12/13 Listopad
Jesienna pogoda dawała mi się we znaki. Temperatura stopniowo opadała, zmuszając ludzi do zakładania cieplejszych ubrań. Odkąd byłam sama było tylko coraz ciężej.. Nie miałam pojęcia gdzie jest Maciei, lecz pragnęłam go znaleźć. Uciekłam z nadzieją aby go znaleźć. Na początku wszystko było jednym, wielkim gównem. NanBuklear, jedna z dzielnic Tomashowka, była rządzona przez bardzo nieogarniętego gościa zwanego Nuklurem. Był strasznie gadatliwy i skazany na banicję w sześciu innych dzielnicach, lecz nie tej. Cała jego rodzina zajmowała wysokie pozycje w rządzie i nie było jak go zmienić, tak więc wszyscy byliśmy poddani jego woli. Wtedy byłam zastępcą burmistrza dzielnicy, bardzo pragnęłam utrzymać tę posadę. Od dziecka chciałam być kimś ważnym, kimś kogo będą potrzebować ludzie a przyszła wizja stania się jednym z burmistrzów Tomashowka zapowiadała się obiecująco. Pewnego dnia jednak, wszystkie moje marzenia obróciły się w piach. Nieznajoma dziewczyna przyszła i obaliła Nuklura, wszyscy jednak nie mieli pojęcia co się z nim stało. Stała się naszą liderką i mówiąc naszą, mam na myśli całą dzielnicę. Loża krewetek jaką prowadził Nuklur zamieniła się w Lożę Szyderców, prowadzoną właśnie przez nią. Juliia Musiau, bo tak się nazywała, była, powiem szczerze, świetna. Zauważyła mój potencjał i moją osobę, przyjmując mnie do Loży. Razem ze mną dostał się jeszcze Somf Borszcz, mój kolega i senator Europy. Wtedy była nas szóstka: Ja, Juliia, Jacub, Kaka, Borbo oraz Somf. Dogadywaliśmy się świetnie i naprawdę czułam że żyłam bawiąc się z nimi. Stara rezydencja Nuklura teraz była naszą kryjówką i miejscem prawdziwego relaksu. Z czasem jednak wszystko musi przejść przez jakieś zmiany. Do naszych szeregów doszedł Maciei. Był naprawdę smutnym człowiekiem, który jednak przy mnie stawał się radosną kupą szczęścia. Wraz z jego przyjściem odszedł Somf. Przez ten okres czasu wiedziałam, że żywił do mnie uczucia, jednak nie umiałam ich odwzajemnić. Nie ukrywam, że bardzo często pragnął mojej uwagi i poklasku w stosunku tego co robił, co dodatkowo mnie od niego odrzucało. Nie był złym mężczyzną ani tym bardziej człowiekiem, po prostu do siebie nie pasowaliśmy. Kiedy przyszedł do nas Maciei zaczął być zazdrosny o wszystko, kazał mi nawet nie gadać z Zawadzieuo. Wtedy w końcu powiedziałam mu wprost co czuję i następnego dnia zniknął. Somf był pierwszą osobą która odeszła z Loży, więc jeszcze nie została wprowadzona zasada usunięcia wspomnień. Jeden z nas, a dokładniej Borbo Bolko, posiadał moc usuwania wspomnień danej osoby, które miały związek z konkretnym miejscem czy inną osobą. Byłam zaskoczona tym, że oni też mieli stójki kiedy się o tym dowiedziałam. Ja swoją miałam od urodzenia, chociaż dopiero osiągając pełnoletniość mogłam coś z nią zdziałać. ,,Who’s that Chick?’’ bo tak ją nazwałam, umożliwia mi podniesienia czyjegoś poziomu podniecenia w stosunku do mojego ciała. Jej humanoidalna postać przypominała jakąś piosenkarkę popu z lat 90. Tak naprawdę nigdy nie wstydziłam się nagości i chętnie pokazywałam komuś swoje ciało, więc taka właśnie stójka była strzałem w dziesiątkę. Wszyscy inni Szydercy też mieli stójki, oprócz Macieia, który musiał przejść przez test zwany ,,Strzałą Apolla’’. Jacub strzelił mu w szyję prowizoryczną strzałą, zrobioną ze złotej żyletki, artefaktu Loży. Juliia objaśniła nam, że ostrze potrafi dostrzec czyjś potencjał jako użytkownika stójki i każdemu kto takowej nie ma dobiera na podstawie siły emocjonalnej i psychicznej. Zawadzieuo przeszedł test i otrzymał swoją, tym samym stając się oficjalnie jednym z nas. Kiedy jednak prezes przepisał wszystkie prawa do firmy na Musiau, odszedł, tym razem nie pamiętając nic dzięki ,,Killer Beaver’’ czyli stójce Borbo. Niedługo po nim odeszłam i ja. Wynikało to z kłótni jaką miałam z Juliią odnośnie przyszłości Loży. Byliśmy w otwartym konflikcie z inną dzielnicą, zwaną Yamadżuma, a dokładniej z grupą rządzącą tą dzielnicą czyli Dangozjebami. Ich lider, Garol Kawronski, ciągle ze swoimi ludźmi wbijał się na nasze tereny i zbierał haracz od niezależnych przedsiębiorców. Nie mogliśmy na to pozwolić i na początku próbowaliśmy to załatwić po dobroci, on jednak nie przestawał. W końcu my przyjęliśmy taką samą taktykę i zaczęliśmy szantażować ludzi z jego dzielnicy. Jedyną różnicą między nami, jednak kluczową, była zamożność dzielnic. NanBuklear był dzielnicą miliarderów i osób ambitnych, a Yamadżuma średniozamożnymi obywatelami bez ambicji na poprawę swojej sytuacji życiowej. Nieważne jak dużo pieniędzy zebraliśmy z haraczu na ich obywatelach, w stosunkach zysków i strat wymiany szantażów wychodziliśmy na zero. Nie podobało się to bardzo liderce, która pewnej nocy podczas obrady Loży zadecydowała o tym, że musimy zabić Garola. Otwarcie się z tym nie zgodziłam i tak wywołałam kłótnie, która skończyła się moim odejściem.
- Musimy go zabić Adda! Inaczej cały czas będziemy stratni i
nie chodzi mi tylko o pieniądze. Pomyśl – co byśmy zrobili gdyby ludzie zaczęli
się nam buntować, ponieważ haracz wywoływał na nich presję?
- A co dobrego da nam zabicie go? To wywoła wojnę, Juliia!
Cała Yamadżuma zbierze się w kupę i zaleje nas fala wkurwionego plebsu! Inne
dzielnice tylko na to czekają. Taikaruji
tylko czeka na wojnę między jakimiś dzielnicami żeby powiększyć swoje tereny..
– Ten argument jednak nie potrafił przekonać Julii i ostatecznie stałyśmy się
dwiema stronami, szukającymi rozwiązania na własną rękę. W końcu wiecie co
zrobiłam? Spanikowałam. Spakowałam wszystko co mogłam i próbując zabrać ze sobą
Kakę, uciekłam. Niestety, chłopak musiał tam zostać. Bardzo go polubiłam,
czasami był bardzo uroczy, a rozmowa z nim potrafiła uspokoić moje zszargane
nerwy. Teraz byłam bezdomna, a raczej chciałam taka być. Nie mogłam wrócić do
domu, szukaliby mnie tam. Nie miałam wyczyszczonych wspomnień, więc stałam się
automatycznie poszukiwana, tak jak Somf. Nie żałowałam tego, że odeszłam, lecz
tego, że nie mogłam tego zrobić z kimś. Nienawidziłam samotności, wręcz się jej
bałam. Tęskniłam za wszystkimi, ale nie wiedziałam jak to wszystko naprawić.
Musiałam teraz szukać nowego miejsca do zatrzymania się. Podróżowanie bez domu
jest zdecydowanie cięższe niż kiedykolwiek mogłam przypuszczać. Oparłam się
plecami o ścianę i włożyłam wszystkie moje starania w zapewnienie sobie ciepła.
Uciekłam do dzielnicy Taikaruji bez dokładnego celu wędrówki. Liczyłam na łut szczęścia,
jednak dostałam tylko jego szczyptę. Znalazłam schronienie pod jednym ze
starych mostów łączących główną ulicę Taikaruji z główną ulicą Yamadżumy. Na
początku nie było tam nic, z czasem jednak zaczęłam umeblowanie mojego domku od
znalezienia starego, poniszczonego materaca w jednym z pojemników na śmieci
oraz uszycia prowizorycznej kołdry z zużytych ubrań wyciągniętych z kontenera
PCK. Czynnikiem decydującej zmiany okazała się być jednak ogromna, metalowa
beczka którą kiedyś ukradłam jakiemuś innemu bezdomnemu kiedy tamten spał.
Czułam się z tym okropnie źle, ale sama siebie usprawiedliwiałam ,,przetrwaniem
najsilniejszych’’. Dokładałam do ognia coraz więcej drewna i jakichś losowych,
plastikowych śmieci. Dawało to charakterystyczny zapach do którego byłam
przyzwyczajona, a odstraszał innych bezdomnych wędrowców. Położyłam się na
materacu i przykryłam kołdrą. Miała cichą nadzieję na to, że przyjdzie mój nowy
przyjaciel – Tomeg. Zwierzak był
bezdomnym kundlem, którego uratowałam przed śmiercią i się nim zaopiekowałam.
Był prześliczny i widać było, że jeden z jego rodziców musiał być jamnikiem.
Piesek jednak reagował dużym strachem na ogień rozpalony w starej,
metalowej beczce, więc tym razem nie zastałam jego obecności. Zaczęłam więc
rozmyślać nad tym co zrobię jutro, coraz mocniej przytulając się do kołdry. Nie
znałam pojęcia rutyny, każdy dzień był czymś innym w moim harmonogramie. Można
rzec, że planowanie sobie dnia nigdy nie było moją mocną stroną, nawet kiedy
żyłam u boku Loży. Plan jutrzejszej wyprawy był prosty – ukraść coś do jedzenia
przy użyciu Who’s that Chick? na miejscowym targu, odwiedzić kilku znajomych
bezdomnych w okolicy i odszukać oraz nakarmić Tomga. Miałam wystarczający zapas
drewna i śmieci, więc tym razem mogłam wracać od razu do domu i nie musiałam
ich zbierać z okolicznych śmietników. Nie wiedziałam co dalej ze sobą zrobić.
Wiedziałam, że w takim chłodzie nie uda mi się usnąć, a ogień z beczki nie będzie
wystarczająco duży żeby zapewnić mi jakiekolwiek komfortowe ciepło.
- Chcesz kraść? - Odezwał się głos w mojej głowie. ,,Tylko
nie znowu on..’’ – pomyślałam. Od dziecka go słyszałam i teraz byłam świadoma
kim on był, jednak byłam również świadoma, że nie uwierzy mi nikt komu o tym
powiem.
- Spierdalaj. – Odpowiedziałam z pełnym przekonaniem.
Czasami próbował się ze mną droczyć, a nawet mnie wyzywał, lecz zawsze to
ignorowałam. Teraz dałam mu pole do popisu, bo po prostu byłam przerażona wizją
tego, że dzisiejszej nocy mogę umrzeć z zimna. Tak bardzo chciałam dowiedzieć
się, gdzie mieszkał Maciei, ale nigdy ta informacja nie dotarła do moich uszu. Wiedziałam
jednak, że Juliia ją posiada i prawdopodobnie podzieliłaby się nią z nami gdyby
nie prośba samego Zawadzieuo. Myślę, że chłopak nie bawił się dobrze z innymi
Szydercami, oprócz Jacuba z którym czas spędzać uwielbiał. Wiercenie się w
,,łóżku’’ nie ustawało z godziny na godzinę, byłam zbyt przerażona i
zestresowana wizją śmierci żeby usnąć, bo dzisiaj pierwszy raz temperatura
przypomniała zimową. Kiedy tak leżałam zamyślona nad tym wszystkim, nagle
ciepło od strony beczki zniknęło. Przestraszyłam się jeszcze bardziej. Co jak
jakiś inny bezdomny ją zabrał? Co jak wpadła do rzeki? Nie mogłam wyrzucić tych
myśli z głowy. Gdyby nie ta beczka już dawno byłabym martwa. Niechlujnie
wstałam z materaca i przetarłam oczy które teraz wyrażały niedowierzanie.
Beczka była przewrócona i uszkodzona ze wszystkich stron, a wszelkie zapasy
drewna i śmieci jakie udało mi się zebrać pływały w rzece Nitquen. Upadłam na kolana i zakryłam swoją twarz dłońmi. ,,Kurwa,
kurwa, kurwa!’’ – Myślałam patrząc na zaistniałą sytuację. W tym samym momencie
za plecami usłyszałam charakterystyczny głos.
- Mogłaś z nimi zostać, Adda… Naprawdę nie chcę tego robić,
wiesz o tym! Ale muszę. Ani ja ani ty od
tego nie uciekniemy. – Poznałam ten męski głos. Somf. Nie miałam pojęcia o
czym mówił. Teraz jak na niego patrzę to był tylko leciutko wyższy ode mnie.
Nie chciałam dopuścić do jakiejkolwiek walki między nami, teraz desperacko
potrzebowałam czyjejś pomocy. Miałam nadzieję, że uda mi się złagodzić tę
napiętą sytuację i że jeszcze znaczę dla niego tyle, żeby potrafił spokojnie ze
mną porozmawiać.
- Nie możesz po prostu sobie wziąć tej beczki? Bo w sumie to
z nią czy bez niej i tak padam na low hp. – Zaśmiał się. Widziałam, że
delikatnie pod nosem się zaśmiał. Jednak szybko wrócił do pozycji wyjściowej,
czyli był gotowy do walki. Nie mogłam zostać w tyle i również takową przyjęłam.
,,Więc to walka bez stójek, huh?’’ – pomyślałam, zdając sobie sprawę że znamy
swoje umiejętności na wylot i niemożliwe było wpadnięcie w pułapkę zastawioną
przez drugiego. Nie byłam w posiadaniu żadnej broni czy rzeczy która mogłaby za
takową posłużyć, więc wzięłam z kupki palących się gałęzi z wcześniejszego
ogniska, najostrzejszą jaką zdążyłam zauważyć i musiałam wierzyć w to, że Somf
podejdzie wystarczająco blisko. Walka zaczęła się w momencie rzucenia pierwszym
nożem mężczyzny. Nie miałam sposobu na uniknięcie ataku, więc przyjęłam go na
przedramiona, upadając idealnie za leżąca beczką. Wszystkie drogi ucieczki
okazały się być zgubne z powodu rwącego prądu rzeki po prawej stronie.
Napastnik zmuszony był zbliżyć się do beczki żeby wymierzyć ostateczny cios.
Siedziałam spokojna i wyczekiwałam. Przez chwilę miałam ochotę użyć swojej
stójki, ale przypomniałam sobie jak głupim pomysłem teraz zaświeciłam. Kroki
były głośniejsze i głośniejsze z każdą chwilą. Kiedy usłyszałam wyczekiwany
przeze mnie dźwięk, momentalnie wstałam i nie zastanawiając się wymierzyłam za
siebie. Zaraz potem odgłos oparzonej skóry dotarł do moich uszu. Wtedy jednak
podjęłam bardzo głupią decyzję i popełniłam błąd, próbując go obiec. Mężczyzna
złapał mnie za rękaw kurtki i był gotowy wrzucić do rwącego prądu, zdecydowanie
zimnej, rzeki. Wtedy nie wiadomo skąd pojawił się Tomeg, nowo poznany kundelek
i odwrócił jego uwagę. Opadając złapałam go za kaptur bluzy i razem zostaliśmy
porwani przez rzekę. Byłam ranna i dodatkowo wpadałam na różne przeszkody takie
jak urwane z drzew gałęzie czy wielkie kamienie, jednak cały ból złagodziła
adrenalina. Nie miałam czasu patrzeć na napastnika, ale wiedziałam że płynie za
mną. Zatrzymaliśmy się w końcu na wrzuconej do rzeki pralce, gdzieś w środku
lasu. Wyczołgałam się na suchy grunt pierwsza i z resztek moich sił próbowałam
uciekać za pobliskie drzewa. Nie zwracałam uwagi na nic, na to jak cholernie
zimno mi było ani na to, że Somf jest tuż za mną. Zanim zdążyłam uciec,
mężczyzna podjął kolejną próbę okaleczenia mnie, tym razem rzucając nożem w
moją lewą kostkę. Spektakularnie upadłam na ziemię i nim do mnie podszedł,
odwdzięczyłam się tym samym, jednak celując w udo. Skąd miałam nóż? Zabrałam go
z ziemi po wcześniejszym ataku. Somf złapał się za nogę, jęcząc z bólu. Nagle
niedaleko rozległ się dźwięk szczekania. Wiedziałam co to oznacza i miałam
tylko nadzieję, że pies jak najszybciej stąd ucieknie. Tak się jednak nie
stało, a niedługo potem z okolicznych krzaków wyskoczył Tomeg. Widok zwierzaka
mnie ucieszył jak i przeraził, a moje emocje były teraz bardzo pomieszane. Psem
zainteresował się też Somf, który uważając go za zbędną przeszkodzę, zaczął go
kopać. Raz za razem, raz za razem, czekając na moją reakcję. Nie musiał czekać
na nią jednak długo. Wściekła zachowaniem mężczyzny powoli przemieszczałam się
w ich stronę. Kopnięcia nie ustawały, a wręcz przeciwnie, ich częstotliwość
była coraz większa. Nie chciałam zwracać jego uwagi do momentu w którym
musiałam to zrobić, więc zbliżałam się powoli, jednak najszybciej powoli jak
się dało. Podczołgałam się do psa i wzięłam go w ramiona. Zrobiłam to tak
błyskawicznie, że napastnik wymierzył mi dwa kopniaki zanim się zorientował. Czułam
frustrację i gniew, ale w jakiś sposób byłam przekonana, że nie użyje swojej
stójki. Mijały sekundy ciszy między nami, a Somf odezwał się pierwszy.
- Co ty robisz, Adda? – Zapytał ze zdziwieniem w głosie. Nie
mógł pojąć tego, że właśnie próbował mnie zabić, a ja odstawiłam taką akcję.
Nie odezwałam się. Siedziałam bezczynnie, trzymając kundla w ramionach.
Czekałam. Czułam, że nadal jest w nim coś, co sprawi, że odejdzie.
Nieoczekiwanie, łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Cichy szloch docierał
do uszu mężczyzny, który wydawał się zagubiony. Powoli zaczęłam odwracać
zaróżowioną twarz w jego kierunku. Nie czułam już zimna ani frustracji.
Uśmiechnęłam się delikatnie i cichutko zapytałam.
- Pomożesz mi, Somf? Muszę mu pomóc… - więcej łez otuliło
moje policzki. Nadal się uśmiechałam. Nie zwracałam uwagi na to, że ktoś
właśnie zamierzał mnie zabić. Moim priorytetem było zapewnienie psiakowi
bezpieczeństwa. Ciągle patrzyłam na twarz kundelka. Somf którego znałam nie
zrobiłby czegoś takiego niewinnemu stworzeniu. Odwracając się do zagubionego
mężczyzny, wykrzyknęłam.
- Czy to naprawdę ty Somf? Odpowiedz mi!... – On popatrzył
na mnie swoim zmieszanym wzrokiem. Nie wiedział co w niego wstąpiło, czułam to.
I jak gdyby nigdy nic, odszedł. Nie dał mi odpowiedzi. Mijały minuty, a z każdą
kolejną życie psa było bardziej zagrożone. Moja nadzieja umierała coraz
bardziej. Liczyłam tylko na jakiś cud, który pomógłby go uratować. I taki
właśnie się stał. Zobaczyła postać w złotej marynarce. Wędrowiec podszedł do
mnie i odkrył swoją twarz skrywaną pod kapturem.
- Jacub..? Czemu? – Wydukałam. Nie miałam pojęcia czemu on
tutaj jest a nie Borbo, ale to nieważne. Wiedziałam, że kolekcja jego łez
schowanych za paskiem pomoże mi zająć się zwierzakiem.
- Potraktuj to jako drugą szansę. Wszystko wyjaśnię ci w
kryjówce, bo my też potrzebujemy teraz twojej pomocy. – Odpowiedział,
wyciągając zza paska malutką fiolkę pełną łez. Nie miałam pojęcia skąd je brał,
ale jego stójka, ,,Cry Baby Cry’’
była zbawieniem w takich sytuacjach jak ta. Miał on moc zmieniania właściwości
łez na jakiekolwiek tylko chciał, a w skład ten wchodziły również właściwości
lecznicze. Wylał kilka kropel na rannego psiaka i włożył fiolkę z powrotem za
pas.
- Tylko tyle?! Przecież on zdechnie przy tak małej ilości! –
Zdenerwowałam się. Gdyby nie to, że byłem wyziębiona i wycieńczona to
walnęłabym mu w łeb.
- Nie zamierzam marnować więcej na jakiegoś kundla,
zwłaszcza że prawdopodobnie do kryjówki wróci niedługo inna osoba potrzebująca
pomocy. Uleczyłem jego obrażenia wewnętrzne, reszta musi zagoić się sama. Jest
bezdomnym psem Adda, do tej pory dawał sobie radę ze wszystkim sam! –
Wykrzyknął, jakby zauważając moją głupotę. Miał rację, nie mogłam tego ukrywać.
Zrozumiałam to i postawiłam psiaka na ziemi, całując ostatni raz w czółko.
Nawet jeśli miał wszy to mnie to nie obchodziło, bo w końcu sama pewnie też je
miałam. Jacub wyprowadził mnie z lasu na główną drogę, do swojego zaparkowanego
samochodu. Ford Mustang z roku 1969 osobiście do mnie nigdy nie trafiał, ale
wiedziałam że w jego gustach był kunsztem sztuki. Przeprawa przez dzielnicę
Taikaruji zajęła nam 3 godziny, ale podczas nich zdążyliśmy sobie pogadać jak
starzy, dobrzy kumple.
- To co, ile dzisiaj wypiłeś? – Zapytałam prosto z mostu.
Jacub lubił sobie popić i każdy z Szyderców dobrze o tym wiedział. Baliśmy się,
że powoli przeradza się to w nawyk, ale niezwykle skutecznie radził sobie żyjąc
dłuższy czas bez niego i w końcu zrozumieliśmy, że to po prostu hobby.
- Jeszcze nic, ale mam ochotę chlapnąć sobie jakiegoś Ginu z
tonikiem. Uwierz, większego rozpierdolu teraz nie mogło być po tym jak ty i
Maciei odeszliście.
- To co się stało?
- Widzisz, Kaka po twojej ucieczce nie był sobą. Wszyscy to
widzieliśmy, jak bardzo cierpiał że kolejna osoba odchodzi z naszych szeregów.
Chciałem mu pomóc, ale zwątpiłem w słuszność tego. W końcu zamiast mnie pomógł
mu Borbo, a raczej ktoś kto się pod niego podszywał. Ostatecznie Kaka odzyskał
wszystkie wspomnienia i poszedł cię szukać, a Juliia oszalała z wściekłości i
wyżywa się na wszystkich martwych rzeczach w domu z wyjątkiem mnie.
- Haha, rozumiem. Pomogę wam, ale musicie wiedzieć, że nie
wiem czy zostanę z wami na długo. Ostatnia kłótnia dała mi sporo do myślenia i
muszę się zastanowić czy to wszystko warte jest moich nerwów. – Nasza rozmowa skończyła się na tej wypowiedzi,
ponieważ byliśmy już w garażu kryjówki. Wysiadłam z samochodu i poprawiłam
swoją czerwoną baseballówkę. Jakby na to nie spojrzeć, cała byłam ubrana na
czerwono. Kurtka, czapka, spodnie – no ale te ubrania były najmniej zniszczone
w całym kontenerze PCK więc nie chciałam narzekać. Była już godzina 21:30 i
najchętniej położyłabym się spać gdyby nie to, że czułam wewnętrzną potrzebę
pogadać z Juliią. Wiedziałam, że siedzi w swoim pokoju na trzecim piętrze. Cała
kryjówka przypominała stary pałac i posiadała trzy piętra oraz leżący na płasko
dach. Wszystkie pokoje szyderców znajdowały się na trzecim piętrze, co nie
koniecznie podobało się Jacubowi kiedy wracał do domu zajebany jak szpadel.
- Kiedy skończysz rozmowę to wpadnij do mojego pokoju. Znowu
będę twoim healerem, menelico. – Powiedział i lekko się zaśmiał. Nie
odpowiedziałam, bo obydwoje znaliśmy prawidłową odpowiedź na tę zaczepkę.
Weszłam po schodach na trzecie piętro i myślałam, że zdechnę ze zmęczenia.
Naprawdę miałam dość tego dnia. Podeszłam do czarnych, drewnianych drzwi
prowadzących do pokoju Julii i zapukałam. Po chwili otworzyła.
- H-hej. Mogę wejść? – Zapytałam. Dziewczyna nie
odpowiedziała mi żadnymi słowami, lecz po chwili rzuciła się na mnie i
przytuliła. ,,To chyba znaczy tak’’ – pomyślałam. Obydwie weszliśmy do środka
po tym jak liderka mnie puściła. Usiadłam na jej łóżku i zaczęłam się
rozglądać. Cały pokój posiadał w sobie tylko dwa kolory – czarny i żółty. Najwidoczniej
musiała te właśnie kolory lubić najbardziej, bo jej strój również miał takie
barwy.
- Pogubiłam się w tym wszystkim, Adda. Nie wiem co robię
źle, co takiego robię że ludzie się ode mnie odwracają. Staram się być
najlepsza w tym co robię, a jednak ty i Zawadzieuo odeszliście. Somf odszedł. A
teraz jeszcze Kakuś… - Kakuś? Od kiedy ona nazywa tak Kakę? Nie miałam pojęcia
co mogłam jej powiedzieć, nigdy nie byłam dobra w pocieszaniu ludzi. Wydawało
mi się, że to ten typ sytuacji w której należy tylko wysłuchać drugiej strony i
zrobi jej się lepiej. Podeszłam do niej i dotknęłam jej dłoni swoją. Wtedy ona
drugą położyła na moim policzku, delikatnie go pocierając. Przybliżyłam się do
niej i powiedziałam na ucho.
- A jednak wróciłam, czyż nie? – Wtedy nachyliłam swoje usta
nad jej i delikatnie przygryzając jej wargę, pocałowałam ją. Odwzajemniła
pocałunek i razem rzuciłyśmy się na łóżko.
- Nie odchodź już nigdy więcej… - Powiedziała kiedy zaczęłam
zabawiać się z dolnymi partiami jej ciała.
- Nie zamierzam – Odpowiedziałam, a wygląd reszty nocy można było sobie łatwo
wyobrazić.
Następnego
dnia wstałam wcześniej od Julii. Z samego rana udałam się do Jacuba po leczonko.
Po wczorajszym seksie tak naprawdę można powiedzieć, że się czołgałam zamiast
chodzić, ale mężczyzna w złotej marynarce przywrócił mi dawną sprawność. Potem
ja, Jacub i Borbo zebraliśmy się w jednym samochodzie, a ten pijak oznajmił, że
zawiezie nas do Zawadzieuo. Wierzyłam mu na słowo, po co miał kłamać? Miałam
tylko nadzieję, że po tym wszystkim Maciei będzie chciał wrócić. Zastanawiałam
się jeszcze gdzie jest Rafau, ale szybko przypomniałam sobie, że siedzi pewnie
w domu i gra w swoje ulubione gierki. Niekoniecznie mi to przeszkadzało, bo był
tak strasznie ironicznym człowiekiem, że rozmowa z nim bywała ciężka, a
dodatkowo mi często dokuczał. Cała podróż trwała może z pół godziny, przy czym
przez drugą połowę tego czasu śpiewaliśmy piosenki z inicjatywy Borbo.
Niekoniecznie się z nim dogadywałam, ale wiedziałam że był bardzo mądrym i
wyluzowanym człowiekiem. Kiedy w końcu byliśmy na miejscu, Zawadzieuo był w
swoim ogródku i popijał herbatę. Miał na sobie swój różowy szlafrok, który
szczerze mówiąc całkiem słodko na nim wyglądał. Wysiedliśmy z samochodu, a
Borbo przywołał swoją stójkę. Jej humanoidalna postać to był ogromny, gnijący
bóbr z kapeluszem i złotymi rękawicami bokserskimi. Pasował do wyglądu Borbo,
czyli kapelusza i całego stroju ozdobionego pasami. Nim się spostrzegłam, Bolko
wyjął spod swojej czapki drewienko i rzucił nim w Macieia. Te jednak zamiast go
uderzyć, wsiąknęło w niego. Prezes spojrzał na nas i podbiegł, przytulając mnie
i potem Jacuba.
- To ty zawsze mi pomagałeś… - Powiedział Maciei do Jacuba,
ja jednak nie miałam pojęcia o co mu chodzi.
- Zawsze będę patrzeć, co nie? – Puścił do niego oczko.
Wyglądali niczym ojciec i syn i przypuszczałam, że taki właśnie typ relacji
przejawiali.
- Potrzebujemy twojej pomocy, Maciei. Kaka uciekł i grozi mu
niebezpieczeństwo, proszę wróć… - Prezes całkiem długo się zastanawiał. To co
powiedział jednak zrzuciło nam kamień z serca.
- Jak mógłbym wam odmówić? Jak mógłbym tobie Jacub odmówić?
Muszę w końcu odpłacić swój dług. To jak, szukamy go?
Komentarze
Prześlij komentarz