Rozdział 4: Black Parade! Vol.1 (Juliia Musiau)



      Czerwiec 2016 rok


             Czułam na sobie ciepło karmazynowej cieczy, te która tak bardzo uwielbiałam. Ból w rękach został przeze mnie całkowicie zignorowany, ,,nawet on nie będzie mi przeszkadzać’’ – pomyślałam. Uwielbiałam walczyć. Adrenalina związana z bitwami koiła mnie niczym najpiękniejsza z kołysanek. Od zawsze byłam kimś, kto lubił sprawiać kłopoty. Moi rodzice nie mieli ze mną łatwo, ale czułam że byli dumni z tego na kogo wyrosłam. Nie byliśmy nikim specjalnym, zwykłą, średniozamożną rodziną żyjącą w Rybuniku. Od dziecka jednak ludzie mieli do mnie ogromną dozę szacunku. Uwielbiałam pływać i byłam mistrzynią wielu Rybunickich basenów, co tylko zapoczątkowało pseudonim jaki nadała mi miejscowa ludność - ,,Rekin z Rybunika’’. Byłem postrachem tych, których uważałam za najgorszy rodzaj ludzi, czyli atencjuszy i marud. Zaznaczę, nie lubiłam też dzieci, bo kumulowały w sobie te dwie cechy. Na poziomie dziennym zastraszałam, groziłam, biłam czy niszczyłam czyjeś mienie przez personalną skazę. Empatią nie darzyłam też polityków, więc skrupulatnie uprzykrzałam im życie i potem stawałam się sławną celebrytką telewizyjną. Niestety, miałam wadę  która została mi do dziś, czyli dużą dozę empatii do cierpiących (nie z mojej winy). Kiedy komuś działa się krzywda to nie mogłam po prostu być jej świadkiem. Jeśli kogoś bili to stawałam po jego stronie, jeśli ktoś potrzebował pomocy materialnej, byłam skora jej udzielić etc. Pewnego dnia jednak stało się coś co wywróciło moje życie do góry nogami.
                Siedziałam przy komputerze i słuchałam muzyki, nie jakiejś konkretnej, leciały po kolei pozycje z playlisty jaką znalazłam. Zajadałam się zupką chińską kupioną w okolicznym markecie i myślałam o swojej przyszłości po ukończeniu szkoły. Nie miałam konkretnego planu na swoje życie jak niektórzy i jedyną opcją jaka wpadała mi do głowy było zatrudnienie się w jakimś niskobudżetowym hotelu w Tomashowku, a dokładniej dzielnicy Yamadżuma. Miasto to było nadzieją dla wielu ludzi bez pomysłu na siebie. Znajdowało się w środku naszego kraju, więc z Rybunika miałam tam około 1 do półtorej dnia jazdy. Yamadżuma była dobrym wyborem, patrząc na to że mój stary kumpel Garol Kawronski zajmował tam jakąś ważną pozycję. Z tego co pamiętałam to nie pasował mi na taką osobę, bo był całkiem dziecinny, ale minęło kilka lat odkąd się z nim widziałam, być może się zmienił. Zamyślona patrzyłam przez okno i kątem oka zauważyłam nadchodzącego listonosza. Rzadko co do nas przychodził, więc byłam całkiem zaskoczona kiedy w skrzynce pocztowej ujrzałam list i to nie byle jaki, bo na pierwszy rzut oka wyglądał jakby był zrobiony ze szczerego złota. Nie lubiłam błyskotek i nie czułam potrzeby zakładania ich jak większość dziewczyn, więc nie wzruszył mnie design koperty. Wziąłem ją do siebie na górę i nie zwlekając otworzyłam żeby zobaczyć zawartość. Wzięłam z kuchni swój ulubiony nóż, który nazwałam Pecca-torum (lubiłam je nazywać) i rozcięłam papier. To co znalazłam w środku całkiem mnie zaskoczyło. Wyciągnęłam małą, złotą żyletkę która niewiarygodnie mocno lgnęła do mojej dłoni jakby magnes łączył się z magnesem. Zeszłam po schodach do salonu i włączyłam telewizor oraz kablówkę. Nienawidziłam telewizji, jednak uwielbiałam śmiać się z głupoty ludzi w wiadomościach czy teleturniejach. Wypełniłam szklankę do połowy colą i wrzuciłam dwie kostki lodu. Było strasznie gorąco przez to, że mieliśmy czerwiec. Brakowało mi teraz jakiejś przekąski i mój codzienny rytuał był dopełniony. Udałam się w stronę mojej skromnej kuchni i szukałam po szafkach jakiś chipsów lub paluszków. Zajęło mi to całkiem długo, bo aż 10 minut i dopiero po tym czasie znalazłam ciperki o smaku BBQ. Kiedy wracałam do salonu, zaczęłam czuć się bardzo dziwnie. Zaczęła boleć mnie głowa, a moje oczy zaczęły łzawić. Poczułam ciepłe powietrze na swoim uchu i przestraszyłam się, niemalże natychmiast odwracając, jednak nikogo tam nie było. Słyszałam szept, jednak był bardzo niewyraźny i nie mogłam zrozumieć co miał mi przekazać. Dopiero po dokładnym skupieniu się i wsłuchaniu w tajemniczy głos zrozumiałam.
- Znajdź go. Znajduje się w Hongkongu. Nie pozwól, by dowiedział się kim jest. Zabij go, a zostaniesz nagrodzona. Zostaniesz wyniesiona ponad ludzkie granice, Juliio. Wzniesiesz się ponad niebo. – Powtarzał to w kółko, nie przerywając. Nie wiedziałam co to wszystko miało znaczyć, czyżbym ochujała? Nie miałam jednak ochoty kwestionować swojej psychiki i jak gdyby nigdy nic wróciłam do salonu, siadając wygodnie na sofie. Sięgając po pilot od telewizora zauważyłam, że coś dziwnego dzieje się z żyletką. Trzęsła się nieokiełznanie i przesuwała po stole na którym ją położyłam. Kiedy moja ręka się do niej zbliżyła, ta momentalnie dziabnęła mnie w dłoń i potem zsunęła się na ziemię, przesuwając się powoli w stronę wejściowych drzwi. Niewiele myśląc, podeszłam do niej i ją podniosłam, a w tym samym momencie poczułam niewiarygodną chęć zajrzenia przez wizjer. Popatrzyłam więc i to co ujrzałam zdziwiło mnie o wiele bardziej niż niewyjaśniony głos w mojej głowie. Za drzwiami stał czarny kościotrup z kurwa sombrero o tym samym kolorze. Nie wiem czemu, ale poczułam swojego rodzaju podziw. Wszystko związane ze śmiercią jakoś zawsze mnie do siebie ciągnęło, a ja nie stawiałam oporu.
                Otworzyłam drzwi, żeby lepiej przyjrzeć się temu dziwnemu czemuś. Nie czułam się zagrożona, ani nie bałam się stanąć z tym twarzą w twarz. Kreatura była ode mnie o wiele wyższa i nie różniła się niczym od budowy normalnego, ludzkiego szkieletu. Od tamtej pory minęło sporo czasu, a dokładniej dwa lata. Przez ten okres nie podjęłam nadal decyzji co chcę dalej ze sobą zrobić i zostałam u rodziców. Dowiedziałam się również czym był ten tajemniczy stwór i co robiła złota żyletka, a to wszystko dzięki głosowi w mojej głowie, który okazał się być Bogiem. Pojebane. Nazwałam swoją stójkę ,,Welcome to The Black Parade’’, bo bardzo lubiłam tę piosenkę. Okazała się być potężniejsza niż myślałam na początku. Mogłam zadać komuś takie obrażenia, że nikt nigdy nie byłby w stanie zobaczyć jego ciała. Nauka nigdy nie będzie mogła tego wytłumaczyć. Samo potknięcie się na schodach mogło być dla kogoś śmiertelne gdy tylko tego chciałam i był w moim zasięgu. Siedziałam przy komputerze i popijałam energetyka. Była wieczorna pora, więc chciałam sobie trochę jeszcze pograć zanim zmuszą mnie do spania. Ostatecznie skończyłam przeglądając Twittera w poszukiwaniu świeżutkich memów. Odkąd ten głos odezwał się pierwszy raz, już nigdy więcej nie wspomniał o tajemniczym mężczyźnie którego miałam znaleźć, a przynajmniej do czasu. Przeglądając strony pornograficzne w poszukiwaniu panienek z Hongkongu, Bóg znowu się odezwał:
- HongKong. Tam jest chłopak, którego zwą Kaka. Pilnują go. Masz jednak teraz siłę by do niego dotrzeć. Zabij go, Julio. – Mówił szeptem. Jego głos był bardzo kojący, jakby ktoś zaczął śpiewać cichutką kołysankę prosto do mojego ucha. Mimo, że nie chciałam z początku tam jechać, to w końcu ugięłam się pod naporem własnej ciekawości. Cała podróż według GPS’a miała trwać półtorej dnia, jednak wiedziałam że coś spierdoli się na tyle, że zajmie mi to o wiele więcej. Była godzina 19 i całkiem wyspana wstałam z łóżka. Spakowałam w plecak termos wypełniony kawą, jakiś ciepły kocyk, kilka wcześniej przygotowanych kanapek, napełnionego powerbanka i jakieś ubrania na zmianę gdybym musiała zostać w Hongkongu na noc. Wyszłam z domu i zamknęłam za sobą drzwi. Moi rodzice pracowali do późna, więc zostawiłam im kartkę z informacją, że nie będzie mnie przez następne kilka dni. W czasie tych kilku miesięcy udało zdobyć mi się prawo jazdy, dlatego w ramach celebrowania tego wydarzenia moja rodzina złożyła się na samochód, a żeby było śmieszniej to taki, którego najbardziej nie chciałam. Czerwona multipla czekała zaparkowana na ulicy, przed bramą mojego domu. Wsiadłam do samochodu i włożyłam kluczki do stacyjki. Przekręciłam i silnik zawarczał, a ja wrzuciłam plecak na tylne siedzenie. Odpaliłam swoją standardową składankę samochodową, składającą się głównie z ,,Take Me Home, Country Roads’’. Od wielu lat odchodziłam i wracałam do tej przepięknej piosenki i teraz też miałam na nią ostrą chcicę. Nie było dużo innych pojazdów na drodze tego czerwcowego wieczoru. Jechałam i jechałam, wsłuchując się w tekst puszczanych już teraz w radiu piosenek. Kiedy minęłam już połowę drogi, musiałam znowu wziąć przerwę na odpoczynek. Robiłam ich po drodze kilka, ale żadna nie okazała się być tak niefortunna jak ta. Wysiadłam z samochodu, aby rozprostować nogi i coś przekąsić. Zatrzymałam się na jakiejś stacji benzynowej, a oprócz mnie i pracowników znajdowała się tam tylko jedna osoba, której tożsamość mnie zupełnie zaskoczyła i w tym samym momencie zniesmaczyła. Kooba Coopic. Znaliśmy się z czasów gimnazjum, chodziliśmy razem do klasy wraz z Garolem. Widziałam to, jak bardzo Kooba go wykorzystywał. Udawał jego przyjaciela, tym samym podkradając lunch i każąc mu robić za siebie prace domowe. Widziałam to, a jednak nie potrafiłam pomóc Garolowi. Nienawidziłam osób, które wykorzystywały słabszych do zrobienia czegoś, zamiast ruszyć swoją własną dupę. Garol jednak odrzucał moją pomoc na każdym kroku. Widziałam że cierpi, ale nie pragnął zmian, udawał że wszystko jest w porządku. Takich osób też nie lubiłam. Byłam hardo stąpającą po ziemi kobietą i wiedziałam jak walczyć o swoje, tym samym nie rozumiałam takich osób jak Garol, ale wiedziałam że nie muszę rozumieć. Ludzie są różni, a on wybrał taką drogę, co w sumie ostatecznie wyszło mu na dobre, bo został kimś ważnym w Yamadżumie. Kiedy siedziałam na ławce niedaleko głównego budynku stacji, podszedł do mnie i zagadał.
- Cześć Juliia! Dawno się nie widzieliśmy w sumie. Co tam u ciebie? Nadal próbujesz pomagać sierotom? – Zapytał mnie, lekko się podśmiechując. Już miałam go dość. Wiedział, że działa mi na nerwy tak doskonale, jak ja wiedziałam, że działam jemu.
- Siems Kooba. Wiesz co? Ostatecznie przestałam, a ty? Nadal nie możesz ruszyć swojej dupy do niczego sam, tylko wykorzystujesz słabszych? – Odpowiedziałam tym samym sposobem jakim on zaczął. Teraz mogliśmy przejść do szczerej rozmowy, bez zbędnych uprzejmości.
- Odkąd Garol został władcą Yamadżumy to nawet nie muszę się starać, aby wszystko robili za mnie. Zawsze wolałem lżejszy i leniwszy tryb życia, dobrze o tym wiesz. – Miałam ochotę podciąć mu nogę i zrobić z niego miazgę, do teraz zastanawiam się czemu tego ostatecznie nie zrobiłam. Wewnętrznie zdziwiło mnie to, że Garol objął dowodzenie w Yamadżumie, bo niby jak?
- Czego ode mnie chcesz? Myślę, że tę rozmowę pełną uprzejmości mógłbyś sobie darować. – Wykrzyknęłam niemalże w jego stronę. 
- Oj mógłbym, ale nie mogłem się powstrzymać, bardzo dobrze o tym wiesz. – Puścił mi oczko. – Czyżbyś jechała do Hongkongu? – Zapytał mnie. Skąd on to kurwa wiedział?  - Rozejrzałem się trochę koło twojego samochodu i ukradkiem zdarzyło mi się zobaczyć co tam sobie planujesz. To jak? Powiesz mi po co tam jedziesz? – Nie miał żadnego umiaru. Zawsze był bezpośredni i nie rozumiał czym są granice. Zazwyczaj było to cechą przeze mnie lubianą w ludziach, ale u niego to tylko dodatkowa frustracja. 
- Obydwoje wiemy, że ci nie powiem. Żegnam. – Rzuciłam na szybko, odchodząc w stronę auta. Nie patrzyłam się za siebie, ale przeczuwałam że nie będzie chciał dać mi spokoju. Wsiadłam do samochodu i zamknęłam za sobą drzwi. Włożyłam kluczki do stacyjki i odpaliłam silnik, szykując się do odjazdu. Położyłam stopę na pedale gazu i ruszyłam. Nagle jednak coś mnie zatrzymało. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła, a odłamki trafiły w moją szyję. Obróciłam głowę i zobaczyłam, że jakaś ogromna kula wybiła mi tylną szybę. Za samochodem stał uśmiechnięty Kooba. Wyglądał pokracznie w tym swoim czerwono – czarnym skafandrze i białych glanach. Zamierzałam wyjść, jednak zaraz potem zniknął. Szukałam go wzrokiem, ale nie potrafiłam znaleźć. Dosyć szybko się poddałam i odjechałam dalej w stronę Hongkongu.
                Przejechałam drugą połówkę i wjeżdżałam do mojego punktu docelowego. Coś co usłyszałam w radiu jednak mnie niesamowicie zaskoczyło.
- ,,Drodzy państwa, wiadomości z ostatniej chwili! Burmistrzem dzielnicy Hydraa w Tomashowku został Pesty London! Jego poparcie było niemalże dwa razy większe niż jego rywala! Pytaniem tylko pozostaje czy ten młody polityk da sobie sam radę w tym świecie pełnym fałszu?’’. – Pesty? Ten Pesty? Nie mogłam w to uwierzyć. Nikt nie znał go lepiej ode mnie i Jacuba, mojego przyrodniego brata. Ten chłopak nie wyglądał na takiego, który mógłby się jakkolwiek zainteresować polityką. Zresztą, on sam w sobie nie miał za dużo zainteresowań. Był pusty. Od urodzenia nie miał lekko, jednak przyjął drogę której sama nie umiałam zrozumieć. Z czasem uodparniał się na emocje. Ja i Jacub byliśmy jedynymi wyjątkami dla których zachowywał się normalnie. Nie okazywał ich, nie chciał ich ukazywać. Twierdził, że to one czyniły go słabym i podatnym. Po części umiałam się z tym zgodzić.
Czerwony kolor ulicznych lamp idealnie zlewał się z barwą multipli. Hongkong był specyficznym miastem, gdzie ludzie mieli większy priorytet niż samochody czy komunikacja miejska. Jezdnie były względnie szczuplutkie, zaprojektowane tak żeby auta mieściły się na styk. Chodniki natomiast zdawały się być ogromne i zdecydowanie pięknie przystrojone. Lampy były wygięte łukiem, a ich żarówki miały kształt poszarpanego na bokach prostokąta. Po bokach chodnika zasadzone zostały białe tulipany i róże, całość przypominała zaczarowany ogród. Nawet ja widząc całość tego obrazu potrafiłam się zachwycić. Ulice były puste, nie zauważyłam żadnej żywej duszy. Byłam już bardzo zmęczona, przysypiałam nawet przy kierownicy. Cel mojej podróży został osiągnięty, tak więc GPS automatycznie się wyłączył. Poczułam jak coś zaczyna wiercić się szalenie w mojej kieszeni. Złota żyletka sama z siebie wyleciała i ułożyła się na siedzeniu obok mnie. Następnie usłyszałam ten niesamowicie kojący głos, który przekazał mi:
- Ta żyletka jest twoim kompasem. Słuchaj się jej.
Tak właśnie zamierzałam zrobić. Głos w mojej głowie sprawiał, że nie zadawałam pytań. Czułam wewnętrzną potrzebę aby robić wszystko co mi każe i nie czułam się z tym źle. Wzięłam żyletkę w wolną dłoń i wpatrzyłam się w nią, kierując zgodnie ze wskazówkami. Przejechałam pięć minut i moim oczom ukazała się pokaźna chmura czarnego dymu unosząca się w powietrzu. ,,Coś musi się ostro fajczyć’’ – pomyślałam udając się w stronę potencjalnego źródła. Miałam rację, trzy przecznice dalej dwupiętrowy, szary budynek stał w płomieniach. Wysiadłam z samochodu i zamknęłam go, udając się za żyletką która kierowała mnie do środka. Zatrzymałam się jednak na chwilę aby poczuć ciepło tego pięknego ognia. Z transu wybudziła mnie żyletka, która drasnęła mi delikatnie policzek. Biegłam dalej i w końcu znalazłam się w środku. Byłam w jednej, wielkiej masarni. Zeszłam po schodach na dół i nie mogłam zrozumieć co tam się stało. Mnóstwo martwych ludzi rozłożyło się po całym pomieszczeniu. Wszyscy ubrani w błękitne szaty z jakimś znaczkiem, którego nie rozpoznawałam. 
- Zakon Syjonu. Jeśli znajdziesz kogokolwiek żywego, nie oszczędzaj go. To oni go pilnują.
Głos przemówił, usprawiedliwiając mnie ze wszystkiego co miałam zamiar za chwilę zrobić. Miałam przeczucie, że nie wszyscy są martwi. Udałam się dalej w stronę żyletki, a po drodze zaczęłam napotykać mnóstwo ludzi w szatach. Latali w tę i w tę z żelaznymi wiadrami pełnymi wody. Niektórzy próbowali się na mnie rzucać, jednak na próżno. Mój stand był teraz o wiele potężniejszy, bowiem ja też taka byłam. Ćwiczyłam. Nie tylko walkę wręcz czy strzelanie z broni palnej, lecz rozwijałam się też psychicznie. Podstawiałam tylko nogi, a reszta robiła się sama. Sama stójka miała zasięg około 5 metrów ale każdy musi mieć jakiś minus. Plama za plamą, plama za plamą, wszyscy kończyli w ten sam sposób. Jeśli ktoś już upadł to nie miał ratunku. Tak działał mój Black Parade!. Na końcu korytarza pełnego krwi znajdowały się drzwi, pancerne. W ich stronę udawała się żyletka, na szczęście jednak dla mnie były one otwarte. Weszłam do niego i przyjrzałam mu się dokładnie. Przypominał pokój jak dla nastolatka, wypełniony plakatami kotów i jakichś broni palnych. ,,Chyba się polubimy, młody’’ – pomyślałam, rozglądając się za żyletką. Wleciała ona do ogromnej szafy, zupełnie nie pasującej do czerwonych ścian pomieszczenia. Otworzyłam ją, a widok w środku mnie zaskoczył.
                Siedział w niej młody chłopak, na oko może z trzynaście lat. Był ubrany w jakiś dziwny, zielony kostium z trójkątnymi wycięciami. Stał w miejscu jak wryty, a jego ciemnoszare oczy wydawały się przekazywać radość. Nie minęła chwila, kiedy sam z siebie wyciągnął do mnie dłoń, a ja pomogłam mu się wydostać. Rozejrzał się po korytarzu, dostrzegając plamy krwi które za sobą zostawiłam.
- Wiesz może co tu się stało? – Zapytałam chłopaka. On jednak nie odpowiedział. Poszedł dalej w głąb korytarza, sprawdzając każdą pojedynczą plamę krwi. Pobiegłam za nim, siedział cały czas w ciszy. W tym momencie jednak przemówił, a jego głos się załamał.
- Nie musiałaś ich zabijać… Sam nie chciałem tego robić. Mieli przeżyć… - Coś mnie ukuło. To co mówił było prawdą. Nie musiałam tego robić, ale zrobiłam to. Zrobiłam to, ponieważ mogłam.
- W-wiem jak to zabrzmi, ale poczułam się usprawiedliwiona g-głosem który kazał mi to zrobić. – Odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy jak głupio musiało to zabrzmieć.
- Spokojnie, rozumiem. Ja też go słyszę, siostrzyczko.  

Komentarze