Rozdział 5: Black Parade! Vol.2 (Juliia Musiau)

       
Czerwiec 2016 rok

                Nie potrafiłam się do tego zmusić. Nawet głos który usprawiedliwiał moją moralność na każdym kroku mnie nie przekonywał. Obserwowałam młodego chłopaka i widziałam w nim nic innego niż samotność. Próbował trzymać to w ryzach ale w środku nie chciał być sam. Do tego ,,siostrzyczko’’? Też słyszał ten głos? Byłam niewyobrażalnie zaciekawiona wizją porozmawiania z nim po wyjściu z tej całej sytuacji.
- Ej! Musimy się ruszyć, to wszystko zaraz runie! – Krzyknął do mnie, wyrywając z myśli. Pobiegłam za nim, udając się w stronę wyjścia. Tlenu było coraz mniej, zaczęłam się krztusić, jednak nadal biegnąc dalej. Wystawiając stopę poza budynek potknęłam się, a za sobą usłyszałam ogromny huk. Nieznajomy, stojąc nade mną, podał mi rękę i pomógł wstać.
- Akcja jak z jakiegoś kurwa Tomb Raidera – Powiedział do mnie, a na jego twarzy widoczny był półuśmiech.
- Bez kitu. Jestem Juliia. Juliia Musiau. Ty nazywasz się…
- Kaka. Kaka Katwar. Pewnie to już wiesz, co? – Zadał mi pytanie retoryczne. Podobało mi się w nim to, że wyróżniał się od zwyczajnych ludzi. Była wokół niego pewna aura tajemniczości i niebezpieczeństwa, a o jego złotych lokach mogła pomarzyć każda dziewczyna. Czułam, że dogadamy się w tak wielu sprawach.. 
- Może opowiesz mi to wszystko w jakimś bezpiecznym miejscu? – Zaproponowałam, wskazując na swój samochód.
- Multipla? No to nieźle. – Zaczął śmiać się na głos. ,,Ja też się kiedyś śmiałam przez łzy’’ – pomyślałam. Otrzepaliśmy nasze ubrania z brudu, a Kaka przetarł okulary. Pospiesznym krokiem udaliśmy się w stronę samochodu. Wsiadłam za kierownicę, a Katwar obok mnie. Czarny szkielet z sombrero umiejscowił się wygodnie z tyłu. 
- A-a to co? – Pytanie skierował do mnie, patrząc w lusterko. Odbijał się w nim Black Parade. Najwidoczniej on też go widział. ON TEŻ GO WIDZIAŁ. To znaczy, że…
- Kaka. Opowiesz mi co się stało w tamtym budynku? – Zapytałam, odjeżdżając z miejsca.
- Gdybym to ja sam wiedział. To był zwykły dzień, większość zakonu pracowała według swoich wytycznych. Był to dzień wolny od badań, więc miałem wolną rękę. – ,,Badań, hm? ‘’ – pomyślałam. – Wszystko było w porządku, aż nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Nie chciałem takiego życia. Zdałem sobie sprawę, że to wszystko mnie ograniczało i zanim się spostrzegłem jeden z zakonników leżał martwy na podłodze. Widok był okropny, wszystkie jego kończyny były powyginane nienaturalnie w każdą stronę. Potem jednej za drugim, każdy obok którego przechodziłem. Ostatecznie kiedy dotarłem do laboratorium to jednej z zakonników trzymał w ręku coś co wywołało po upadku pożar. Spanikowałem, więc schowałem się w szafie. A potem już sama dobrze wiesz. – Opowiedział mi wszystko, a ja w głowie miałam zarysowaną pulę umiejętności jego standa. Sam go jeszcze nie odkrył, więc czułam że razem uda nam się nad nim popracować.
- Dzięki. Jeżeli chodzi o tamtego kolegę z tyłu – kościotrup pomachał rączką – to jest to mój stand, Black Parade. Wytłumaczę ci wszystko dokładniej kiedy dotrzemy na miejsce.
- A gdzie jedziemy, jeśli mogę zapytać? Bo w sumie to poniekąd jestem teraz bezdomną sierotą – Odpowiedział. 
- Skoro jesteś niby sierotą, to czemu nazwałeś mnie siostrzyczką? – Zapytałam go. 
- Powiem ci, ale musisz mi obiecać że uwierzysz. 
- Słuchaj młody, żyję z tym panem na tylnym siedzeniu już od dobrego kawałka czasu, więc jestem skłonna uwierzyć we wszystko.
- W takim razie rozłóż się wygodnie i otwórz swój umysł. Ten głos który słyszysz to sam we własnej osobie Bóg.
- To akurat żadna nowa informacja – Odpowiedziałam.
- Tobie jak to udowodnił? – Zaciekawiony, zadał pytanie.
- Przed moimi oczami zamienił piasek w kamień, tworząc napis ,,Juliia’’.
- Wow, jak romantycznie – skwitował ironicznie – tymczasem mnie beształ od urodzenia na wszelkie sposoby, nawet te nadnaturalne. Spójrz. – Pokazał mi palcem blizny jakby po cięciu nożem na swoich plecach.
- To okropne.. ale dlaczego? 
- Nie mam pojęcia. – Chłopak widocznie posmutniał. – Naprawdę nigdy nie zrobiłem nic złego, nawet jeśli mi nie uwierzysz. No ale nie ma co się nad tym głowić. Ogólnie rzecz ujmując, wiedziałem że jesteś moją siostrą, bo On mi właśnie powiedział. Przez te kilkanaście lat zdradzał mi wszelkie ciekawostki odnośnie tego kim jestem i jak bardzo moje rodzeństwo mnie nienawidzi. Podobno jest nas od groma, bo Pan Stwórca lubił bawić się swoimi zabaweczkami.
- C-czyli moi biologiczni rodzice to tak naprawdę nie moi rodzice? – Zapytałam, przekonana o odpowiedzi.
- Tylko matka jest twoją ,,matką’’, natomiast ojciec już nie. Wiem, że to wiele do przetrawienia..
- Spokojnie, dam sobie radę. A co z twoją matką? Mówiłeś, że jesteś…
- Sierotą. Moja matka umarła przy porodzie.
- Przykro mi..
- Niepotrzebnie, już od dawna się tym nie przejmuję. To ponawiając pytanie gdzie jedziemy? – Wypowiedział zniecierpliwiony.
- A właśnie, daj mi minutkę. – Wyjęłam z kieszeni swój telefon. Miałam na tapecie zdjęcie swojego kotka, Harnasia, więc automatycznie się rozczuliłam. Wybrałam następnie z listy kontaktów ten jeden i zadzwoniłam. Odebrał.
- Hej, Jacub! Kopę lat, bro! Ogólnie sprawa wygląda tak, że masz wpierdol. Czemu nie powiedziałeś mi, że Pesty startuje w wyborach? A tym bardziej, że wygrał wybory?! Ależ się kurwa zdziwiłam. Będę tam za niedługo, wyślę ci smsa jak będziemy blisko, więc szykuj nocleg. Z kim jestem? Dowiesz się na miejscu, zajebisty typek. – Widziałam jak Kaka uśmiechnął się na te słowa. Skończyłam rozmowę i włożyłam telefon z powrotem do kieszeni.
- Kim jest ten cały Jacub? – Zapytał mnie chłopak.
- Moim bratem. Przyrodnim, ale bratem. Kocham go tak samo, co więcej mówić. Nigdy się na nim nie zawiodłam. – To co powiedziałam było prawdą. Były momenty zwątpienia, ale całościowo Jacub nigdy mnie nie zawiódł. Był trochę nieodpowiedzialny i zbyt spontaniczny według mnie, ale to czyniło go takim jakim był. Dodatkowo wizerunek który sobie przybrał – Jezus Chrystus – pasował do tego całego kabaretu z dziećmi Boga.
- Macie wspólną matkę czy ojca? Jeśli oczywiście można wiedzieć. – Kaka był bardzo dociekliwy. Gdyby temat faktycznie był dla mnie ciężki to w tym momencie przestałabym na niego zwracać uwagę, ale miał szczęście.
- Matkę, czyli nawet z tymi wszystkimi pojebanymi relacjami rodzinnymi nadal jesteśmy rodzeństwem. – I nie chciałabym, żeby to się zmieniło, nawet jeśli ostatecznie nie bylibyśmy rodziną z krwi i kości. 
                Podróżowaliśmy już kilka godzin i zgubiłam rachubę czasu. Liczyło się jedynie dojechanie do Hydryy, jednej z siedmiu dzielnic Tomashowka. To właśnie tę dzielnicę przejął Pesty, więc tam czułam się najbardziej chciana. Nie interesowałam się za bardzo polityką, więc nie do końca znałam innych burmistrzów, ale kogoś tam kojarzyłam. Garol, który rządził Yamadżumą. Jego też chciałabym spotkać i pogadać, przemówić może do rozsądku jeśli chodzi o Koobę. No i jeszcze był jeden o którym chciałam zapomnieć. Nuklur Ywopyt. Jego nienawidziłam całą sobą. Był oszustem, który zdradził tylu niewinnych ludzi, że zasługiwał przynajmniej na śmierć. Gdyby wprowadzono karę śmierci to on byłby pierwszy w kolejce. Jeśli kiedykolwiek bym go dopadła to nawet za cenę swojego życia posłałabym go do piachu. Tomashowek był ogromnym miastem, który jeszcze przed 2019 teraz byłby co najmniej pięcioma krajami, jednak dzięki najnowszej technologii związanej z transportem, auta potrafiły jeździć z niesamowitą prędkością, skracając kilkunastodniową drogę do kilku godzin. Gdybym kiedykolwiek spotkała ludzi odpowiedzialnych za to cacko to całowałabym ich po stopach.
                Kiedy dotarliśmy na miejsce, było południe. Temperatura wynosiła 27 stopni Celsjusza w cieniu, więc ja i Kaka zdychaliśmy z gorąca. Po drodze nie rozmawialiśmy za dużo, chłopak długą część  przespał albo słuchał muzyki z mojego telefonu. Zaparkowaliśmy przed sporym, trzypiętrowym i kolorowym domem. Wyjęłam kluczki ze stacyjki i leciutko szturchnęłam Kakę, żeby się przebudził. Chłopak otworzył oczy i je przetarł, a następnie wyjął z uszu słuchawki. Nie chciałam zabrzmieć dziwnie, ale wyglądał całkiem uroczo kiedy tak sobie spał. Wysiedliśmy z auta, a ja dopiero teraz zwróciłam większą uwagę na to, że nie ma on butów.
- Czemu ty nie masz butów? – Zapytałam, widocznie zdziwiona.
- Ten cały strój to też moje buty. Długa historia, po prostu się tym nie przejmuj i patrz na niego jako też na buty. 
- O-okej, nie będę wnikać.
- Słusznie. – Zaśmiał się pod nosem, a ja się uśmiechnęłam. Teraz byłam przekonana odnośnie tego uczucia z wcześniej. Będę w stanie się z nim dogadać. Stanęliśmy razem przed bramą sporego domu, a ja zadzwoniłam dzwonkiem. Cała budowla kojarzyła mi się ze średniowieczem, wszystko praktycznie było kamienne oraz posiadało konkretne cechy charakterystyczne. Osobiście nic nie miałam do takich motywów, ale swojego domu tak bym nie wybudowała. Nie minęło pięć minut, a w zasięgu swojego wzroku zobaczyłam znajomą mi twarz.
- Cześć siostrzyczko! – Przytulił mnie na powitanie. Gdybym miała wskazać powód swojego życia, to byłyby to właśnie takie momenty. Odwzajemniłam przytulasa dosyć mocno, po czym zaczęłam przedstawiać mojego nowego towarzysza.
- No cóż, Jacub poznaj Kakę – wskazałam dłońmi na chłopaka – to dosyć długa historia, ale jestem pewna, że się dogadacie. 
- Też mam taką nadzieję! – Wykrzyknął Katwar, podając Jusiaowi rękę. 
- Zapraszam was do środka, pewnie jesteście padnięci po całej podróży. 


Komentarze