy, tym samym biegnąc w stronę filarów po drugiej stronie
pomieszczenia. Ywopyt odważył się strzelić raz, tym samym przestrzeliwując mi
gumkę i rozpuszczając włosy, dodatkowo wyrywając kilka. ,,Wszystko tylko nie
włosy’’ – pomyślałem, szukając gdzieś po kieszeni spodni zapasowej. Nie
znalazłem… Teraz odległość między mną a przeciwnikiem wyglądała na równą około
2-3 metrów. Wystarczyło tylko podbiec i go zastrzelić, ale to było za duże
ryzyko. Też mogłem dostać. Obmyśliłem inny plan działania, pozwalający na
szybki finish na plecki. Nuklur chował się za szafką do której można było
podejść z dwóch stron – lewej, bardziej ryzykownej i prawej, prawie w ogóle nie
chronionej. Akurat tak się złożyło, że do prawej musiałem się tylko szybko
przebiec. Nie wykluczała ona moich obrażeń, ale w znacznym stopnie je
redukowała, zwłaszcza że sam przeciwnik nie wie gdzie jestem. Dodatkowo mogłem
odwrócić czymś jego uwagę. Przez całą adrenalinę nie czułem zbyt wiele bólu,
ale różnica moich sił z czasem zaczęła być widoczna. ,,Czy będę w stanie tam
dobiec?’’ – zapytałem sam siebie, nie znając jednak odpowiedzi. Podjąłem się
wyzywania. Wycelowałem i zestrzeliłem doniczkę wiszącą na filarze po lewej
stronie pomieszczenia. Spadając wydała głośny dźwięk, który miałem nadzieję,
przyćmił dźwięki moich kroków. Ostatni raz zebrałem się w sobie i pobiegłem z
całych sił, wcelowując się w miejsce gdzie prawdopodobnie chował się Nuklur.
Przeliczyłem się. W połowie drogi upadłem na głupi ryj, opadnięty z sił.
Musiałem improwizować. Wyciągnąłem zza paska jedną z wielu fiolek wypełnioną
łzami. Nie pytajcie skąd je wziąłem, to smutne jak cholera. Ywopyt wyszedł ze
swojej kryjówki i stanął nade mną tryumfalnie. Spojrzał mi się prosto w oczy i
zacząłem śmiać na głos. ,,To jeszcze nie koniec’’ – pomyślałem, rzucając w
niego wcześniej wyciągniętą buteleczką. Nuklur uznając to za marną próbę
ratowania własnej skóry, zestrzelił ją krewetką przy pomocy Kero Kero Bonito.
Nie wierzę w to. Wygrałem. W upływie chwili nadałem rozpryskującym się łzom
właściwości pierwszego lepszego kwasu jaki wpadł mi do głowy, czyli kwasu
chromowego. Patrzyłem z ekscytacją i satysfakcją jak panikuje, kiedy wypala mu
oczy, a jego skóra wręcz płonie. Przeciwnik upadł na podłogę, a następnie w
akcie desperacji przeczołgał za szafkę. Opierając się o okoliczne filary,
wstałem po wielu nieudanych próbach. Powoli podszedłem do Nuklura, czując na
ciele ciepło swojej krwi. Nie mogłem się skupić, krzyk Ywopyta mnie
dekoncentrował. ,,Zamknij się wreszcie’’ – pomyślałem, wcelowując pistoletem w
jego czoło. Lekko pociągnąłem za spust, a wraz z wystrzałem upadłem na ziemię.
Nawet jeśli umrę z nim to dobrze. Zamknąłem oczy, dając ciemności się
pochłonąć.
*
Obudziłem
się, próbując rozruszać zesztywniałe mięśnie. Mogłem tylko przetrzeć zmęczone
oczy i rozejrzeć po pomieszczeniu. Miałem zabandażowane udo oraz ramię i byłem
podłączony pod kroplówkę. ,,Jestem w szpitalu’’ – pomyślałem, tym samym
zauważając obcego mi mężczyznę stojącego przy łóżku. Ubrany w niebieską bluzę
oraz biały czepek, dosyć uważnie przyglądał się mojej twarzy. W końcu
zauważając to, że się obudziłem, usiadł obok moich nóg i poprawił swoje krótkie
spodenki.
- Więc to ty jesteś ten Jacub, co? – Zapytał, pewnie znając
odpowiedź. Przytaknąłem głową. – Nie możemy być ci bardziej wdzięczni. To co
zrobiłeś w związku z Nuklurem było najlepszym zdarzeniem w tym mieście od lat.
Chętnie zbiłbym ci pionę, no ale wiesz jak to z tobą teraz jest.
- Kim jesteś tak w ogóle? – Delikatnie mu przerwałem.
- Deddy Hiroshima! Burmistrz dzielnicy Tomashowka zwanej
Beroon. Dziwota, że mnie nie znasz, myślałem że wszyscy już wiedzą. Swoją drogą
jakbyś chciał kiedyś ode mnie jakąś przysługę, to chęt..
- Nawet nie waż się go słuchać. Raz go o coś poprosisz to do
końca życia nie spłacisz długu, uwierz. Sprawdzałam. – Przerwała mu jakaś
dziewczyna o różowo-bladych włosach. Zaraz za nią wszedł do pomieszczenia
wysoki mężczyzna o czarno-czerwonych włosach. Obydwie te osoby miały strasznie
dziwny styl ubierania się, którego nawet nie szło opisać. – Hungaar Mozambique.
Yo! – Zasalutowała mi. – A ten pan z tyłu to Warhann Macedon. Jest strasznie
nieśmiały przy nowych osobach, więc musisz mu to wybaczyć. O i jakbyś się
zastanawiał to Pesty jest pomieszczenie obok, a Juliia wygłasza mowę zamiast
Nuklura. Mam nadzieję na owocną współpracę na przestrzeni lat! – Wykrzyknęła z
uśmiechem na twarzy. Wtedy jeszcze nie miałem bladego pojęcia o co mogło jej
chodzić.
Komentarze
Prześlij komentarz