
Czerwiec 2016 rok
Czułam na sobie ciepło karmazynowej cieczy, te która tak bardzo uwielbiałam. Ból w rękach został przeze mnie całkowicie zignorowany, ,,nawet on nie będzie mi przeszkadzać’’ – pomyślałam. Uwielbiałam walczyć. Adrenalina związana z bitwami koiła mnie niczym najpiękniejsza z kołysanek. Od zawsze byłam kimś, kto lubił sprawiać kłopoty. Moi rodzice nie mieli ze mną łatwo, ale czułam że byli dumni z tego na kogo wyrosłam. Nie byliśmy nikim specjalnym, zwykłą, średniozamożną rodziną żyjącą w Rybuniku. Od dziecka jednak ludzie mieli do mnie ogromną dozę szacunku. Uwielbiałam pływać i byłam mistrzynią wielu Rybunickich basenów, co tylko zapoczątkowało pseudonim jaki nadała mi miejscowa ludność - ,,Rekin z Rybunika’’. Byłem postrachem tych, których uważałam za najgorszy rodzaj ludzi, czyli atencjuszy i marud. Zaznaczę, nie lubiłam też dzieci, bo kumulowały w sobie te dwie cechy. Na poziomie dziennym zastraszałam, groziłam, biłam czy niszczyłam czyjeś mienie przez personalną skazę. Empatią nie darzyłam też polityków, więc skrupulatnie uprzykrzałam im życie i potem stawałam się sławną celebrytką telewizyjną. Niestety, miałam wadę która została mi do dziś, czyli dużą dozę empatii do cierpiących (nie z mojej winy). Kiedy komuś działa się krzywda to nie mogłam po prostu być jej świadkiem. Jeśli kogoś bili to stawałam po jego stronie, jeśli ktoś potrzebował pomocy materialnej, byłam skora jej udzielić etc. Pewnego dnia jednak stało się coś co wywróciło moje życie do góry nogami.
Siedziałam
przy komputerze i słuchałam muzyki, nie jakiejś konkretnej, leciały po kolei
pozycje z playlisty jaką znalazłam. Zajadałam się zupką chińską kupioną w
okolicznym markecie i myślałam o swojej przyszłości po ukończeniu szkoły. Nie
miałam konkretnego planu na swoje życie jak niektórzy i jedyną opcją jaka
wpadała mi do głowy było zatrudnienie się w jakimś niskobudżetowym hotelu w
Tomashowku, a dokładniej dzielnicy Yamadżuma. Miasto to było nadzieją dla wielu
ludzi bez pomysłu na siebie. Znajdowało się w środku naszego kraju, więc z
Rybunika miałam tam około 1 do półtorej dnia jazdy. Yamadżuma była dobrym
wyborem, patrząc na to że mój stary kumpel Garol
Kawronski zajmował tam jakąś ważną pozycję. Z tego co pamiętałam to nie
pasował mi na taką osobę, bo był całkiem dziecinny, ale minęło kilka lat odkąd
się z nim widziałam, być może się zmienił. Zamyślona patrzyłam przez okno i
kątem oka zauważyłam nadchodzącego listonosza. Rzadko co do nas przychodził,
więc byłam całkiem zaskoczona kiedy w skrzynce pocztowej ujrzałam list i to nie
byle jaki, bo na pierwszy rzut oka wyglądał jakby był zrobiony ze szczerego złota. Nie
lubiłam błyskotek i nie czułam potrzeby zakładania ich jak większość dziewczyn,
więc nie wzruszył mnie design koperty. Wziąłem ją do siebie na górę i nie
zwlekając otworzyłam żeby zobaczyć zawartość. Wzięłam z kuchni swój ulubiony
nóż, który nazwałam Pecca-torum (lubiłam je nazywać) i rozcięłam papier. To co
znalazłam w środku całkiem mnie zaskoczyło. Wyciągnęłam małą, złotą żyletkę
która niewiarygodnie mocno lgnęła do mojej dłoni jakby magnes łączył się z
magnesem. Zeszłam po schodach do salonu i włączyłam telewizor oraz kablówkę.
Nienawidziłam telewizji, jednak uwielbiałam śmiać się z głupoty ludzi w
wiadomościach czy teleturniejach. Wypełniłam szklankę do połowy colą i
wrzuciłam dwie kostki lodu. Było strasznie gorąco przez to, że mieliśmy
czerwiec. Brakowało mi teraz jakiejś przekąski i mój codzienny rytuał był
dopełniony. Udałam się w stronę mojej skromnej kuchni i szukałam po szafkach
jakiś chipsów lub paluszków. Zajęło mi to całkiem długo, bo aż 10 minut i
dopiero po tym czasie znalazłam ciperki o smaku BBQ. Kiedy wracałam do salonu,
zaczęłam czuć się bardzo dziwnie. Zaczęła boleć mnie głowa, a moje oczy zaczęły
łzawić. Poczułam ciepłe powietrze na swoim uchu i przestraszyłam się, niemalże
natychmiast odwracając, jednak nikogo tam nie było. Słyszałam szept, jednak był
bardzo niewyraźny i nie mogłam zrozumieć co miał mi przekazać. Dopiero po
dokładnym skupieniu się i wsłuchaniu w tajemniczy głos zrozumiałam.
- Znajdź go. Znajduje
się w Hongkongu. Nie pozwól, by dowiedział się kim jest. Zabij go, a zostaniesz
nagrodzona. Zostaniesz wyniesiona ponad ludzkie granice, Juliio. Wzniesiesz się
ponad niebo. – Powtarzał to w kółko, nie przerywając. Nie wiedziałam co to
wszystko miało znaczyć, czyżbym ochujała? Nie miałam jednak ochoty kwestionować
swojej psychiki i jak gdyby nigdy nic wróciłam do salonu, siadając wygodnie na
sofie. Sięgając po pilot od telewizora zauważyłam, że coś dziwnego dzieje się z
żyletką. Trzęsła się nieokiełznanie i przesuwała po stole na którym ją
położyłam. Kiedy moja ręka się do niej zbliżyła, ta momentalnie dziabnęła mnie
w dłoń i potem zsunęła się na ziemię, przesuwając się powoli w stronę
wejściowych drzwi. Niewiele myśląc, podeszłam do niej i ją podniosłam, a w tym
samym momencie poczułam niewiarygodną chęć zajrzenia przez wizjer. Popatrzyłam
więc i to co ujrzałam zdziwiło mnie o wiele bardziej niż niewyjaśniony głos w
mojej głowie. Za drzwiami stał czarny kościotrup z kurwa sombrero o tym samym
kolorze. Nie wiem czemu, ale poczułam swojego rodzaju podziw. Wszystko związane
ze śmiercią jakoś zawsze mnie do siebie ciągnęło, a ja nie stawiałam oporu.
Otworzyłam
drzwi, żeby lepiej przyjrzeć się temu dziwnemu czemuś. Nie czułam się
zagrożona, ani nie bałam się stanąć z tym twarzą w twarz. Kreatura była ode
mnie o wiele wyższa i nie różniła się niczym od budowy normalnego, ludzkiego
szkieletu. Od tamtej pory minęło sporo czasu, a dokładniej dwa lata. Przez ten
okres nie podjęłam nadal decyzji co chcę dalej ze sobą zrobić i zostałam u
rodziców. Dowiedziałam się również czym był ten tajemniczy stwór i co robiła
złota żyletka, a to wszystko dzięki głosowi w mojej głowie, który okazał się
być Bogiem. Pojebane. Nazwałam swoją stójkę ,,Welcome to The Black Parade’’, bo
bardzo lubiłam tę piosenkę. Okazała się być potężniejsza niż myślałam na
początku. Mogłam zadać komuś takie obrażenia, że nikt nigdy nie byłby w stanie
zobaczyć jego ciała. Nauka nigdy nie będzie mogła tego wytłumaczyć. Samo
potknięcie się na schodach mogło być dla kogoś śmiertelne gdy tylko tego
chciałam i był w moim zasięgu. Siedziałam przy komputerze i popijałam
energetyka. Była wieczorna pora, więc chciałam sobie trochę jeszcze pograć
zanim zmuszą mnie do spania. Ostatecznie skończyłam przeglądając Twittera w
poszukiwaniu świeżutkich memów. Odkąd ten głos odezwał się pierwszy raz, już
nigdy więcej nie wspomniał o tajemniczym mężczyźnie którego miałam znaleźć, a
przynajmniej do czasu. Przeglądając strony pornograficzne w poszukiwaniu
panienek z Hongkongu, Bóg znowu się odezwał:
- HongKong. Tam jest
chłopak, którego zwą Kaka. Pilnują go. Masz jednak teraz siłę by do niego
dotrzeć. Zabij go, Julio. – Mówił szeptem. Jego głos był bardzo kojący,
jakby ktoś zaczął śpiewać cichutką kołysankę prosto do mojego ucha. Mimo, że
nie chciałam z początku tam jechać, to w końcu ugięłam się pod naporem własnej
ciekawości. Cała podróż według GPS’a miała trwać półtorej dnia, jednak
wiedziałam że coś spierdoli się na tyle, że zajmie mi to o wiele więcej. Była
godzina 19 i całkiem wyspana wstałam z łóżka. Spakowałam w plecak termos
wypełniony kawą, jakiś ciepły kocyk, kilka wcześniej przygotowanych kanapek,
napełnionego powerbanka i jakieś ubrania na zmianę gdybym musiała zostać w
Hongkongu na noc. Wyszłam z domu i zamknęłam za sobą drzwi. Moi rodzice
pracowali do późna, więc zostawiłam im kartkę z informacją, że nie będzie mnie
przez następne kilka dni. W czasie tych kilku miesięcy udało zdobyć mi się
prawo jazdy, dlatego w ramach celebrowania tego wydarzenia moja rodzina złożyła
się na samochód, a żeby było śmieszniej to taki, którego najbardziej nie
chciałam. Czerwona multipla czekała zaparkowana na ulicy, przed bramą mojego
domu. Wsiadłam do samochodu i włożyłam kluczki do stacyjki. Przekręciłam i
silnik zawarczał, a ja wrzuciłam plecak na tylne siedzenie. Odpaliłam swoją
standardową składankę samochodową, składającą się głównie z ,,Take Me Home,
Country Roads’’. Od wielu lat odchodziłam i wracałam do tej przepięknej
piosenki i teraz też miałam na nią ostrą chcicę. Nie było dużo innych pojazdów
na drodze tego czerwcowego wieczoru. Jechałam i jechałam, wsłuchując się w tekst
puszczanych już teraz w radiu piosenek. Kiedy minęłam już połowę drogi,
musiałam znowu wziąć przerwę na odpoczynek. Robiłam ich po drodze kilka, ale
żadna nie okazała się być tak niefortunna jak ta. Wysiadłam z samochodu, aby
rozprostować nogi i coś przekąsić. Zatrzymałam się na jakiejś stacji
benzynowej, a oprócz mnie i pracowników znajdowała się tam tylko jedna osoba,
której tożsamość mnie zupełnie zaskoczyła i w tym samym momencie zniesmaczyła. Kooba Coopic. Znaliśmy się z czasów
gimnazjum, chodziliśmy razem do klasy wraz z Garolem. Widziałam to, jak bardzo
Kooba go wykorzystywał. Udawał jego przyjaciela, tym samym podkradając lunch i
każąc mu robić za siebie prace domowe. Widziałam to, a jednak nie potrafiłam
pomóc Garolowi. Nienawidziłam osób, które wykorzystywały słabszych do zrobienia
czegoś, zamiast ruszyć swoją własną dupę. Garol jednak odrzucał moją pomoc na
każdym kroku. Widziałam że cierpi, ale nie pragnął zmian, udawał że wszystko
jest w porządku. Takich osób też nie lubiłam. Byłam hardo stąpającą po ziemi
kobietą i wiedziałam jak walczyć o swoje, tym samym nie rozumiałam takich osób
jak Garol, ale wiedziałam że nie muszę rozumieć. Ludzie są różni, a on wybrał
taką drogę, co w sumie ostatecznie wyszło mu na dobre, bo został kimś ważnym w
Yamadżumie. Kiedy siedziałam na ławce niedaleko głównego budynku stacji,
podszedł do mnie i zagadał.
- Cześć Juliia! Dawno się nie widzieliśmy w sumie. Co tam u
ciebie? Nadal próbujesz pomagać sierotom? – Zapytał mnie, lekko się
podśmiechując. Już miałam go dość. Wiedział, że działa mi na nerwy tak
doskonale, jak ja wiedziałam, że działam jemu.
- Siems Kooba. Wiesz co? Ostatecznie przestałam, a ty? Nadal
nie możesz ruszyć swojej dupy do niczego sam, tylko wykorzystujesz słabszych? –
Odpowiedziałam tym samym sposobem jakim on zaczął. Teraz mogliśmy przejść do
szczerej rozmowy, bez zbędnych uprzejmości.
- Odkąd Garol został władcą Yamadżumy to nawet nie muszę się
starać, aby wszystko robili za mnie. Zawsze wolałem lżejszy i leniwszy tryb
życia, dobrze o tym wiesz. – Miałam ochotę podciąć mu nogę i zrobić z niego
miazgę, do teraz zastanawiam się czemu tego ostatecznie nie zrobiłam. Wewnętrznie
zdziwiło mnie to, że Garol objął dowodzenie w Yamadżumie, bo niby jak?
- Czego ode mnie chcesz? Myślę, że tę rozmowę pełną
uprzejmości mógłbyś sobie darować. – Wykrzyknęłam niemalże w jego stronę.
- Oj mógłbym, ale nie mogłem się powstrzymać, bardzo dobrze
o tym wiesz. – Puścił mi oczko. – Czyżbyś jechała do Hongkongu? – Zapytał mnie.
Skąd on to kurwa wiedział? - Rozejrzałem
się trochę koło twojego samochodu i ukradkiem zdarzyło mi się zobaczyć co tam
sobie planujesz. To jak? Powiesz mi po co tam jedziesz? – Nie miał żadnego
umiaru. Zawsze był bezpośredni i nie rozumiał czym są granice. Zazwyczaj było
to cechą przeze mnie lubianą w ludziach, ale u niego to tylko dodatkowa
frustracja.
- Obydwoje wiemy, że ci nie powiem. Żegnam. – Rzuciłam na
szybko, odchodząc w stronę auta. Nie patrzyłam się za siebie, ale przeczuwałam
że nie będzie chciał dać mi spokoju. Wsiadłam do samochodu i zamknęłam za sobą
drzwi. Włożyłam kluczki do stacyjki i odpaliłam silnik, szykując się do
odjazdu. Położyłam stopę na pedale gazu i ruszyłam. Nagle jednak coś mnie
zatrzymało. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła, a odłamki trafiły w moją szyję.
Obróciłam głowę i zobaczyłam, że jakaś ogromna kula wybiła mi tylną szybę. Za
samochodem stał uśmiechnięty Kooba. Wyglądał pokracznie w tym swoim czerwono –
czarnym skafandrze i białych glanach. Zamierzałam wyjść, jednak zaraz potem
zniknął. Szukałam go wzrokiem, ale nie potrafiłam znaleźć. Dosyć szybko się
poddałam i odjechałam dalej w stronę Hongkongu.
Przejechałam
drugą połówkę i wjeżdżałam do mojego punktu docelowego. Coś co usłyszałam w
radiu jednak mnie niesamowicie zaskoczyło.
- ,,Drodzy państwa, wiadomości z ostatniej chwili!
Burmistrzem dzielnicy Hydraa w Tomashowku został Pesty London! Jego poparcie
było niemalże dwa razy większe niż jego rywala! Pytaniem tylko pozostaje czy
ten młody polityk da sobie sam radę w tym świecie pełnym fałszu?’’. – Pesty? Ten Pesty? Nie mogłam w to uwierzyć.
Nikt nie znał go lepiej ode mnie i Jacuba,
mojego przyrodniego brata. Ten chłopak nie wyglądał na takiego, który mógłby
się jakkolwiek zainteresować polityką. Zresztą, on sam w sobie nie miał za dużo
zainteresowań. Był pusty. Od urodzenia nie miał lekko, jednak przyjął drogę
której sama nie umiałam zrozumieć. Z czasem uodparniał się na emocje. Ja i Jacub byliśmy jedynymi wyjątkami dla których zachowywał się normalnie. Nie
okazywał ich, nie chciał ich ukazywać. Twierdził, że to one czyniły go słabym i
podatnym. Po części umiałam się z tym zgodzić.
Czerwony kolor ulicznych lamp idealnie zlewał się z barwą
multipli. Hongkong był specyficznym miastem, gdzie ludzie mieli większy
priorytet niż samochody czy komunikacja miejska. Jezdnie były względnie
szczuplutkie, zaprojektowane tak żeby auta mieściły się na styk. Chodniki
natomiast zdawały się być ogromne i zdecydowanie pięknie przystrojone. Lampy
były wygięte łukiem, a ich żarówki miały kształt poszarpanego na bokach
prostokąta. Po bokach chodnika zasadzone zostały białe tulipany i róże, całość
przypominała zaczarowany ogród. Nawet ja widząc całość tego obrazu potrafiłam
się zachwycić. Ulice były puste, nie zauważyłam żadnej żywej duszy. Byłam już
bardzo zmęczona, przysypiałam nawet przy kierownicy. Cel mojej podróży został
osiągnięty, tak więc GPS automatycznie się wyłączył. Poczułam jak coś zaczyna
wiercić się szalenie w mojej kieszeni. Złota żyletka sama z siebie wyleciała i
ułożyła się na siedzeniu obok mnie. Następnie usłyszałam ten niesamowicie
kojący głos, który przekazał mi:
- Ta żyletka jest
twoim kompasem. Słuchaj się jej.
Tak właśnie zamierzałam zrobić. Głos w mojej głowie
sprawiał, że nie zadawałam pytań. Czułam wewnętrzną potrzebę aby robić wszystko
co mi każe i nie czułam się z tym źle. Wzięłam żyletkę w wolną dłoń i
wpatrzyłam się w nią, kierując zgodnie ze wskazówkami. Przejechałam pięć minut
i moim oczom ukazała się pokaźna chmura czarnego dymu unosząca się w powietrzu.
,,Coś musi się ostro fajczyć’’ – pomyślałam udając się w stronę potencjalnego
źródła. Miałam rację, trzy przecznice dalej dwupiętrowy, szary budynek stał w
płomieniach. Wysiadłam z samochodu i zamknęłam go, udając się za żyletką która
kierowała mnie do środka. Zatrzymałam się jednak na chwilę aby poczuć ciepło
tego pięknego ognia. Z transu wybudziła mnie żyletka, która drasnęła mi
delikatnie policzek. Biegłam dalej i w końcu znalazłam się w środku. Byłam w
jednej, wielkiej masarni. Zeszłam po schodach na dół i nie mogłam zrozumieć co
tam się stało. Mnóstwo martwych ludzi rozłożyło się po całym pomieszczeniu.
Wszyscy ubrani w błękitne szaty z jakimś znaczkiem, którego nie
rozpoznawałam.
- Zakon Syjonu. Jeśli
znajdziesz kogokolwiek żywego, nie oszczędzaj go. To oni go pilnują.
Głos przemówił, usprawiedliwiając mnie ze wszystkiego co
miałam zamiar za chwilę zrobić. Miałam przeczucie, że nie wszyscy są martwi.
Udałam się dalej w stronę żyletki, a po drodze zaczęłam napotykać mnóstwo ludzi
w szatach. Latali w tę i w tę z żelaznymi wiadrami pełnymi wody. Niektórzy
próbowali się na mnie rzucać, jednak na próżno. Mój stand był teraz o wiele
potężniejszy, bowiem ja też taka byłam. Ćwiczyłam. Nie tylko walkę wręcz czy
strzelanie z broni palnej, lecz rozwijałam się też psychicznie. Podstawiałam
tylko nogi, a reszta robiła się sama. Sama stójka miała zasięg około 5 metrów
ale każdy musi mieć jakiś minus. Plama za plamą, plama za plamą, wszyscy
kończyli w ten sam sposób. Jeśli ktoś już upadł to nie miał ratunku. Tak
działał mój Black Parade!. Na końcu korytarza pełnego krwi znajdowały się
drzwi, pancerne. W ich stronę udawała się żyletka, na szczęście jednak dla mnie
były one otwarte. Weszłam do niego i przyjrzałam mu się dokładnie. Przypominał
pokój jak dla nastolatka, wypełniony plakatami kotów i jakichś broni palnych.
,,Chyba się polubimy, młody’’ – pomyślałam, rozglądając się za żyletką.
Wleciała ona do ogromnej szafy, zupełnie nie pasującej do czerwonych ścian
pomieszczenia. Otworzyłam ją, a widok w środku mnie zaskoczył.
Siedział
w niej młody chłopak, na oko może z trzynaście lat. Był ubrany w jakiś dziwny,
zielony kostium z trójkątnymi wycięciami. Stał w miejscu jak wryty, a jego
ciemnoszare oczy wydawały się przekazywać radość. Nie minęła chwila, kiedy sam
z siebie wyciągnął do mnie dłoń, a ja pomogłam mu się wydostać. Rozejrzał się
po korytarzu, dostrzegając plamy krwi które za sobą zostawiłam.
- Wiesz może co tu się stało? – Zapytałam chłopaka. On
jednak nie odpowiedział. Poszedł dalej w głąb korytarza, sprawdzając każdą
pojedynczą plamę krwi. Pobiegłam za nim, siedział cały czas w ciszy. W tym
momencie jednak przemówił, a jego głos się załamał.
- Nie musiałaś ich zabijać… Sam nie chciałem tego robić.
Mieli przeżyć… - Coś mnie ukuło. To co mówił było prawdą. Nie musiałam tego
robić, ale zrobiłam to. Zrobiłam to, ponieważ mogłam.
- W-wiem jak to zabrzmi, ale poczułam się usprawiedliwiona
g-głosem który kazał mi to zrobić. – Odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy
jak głupio musiało to zabrzmieć.
- Spokojnie, rozumiem. Ja też go słyszę, siostrzyczko.
Komentarze
Prześlij komentarz