Rozdział 7: Kero Kero Bonito (Jacub Jusiau)


                     Czerwiec 2016 rok.

         Pokój pełen był zielonych roślin. Różne storczyki, paprotki, a nawet zdarzyło mi się ujrzeć kaktusy czy bambusy. Gdzie się nie odwróciłem, tam zawsze stała doniczka. Nie byłem za wielkim fanem kwiatów czy jakichkolwiek roślin hodowlanych, nic do nich nie miałem, ale patrząc na ten pokój wydawało mi się, że gość miał pierdolca na ich punkcie. Julkka i Pesty stali obok mnie, zmieszani zaistniałą sytuacją. To nie miało tak wyglądać, ani trochę. Nie wiem jakim cudem nie udała nam się ta akcja po cichu, a nie czekaj, jednak wiem. Pesty spierdolił robotę. Najwidoczniej ktoś musiał zobaczyć nagrania z kamer i przeżyć, aby poinformować o nas Nuklura. Bałem się tego, że dojdzie do walki. Gość miał stójkę! Tylko inni użytkownicy stójek mogli je widzieć, więc to że zobaczył ją Pesty nie zrobiło na mnie wrażenia, ale widziała ją Juliia. Od kiedy ona miała standa? Nie miałem bladego pojęcia, w mojej głowie rodziło się tylko coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Moja stójka nie była jakkolwiek przystosowana do walki, więc byłbym bezużyteczny w przypadku konfrontacji. Nienawidziłem mojej bezradności, nieważne w jakiej sytuacji. Może i miałem opinię naczelnego śmieszka i człowieka, który traktuje wszystko z przymrużeniem oka, ale kiedy faktycznie coś się dzieje to chcę pomagać.
- Może na początku warto by było chociaż porozmawiać? – Zaproponował Nuklur. Był dosyć wysokim mężczyzną o długich, czarnych włosach z białymi pasemkami. Jak na moje ubierał się trochę gejowsko, bo w skórę o kolorze śniegu, dodatkowo opiętą na jego skórze, ale teraz raczej nie miałem prawa go oceniać. Widziałem jak bardzo Juliia nie może pohamować złości, ale złapałem ją za rękę i powiedziałem na ucho:
- Spokojnie. To może być nasza dodatkowa szansa na załatwienie sprawy po cichu. – Przytaknęła i w trójkę wraz z Pesty rozsiedliśmy się przy wielkim stole do obrad. Nie czułem się dobrze w takich miejscach, zaczął dziwnie pobolewać mnie brzuch. Ywopyt wziął tackę na której stały cztery kubki i po kolei przeszedł się obok każdego z nas, stawiając po jednym. W moim była kawa, a z tego co zdążyłem zauważyć w innych zielona herbata.
- Wyglądasz na takiego, który ubóstwia smak kawy, stąd ta odmienność, panie…
- Jacub. I nie, nienawidzę tego czarnego i gorzkiego kurestwa z dna mojego serca.  – Odpowiedziałem najchłodniej jak tylko się dało.
- Ciesz się, że w ogóle coś dostałeś patrząc na okoliczności. Tak więc, jeśli pozwolicie, chciałbym zapytać.. Dlaczego wbiliście mi się do domu i zabiliście większość moich ludzi? – Czuć było w jego głosie zdenerwowanie, ledwo trzymał wszystko w ryzach.
- Myślę, że tego akurat nie trzeba tłumaczyć. – Wyrzuciła mu prosto w twarz Juliia. – Zabiłeś tylu niewinnych ludzi. Skazałeś ich na śmierć bez mrugnięcia oka. A wszystko to dlaczego? Dla jakiejś pojebanej ambicji bycia wyższym? Bycia lepszym od innych? Czy to takim liderem dla ludzi chciałeś być? Każdy. Cię. Nienawidzi. Nuklur. – Ostatnie słowa wypowiedziała powoli i mocno je zaakcentowała. Nie mogłem się z nią bardziej zgodzić. Ja też go nie lubiłem, nawet jeśli w innym stopniu niż moja siostra, to nadal życzyłem mu wszystkiego co najgorsze na każdym kroku. Teraz kiedy nakazał mi go zabić sam Bóg, nie mogłem odmówić. Tylko dlaczego Juliia i ten młody chłopak, Kaka, też go słyszą? Mam nadzieję na sporą ilość wyjaśnień w najbliższym czasie.
- Tak więc to chyba koniec rozmowy, nie? – Zaśmiał się pod nosem, wstając z krzesła. ,,To prawda, koniec’’ – pomyślałem, zasuwając jedno również za sobą. Następnie nim zdążyłem się zorientować, Juliia wyciągnęła zza paska swoich spodni pistolet i bez większego celowania strzeliła nim w stronę Nuklura. Ten jednak był przygotowany na taki ruch i szybko przeturlał się w stronę jednej z szafek, unikając pocisku. Poszliśmy za jego przykładem i również schowaliśmy się za filarami na których wisiały paprotki. Byłem bardzo pesymistycznie nastawiony do tej walki i pragnąłem by skończyła się jak najszybciej. Niestety, to był dopiero początek. Ja i Pesty byliśmy odwróceni plecami do jednego filaru z dwóch różnych stron – południowej, a on natomiast wschodniej. Poczułem wibracje, a następnie moim oczom ukazał się roztrzaskany na podłodze marmur od strony północnej. Zaraz potem dźwięk osuwającego się na ziemię ciała dotarł do moich uszu. Spojrzałem w stronę Pestiego i zamarłem. Chłopak leżał na podłodze cały we krwi która skapywała z jego oka.
- P-pesty?! Hej, w-wstawaj! Pesty! – Krzyczałem w jego stronę, cały spanikowany. Czułem się jak w transie. Nie chciałem go stracić. Był moim najlepszym kumplem, a nawet pokusiłbym się o nazwanie go bratem z innej matki. To nie miało prawa się tak skończyć.
- Uważaj! – Wydarła się z drugiej strony pokoju na mnie Juliia. Nie miałem pojęcia o co chodzi do momentu w którym poczułem nieopisany ból i ciepło w jednym ramieniu. Symultanicznie zakryłem ranę dłonią. Postrzelił mnie. Ale jakim cudem? Nie miałem pojęcia. Z logicznego punktu widzenia, nie miał nawet jak. Dostałem rykoszetem? Czy to na tym polegała umiejętność jego stójki?
- Jacub! Odsuń się od kwiatów! Rozgryzłam to. – Ostrzegła i poinformowała mnie Juliia. Mogłem tylko zastosować się do prośby i jak najszybciej uciekłem za stół do obrad, skupiając się na patrzeniu na rośliny. Słyszałem dźwięki podobne do wystrzału pistoletu. Biegnąc z głową zwróconą ku tyle w końcu zacząłem to pojmować. Ta forma krewetki która ma jego stójka nie była przypadkowa. Tak przynajmniej zakładałem, bo ciężko było mi określić czy to było to. Z każdym strzałem używał nowej rośliny. Pocisk był równy szerokości mojej dłoni. ,,Ja też to rozgryzłem, Julkka’’ – pomyślałem, wyciągając pistolet zza złotej marynarki. Krzyknąłem ostatni raz, wystawiając się na atak.
- Weź Pestiego i idź! Skończę z Nuklurem i do was przyjdę. – Oznajmiłem dosyć zimnym głosem. Nie mogłem pozwolić żeby Pesty ucierpiał bardziej niż do tej pory. Widziałem zmartwienie w jej oczach, jednak tylko mi przytaknęła i wzięła rannego pod ramię. Wiedziałem co będzie za to ceną i kiedy Ywopyt wystrzelił kolejny raz celując w moją siostrę, rzuciłem się przed nią i przyjąłem pocisk na siebie. Juliia nie obracała się i biegła dalej. W takich sytuacjach naprawdę doceniałem zaufanie jakim mnie darzyła. Lecąca z zawrotną prędkością krewetka-nabój trafiła w moje udo. Błagałem ojca ten jeden raz, aby nie była to tętnica. Próbowałem wstać, ale ból w nodze i ramieniu był nie do wytrzymania. Przeczołgałem się z powrotem za stół i zacząłem zastanawiać co teraz zrobić. Zestrzelić wszystkie doniczki z roślinami? Tylko nic by mi to szczerze nie dało… Musiałem zniknąć, nie mógł wiedzieć gdzie jestem. I nagle w tym momencie niegłupi pomysł wpadł mi do głowy. Nie byłem jednak pewien czy będę w stanie go zrealizować. Zdjąłem marynarkę, a następnie podarłem podkoszulkę. Obydwie rany krwawiły obficie, czułem jak opadam z sił z sekundy na sekundę. Z podartej odzieży zrobiłem coś na wzór opaski uciskowej i zacisnąłem na ramieniu oraz udzie. ,,Musi wystarczyć’’ – pomyślałem, wkładając całą siłę w to, aby tylko wstać z podłogi. Plan był prosty i całkiem naiwny, ale nic innego mój mózg teraz nie umiał wymyślić. Położyłem dłoń na blacie stołu, jednak nagle obok niej pojawiła się dziura od wystrzelonej przez Nuklura krewetki.
- Pojebało cię chyba. – Skwitowałem na głos, mając wyjebane skoro i tak wiedział gdzie jestem. Podniosłem z podłogi leżącą obok mojej nogi broń i leciutko musnąłem jej lufę ustami, a następnie poprosiłem szeptem:
- Nie zatnij się, we we.. – Musiałem szybko działać. Podniosłem się z ziemi i wycelowałem broń mniej więcej w stronę Nuklura. Strzeliłem tyle razy ile było to konieczne, aby dobiec do jednego z filarów. Wybrałem ten dalszy, był mniej oczywisty. Przez ten czas Ywopyt nie wychylił nawet głowy zza szafki. Dobrze, o to chodziło. Musiałem dostać się jeszcze bliżej. Musiałem mieć czysty strzał. W takich chwilach jak ta żałowałem, że moja stójka nie była niczym wartym zaufania. Miałem nadzieję, że jest choć odrobinkę tak głupi jak zakładałem i nie wie gdzie jestem, a jeśli tak jest, to wychyli się by sprawdzić. Nie miałem sił. Osunąłem się na ziemię najlżej jak tylko potrafiłem, nie chcąc go alarmować. ,,Skup się, Kubba’’ – zbeształem sam siebie. W takich momentach przypominały mi się same bezsensowne rzeczy takie jak pewnego razu ukradłem sklepowy wózek żeby przeprowadzić wyścigi. Piękne czasy~~ ,,SKUP SIĘ’’ – zbeształem się jeszcze raz, tym samym dając plaskacza. Powoli próbowałem wstać z podłogi i w końcu po kilku próbach mi się udało. Trafiłem na idealny moment, bo w tym samym czasie zza szafki wychylił się Nuklur do którego strzeliłem. Chyba trafiłem, a tak przynajmniej sądziłem przez dźwięk agonii z jego strony, ale nie został zraniony śmiertelnie. ,,Kurwa, szkoda’’ – skwitowałem pod nosem. Strzeliłem jeszcze kilka razy, tym samym biegnąc w stronę filarów po drugiej stronie pomieszczenia. Ywopyt odważył się strzelić raz, tym samym przestrzeliwując mi gumkę i rozpuszczając włosy, dodatkowo wyrywając kilka. ,,Wszystko tylko nie włosy’’ – pomyślałem, szukając gdzieś po kieszeni spodni zapasowej. Nie znalazłem… Teraz odległość między mną a przeciwnikiem wyglądała na równą około 2-3 metrów. Wystarczyło tylko podbiec i go zastrzelić, ale to było za duże ryzyko. Też mogłem dostać. Obmyśliłem inny plan działania, pozwalający na szybki finish na plecki. Nuklur chował się za szafką do której można było podejść z dwóch stron – lewej, bardziej ryzykownej i prawej, prawie w ogóle nie chronionej. Akurat tak się złożyło, że do prawej musiałem się tylko szybko przebiec. Nie wykluczała ona moich obrażeń, ale w znacznym stopnie je redukowała, zwłaszcza że sam przeciwnik nie wie gdzie jestem. Dodatkowo mogłem odwrócić czymś jego uwagę. Przez całą adrenalinę nie czułem zbyt wiele bólu, ale różnica moich sił z czasem zaczęła być widoczna. ,,Czy będę w stanie tam dobiec?’’ – zapytałem sam siebie, nie znając jednak odpowiedzi. Podjąłem się wyzywania. Wycelowałem i zestrzeliłem doniczkę wiszącą na filarze po lewej stronie pomieszczenia. Spadając wydała głośny dźwięk, który miałem nadzieję, przyćmił dźwięki moich kroków. Ostatni raz zebrałem się w sobie i pobiegłem z całych sił, wcelowując się w miejsce gdzie prawdopodobnie chował się Nuklur. Przeliczyłem się. W połowie drogi upadłem na głupi ryj, opadnięty z sił. Musiałem improwizować. Wyciągnąłem zza paska jedną z wielu fiolek wypełnioną łzami. Nie pytajcie skąd je wziąłem, to smutne jak cholera. Ywopyt wyszedł ze swojej kryjówki i stanął nade mną tryumfalnie. Spojrzał mi się prosto w oczy i zacząłem śmiać na głos. ,,To jeszcze nie koniec’’ – pomyślałem, rzucając w niego wcześniej wyciągniętą buteleczką. Nuklur uznając to za marną próbę ratowania własnej skóry, zestrzelił ją krewetką przy pomocy Kero Kero Bonito. Nie wierzę w to. Wygrałem. W upływie chwili nadałem rozpryskującym się łzom właściwości pierwszego lepszego kwasu jaki wpadł mi do głowy, czyli kwasu chromowego. Patrzyłem z ekscytacją i satysfakcją jak panikuje, kiedy wypala mu oczy, a jego skóra wręcz płonie. Przeciwnik upadł na podłogę, a następnie w akcie desperacji przeczołgał za szafkę. Opierając się o okoliczne filary, wstałem po wielu nieudanych próbach. Powoli podszedłem do Nuklura, czując na ciele ciepło swojej krwi. Nie mogłem się skupić, krzyk Ywopyta mnie dekoncentrował. ,,Zamknij się wreszcie’’ – pomyślałem, wcelowując pistoletem w jego czoło. Lekko pociągnąłem za spust, a wraz z wystrzałem upadłem na ziemię. Nawet jeśli umrę z nim to dobrze. Zamknąłem oczy, dając ciemności się pochłonąć.
*
                Obudziłem się, próbując rozruszać zesztywniałe mięśnie. Mogłem tylko przetrzeć zmęczone oczy i rozejrzeć po pomieszczeniu. Miałem zabandażowane udo oraz ramię i byłem podłączony pod kroplówkę. ,,Jestem w szpitalu’’ – pomyślałem, tym samym zauważając obcego mi mężczyznę stojącego przy łóżku. Ubrany w niebieską bluzę oraz biały czepek, dosyć uważnie przyglądał się mojej twarzy. W końcu zauważając to, że się obudziłem, usiadł obok moich nóg i poprawił swoje krótkie spodenki.
- Więc to ty jesteś ten Jacub, co? – Zapytał, pewnie znając odpowiedź. Przytaknąłem głową. – Nie możemy być ci bardziej wdzięczni. To co zrobiłeś w związku z Nuklurem było najlepszym zdarzeniem w tym mieście od lat. Chętnie zbiłbym ci pionę, no ale wiesz jak to z tobą teraz jest.
- Kim jesteś tak w ogóle? – Delikatnie mu przerwałem.
- Deddy Hiroshima! Burmistrz dzielnicy Tomashowka zwanej Beroon. Dziwota, że mnie nie znasz, myślałem że wszyscy już wiedzą. Swoją drogą jakbyś chciał kiedyś ode mnie jakąś przysługę, to chęt..
- Nawet nie waż się go słuchać. Raz go o coś poprosisz to do końca życia nie spłacisz długu, uwierz. Sprawdzałam. – Przerwała mu jakaś dziewczyna o różowo-bladych włosach. Zaraz za nią wszedł do pomieszczenia wysoki mężczyzna o czarno-czerwonych włosach. Obydwie te osoby miały strasznie dziwny styl ubierania się, którego nawet nie szło opisać. – Hungaar Mozambique. Yo! – Zasalutowała mi. – A ten pan z tyłu to Warhann Macedon. Jest strasznie nieśmiały przy nowych osobach, więc musisz mu to wybaczyć. O i jakbyś się zastanawiał to Pesty jest pomieszczenie obok, a Juliia wygłasza mowę zamiast Nuklura. Mam nadzieję na owocną współpracę na przestrzeni lat! – Wykrzyknęła z uśmiechem na twarzy. Wtedy jeszcze nie miałem bladego pojęcia o co mogło jej chodzić.

Komentarze